niedziela, 12 stycznia 2020

NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ W ABRUZJI cz.II - wokół Rocca Calascio


ROCCA CALASCIO - „uznany przez National Geographic za 1 z 15 najpiękniejszych zamków świata. Nie ma się czemu dziwić, bo to faktycznie bajkowe ruiny posadzone na samym czubeczku góry, spoglądające z jednej strony w głąb rozległej doliny, a z drugiej… na jeden z najpiękniejszych krajobrazów, jakie widziałem w życiu. Rocca Calascio leży bowiem na granicy Campo Imperatore: wielkiego płaskowyżu w centralnej części Abruzji, który wygląda tak surrealistycznie, że ciężko to opisać” - czytam na blogu https://www.glodnyswiata.pl/2018/09/przewodnik-po-abruzji.html
I właśnie nie chodziło mi nawet tak bardzo o zobaczenie „bajkowych” ruin. Ciągnęłam tu ze wszystkich sił z powodu owego „surrealistycznego” pejzażu, który je otacza. Zobaczyłam go po raz pierwszy na jednym ze swoich ulubionych filmów. Tak, „Imię Róży” zachwyca mnie nie tylko z powodu Seana Connery. Pierwsze sceny filmu, ukazujące dojazd mnichów do klasztoru, od pierwszego wejrzenia przykuły moją uwagę ze względu na krajobraz tej okolicy. I zapadły na lata w pamięć. Pewnie, że się zastanawiałam, gdzie świat ma takie oblicze. Ale dopiero przed wyjazdem do Abruzji dowiaduję się, że pewna jej część była naturalnym planem filmowym dla „Imienia Roży”. A także dla wielu innych filmów, kręcono tam na przykład piękną baśniową ( jeśli już jesteśmy w takich klimatach) „Ladyhawke” z polskim tytułem „Zaklęta w sokoła”.
Moje przygotowanie do wyjazdu do Abruzji wygląda irracjonalnie. Nie czytam przewodnika (bo muszę napisać pracę z interwencji kryzysowej na studia). Nie obmyślam planów zwiedzania, nie sporządzam listy tego, co trzeba koniecznie zobaczyć, nawet internetu nie przeglądam pod kątem interesujących mnie informacji – nie mam na to czasu. Wszystko to zostawiam na głowie męża. Ale gdy mówi mi on o związku Rocca Calascio z „Imieniem Róży”, to film oczywiście ponownie oglądam, a sam początek, to nawet dwukrotnie!
A może to nie było tak całkiem irracjonalne? Zrobiłam sobie relaksującą przerwę w nauce, a wiadomości o Abruzji i tak uzupełniłam po powrocie. Tyle tylko, że wówczas powinnam się przygotowywać do następnej podróży, na co, rzecz jasna, zabrakło w tym układzie czasu. Ale takie wyjazdy w nieprzygotowaniu, których serię właśnie rozpoczęłam, też mają swój urok. Tyle rzeczy wówczas zaskakuje...
Droga na Rocca Calascio wspina się serpentynami na szczyt ściany gór. Po drodze wpatrujemy się w ślady, które na tym kawałku świata pozostawiła już październikowa kolorowa jesień. Osiągamy znaczną wysokość, Wikipedia twierdzi, że Rocca Calascio to „najwyższa forteca w Apeninach” (1460 m) https://en.wikipedia.org/wiki/Rocca_Calascio)
To samo źródło podaje, że była ona (tłumacz google): „ przeznaczona tylko dla żołnierzy, a nigdy jako miejsce zamieszkania dla szlachty (...) Twierdza nigdy nie była testowana w bitwie. Jednak został (a) poważnie uszkodzony (a) w listopadzie 1461 r. przez trzęsienie ziemi o szacowanej sile 7 do 8 w skali Richtera. Podczas gdy miasto Calascio, które leży poniżej twierdzy zostało odbudowane, twierdza nie została.”
Ale my nie planujemy przystanków po drodze. Odbudowane miasteczko z okien samochodu wydaje się podobne do wielu innych w Abruzji, a na końcu drogi czeka na nas przecież coś absolutnie wyjątkowego. Z racji niepełnosprawności męża udaje nam się szczęśliwie nie utknąć na parkingu, gdzie zatrzymują się wszystkie inne samochody (dalej trzeba się przeprawić piechotą lub czekać na bus). Możemy podjechać na sam koniec drogi, gdzie między zabudowaniami zaczyna się szlak (z drewnianymi tabliczkami), wiodący do twierdzy. Zgodnie ze słowami bloga https://www.kalejdoskoprenaty.com/2018/09/rocca-calascio.html: „Ścieżka prowadzi przez jeszcze kilka lat temu opuszczoną wioskę. Obecnie większość budynków została odnowiona i można znaleźć zakwaterowanie, w których można spędzić noc lub zjeść posiłek.”
W oczy rzucają się przede wszystkim zabudowania, przekształcone w pracownie artystyczne, których właściciele próbują sprzedawać turystom swoje wyroby na stoiskach wokół dróżki. I choć były to przedmioty naprawdę ładne i nietuzinkowe, to raczej nie widziałam, by je ktoś kupował. W jaki więc sposób artyści przetrwają w swoich pracowniach pod Rocca Calascio? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Przy moim intuicyjnym rozumieniu włoskiego, zdawało mi się nawet, że jeden z nich skarżył się drugiemu po całym dniu czekania na klienta, iż więcej by zarobił, gdyby zamiast tego, pobierał opłatę za robienie sobie zdjęć ze swoim kotem RonaldoJ
Rzeczywiście wielki futrzak był naprawdę niezwykłej urody, nie mam z nim fotki tylko dlatego, że akurat, gdy chciałam to zrobić już po zwiedzaniu twierdzy, to czworonóg postanowił właśnie odpocząć i przespać się w najbardziej ustronnym i oddalonym od szlaku zakątku. W końcu napracował się pozowaniem przez cały dzień, więc już omal wieczorem miał pełne prawo, by wypiąć się na turystówJ
„Na południowym zboczu góry znajdziemy ruiny kilku domów średniowiecznej wioski.
Dostęp do zamku, otoczonego murem obronnym, znajduje się po wschodniej stronie i można do niego dotrzeć drewnianymi schodami” – pisze dalej w swoim blogu Renata.
Ale dużo czasu minie, zanim ja tam dotrę. Bo oto ścieżka dochodzi właśnie do ślicznego, oktagonalnego (i zamkniętego) kościółka Santa Maria della Pietà z XVII wieku, za którym mam już to, po co właściwie przyjechałam. Rozpościerający się stąd widok kontempluję bez słów. Z tego powodu też go nie opisuję. Tylko i wyłącznie trwam w zachwycie...
I gdyby nie przegoniła mnie stamtąd wizja nadchodzącego i już chłodnego wieczoru, to może siedziałabym tam do tej pory jeszcze... Wciąż z otwartymi ustami i szczęką, którą trudno pozbierać z ziemi...
*
No ale przecież trzeba w końcu zwiedzić ruiny zamku przed odjazdem...  Zrobić miliony zdjęć na wspominkowe wieczory... I pogadać ze sprzedawcą pamiątek przy wejściu na szlak...
I właśnie to ostatnie doświadczenie sprawi, że bardzo szybko wyjdę z krainy baśni. I w przyspieszonym tempie wrócę do rzeczywistości. Słowa człowieka, który spędził w tym miejscu kilkanaście lat na sprzedawaniu przyjezdnym ściereczek z wizerunkiem Rocca Calascio (ślicznych zresztą), są pełne goryczy. To opowieść o zmieniającym się lokalnym świecie, o życiu, gdzie (w 30 sekund, jak mówi pan sprzedawca) traci się pracę w przetwórstwie awokado i szuka jakiegoś innego zajęcia, którego w okolicy po prostu nie ma! Pozostaje tylko handlowanie wytwarzanymi przez matkę ściereczkami. Mimo, że nie widzi się w tym przyszłości, a nawet nienawidzi się tego! Zdesperowany Pan pytał nawet, czy ktoś taki jak on mógłby załapać się na jakąkolwiek pracę w Polsce. No i co można mu było odpowiedzieć?

Te wszystkie raje, które tu widzimy w naszym najpiękniejszym dniu w Abruzji, mają też swoje smutne oblicze, którego nie pokazują turystom. Ale jego śladów można się doszukać, jeśli już nie podczas takiej wycieczki jak nasza, to na pewno w internecie. Ponad rok temu na przykład ukazał się tam artykuł pod tytułem „ Calascio – „wioska duchów” wystawiona na sprzedaż. Do kupienia za cenę apartamentu w Warszawie”. Czytamy tam, że "można kupić 12 budynków tworzących większość wioski Calascio w malowniczej prowincji L'Aquila. To kolejna taka oferta w przeciągu paru lat na włoskim rynku. (...) To nie pierwszy raz, gdy włoskie nieruchomości są oddawane za bezcen bądź za darmo.” 
Wyprzedaż raju? Nie, to nie dla mnie. Cudownie jest zwiedzać te miejsca i  doświadczyć ich z takiej turystycznej perspektywy -  ot, na chwilę. Ale życie tutaj okazuje się być zbyt trudne nawet dla stałych mieszkańców, którzy, jak by się mogło wydawać, już do niego przywykli. Jeśli im się nie udało tu wytrwać, to komu może się udać?
Nasz najpiękniejszy dzień w Abruzji kończymy powoli z zamętem w głowie i śliczną ściereczką z wizerunkiem Rocca Calascio w torebce (prezent od Pana Sprzedawcy). Jeszcze trochę na siłę próbujemy wcisnąć w tę wycieczkę wizytę w stolicy regionu – L’Aquilii, ale raczej jest to już nieporozumienie. Na miejsce dojeżdżamy po ciemku, nie mamy więc planu z bogatym programem zwiedzania w roli głównej. Właściwie to decydujemy się zobaczyć jedynie jeden z zabytków miasta. Szybko więc rzucamy okiem na średniowieczną fontannę z 99 wodotryskami, po czym żałujemy tej godziny z wielkim hakiem w samochodzie, która była ceną ich zobaczenia, a następnie czym prędzej gnamy do hotelu, zanim zmęczenie zacznie kłaść się wielkim cieniem na nasze wspomnienia z podróży.
Trochę przebraliśmy miarę. Mamy absolutnie dosyć, jak na jeden dzień naprawdę wystarczy. Nawet jeśli niezaprzeczalnie jest to najpiękniejszy dzień w Abruzji.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz