wtorek, 3 listopada 2020

ANDRA TUTTO BENE

W tym roku i Wszystkich Świętych, i Dzień Zaduszny przechodzimy na deszczowo. Mam wrażenie, że już nie tylko my, ale nawet cały świat płacze nad pomysłem rządu, który nagle i niespodziewanie zdecydował jednak o zamknięciu na trzy dni - od soboty do poniedziałku włącznie, cmentarzy w całej Polsce. To, co się działo tam w piątek do północy po ogłoszeniu rządowej decyzji, jest trudne do opisania. Wszyscy, którzy zaplanowali wcześniej wizytę na grobach w ciągu całego weekendu, ruszyli z kopyta, by zdążyć w ekspresowym tempie z pozostawieniem ich na czas zamknięcia w odświętnej odsłonie. W piątkowy wieczór gromadzenie się Polaków na cmentarzach, którego podobno rząd chciał uniknąć, sięgnęło zenitu.

Dobrze, że nie musiałam w tym uczestniczyć. Zrobiłam wszystko, co trzeba kilka godzin przed wystąpieniem premiera. W sobotę napisałam do Ani o decydentach, którzy do dnia komunikatu o takim obostrzeniu zarzekali się, że nie jest ono brane pod uwagę ze względu na ważną rolę polskiej, listopadowej tradycji:

Miałam rację, że im nie zaufałam. A poza tym wiedziałam, że sama sobie nie poradzę w ostatniej chwili ze wszystkim 

Jednym słowem udało się. Przynajmniej u naszego Synka w piątkowe popołudnie wszystko zostawiłam przygotowane na nadejście Święta Zmarłych.

Na szczęście miałam nosa i zdążyłam - wczoraj skończyłam akcję z chryzantemami, przeniosłam na grób Bartka 5 ogromnych donic. I zapaliłam wszystkie znicze (...) w tym 2 z wkładem na 100 godzin palenia, będą się paliły do wtorku, gdy już otworzą cmentarze.

I (...) się cieszę, że to ogarnęłam w tym roku tak wcześnie - donoszę Ani w kolejnej wiadomości.

Jakież dziwne mogą być powody do radości. Tak zawsze strasznie smutne dla mnie Święto Zmarłych w tym roku jest zabarwione samozadowoleniem z siebie. Miałam farta i w porę pochwyciłam możliwość wypełnienia tradycyjnego obowiązku wobec zmarłego Dziecka. Ale przecież w tych trudnych czasach każdy powód do doświadczania jakichkolwiek dobrych odczuć jest niezwykle cenny.

Dokładam więc szczególnych starań, by je w swoim obecnym życiu odnaleźć i przeżywać. Tak oto przygotowałam na dziś porcję dobrych wieści. To, co się ostatnio u mnie działo, sięgnęło już bowiem takiego dna, że chyba wreszcie dane mi było poczuć grunt pod nogami i odbić się od niego na tyle mocno, by zmienić kierunek poruszania się. I mam nadzieję, że w końcu wypłynę na powierzchnię.

Moje szkolne dno doprowadziło mnie do tak wielkiej rozpaczy, że pierwszy raz wyartykułowałam wreszcie w zeszłym tygodniu, iż trzeba po prostu ze szkoły uciekać. Jeśli tuż przed emeryturą, po trzydziestu latach pracy (nie policzyłam ich, po prostu uświadomiłam sobie ogrom upływającego czasu, gdy w poprzednim miesiącu wpłynęła mi na konto nagroda jubileuszowa), człowiek bez żadnych asów w rękawie w postaci alternatywnych ofert pracy formułuje taką wypowiedź, to stan jest już naprawdę krytyczny. Ale jak może być inaczej, kiedy czujemy się w szkole teraz uwięzieni jak w sieci i bezbronni jak niemowlaki.

my przynajmniej jak wiemy, że ktoś ma lub jest podejrzany, to się odpowiednio ubieramy - pisze do mnie o koronawirusie bratowa, pracująca w służbie zdrowia.

Kombinezony, maski, przyłbice - wylicza w kolejnej wiadomości.

No cóż, u nas chyba już wszyscy jesteśmy podejrzani - coraz większa ilość nauczycieli ma pozytywny wynik testu - jak możemy się nie zarażać od siebie, użytkując wspólnie pokój nauczycielski, stoliki na stołówce, klasy uczniowskie i sale z komputerami do nauki zdalnej? Ale wiemy tylko o tych chorych osobach, które same decydują się na ujawnienie takiej wiedzy koleżankom i kolegom. Niestety z jakichś względów to nie jest powszechne. Ale za to na pewno bardzo zagrażające.

W akcie desperacji, popychana przez instynkt samozachowawczy, idę więc na zakończenie pracy w piątek do pani dyrektor, prosić, bym mogła prowadzić lekcje przez internet z domu. Nie powiem, otrzymuję zgodę. Tyle że u progu następnego tygodnia, we Wszystkich Świętych, dostaję również informację, że nauczyciel musi pracować w szkole w dniu, w którym ma choć jedną lekcję w klasach I - III. A dla mnie to oznacza, że w poniedziałek, wtorek, czwartek znów bezpieczna nie będę. Jeśli do tego dodam również środę, kiedy będziemy mieli posiedzenia Zespołu Wychowawczego, to wychodzi mi, że jedynym dniem, gdy mogę prowadzić zajęcia z domu, pozostanie piątek. Szkoda tylko, że akurat mam wtedy (ze względu na weekendowe studia) najkrótszy czas pracy w ciągu całego tygodnia. No ale cóż, trzeba się cieszyć choć tym jednym dniem bez szkoły - jakby nie było, jest to drugi powód do radości w ostatnim czasie.

Trzeci jest najbardziej spektakularny. Dostaję ofertę nowej pracy...

Następnego dnia po tym, jak ogłosiłam, że chcę uciekać ze szkoły, nasza szkolna psycholożka informuje mnie o możliwości zatrudnienia się w roli psychoterapeutki w nowo powstającym ośrodku w okolicy. Odbiera mi przez chwilę mowę - czuję się, jakby Wszechświat po usłyszeniu moich dopiero co wypowiedzianych słów, natychmiast zareagował. Decyzję muszę podjąć bardzo szybko. Ale przecież to jest właśnie to, o czym ostatnio dużo myślałam - już podczas pierwszego w tym roku akademickim zjazdu na studiach deklarowałam, że chciałabym powrócić do psychoterapii. I oczywiście, choć to rodzi jakąś niepewność co do przyszłości, to w sprawie nowej pracy jestem na tak.

- Przecież już gorzej niż w szkole to nigdzie nie będzie - motywuję swoją decyzję zaprzyjaźnionym osobom. Nad czym więc mam się zastanawiać?

Dzwonię do autora projektu, przesyłam dokumenty aplikacyjne i już teraz czekam tylko na otwarcie nowego ośrodka. Być może stanie się to nawet w przyszłym miesiącu. Wiem, że będzie trudno, bo na razie muszę to jeszcze pogodzić z pracą w szkole, ale i tak się cieszę. Mam poczucie, że to początek dobrych zmian w moim życiu. A to napełnia optymizmem.

I mimo, że wychodząc ze szkoły usłyszałam przed weekendem od naszej pani woźnej, że mamy już w Polsce ponad 20000 zakażeń, to jednak zaczęłam patrzeć w przyszłość wreszcie z nadzieją. I dziś mogę podpiąć się pod hasła, którymi dotkliwie dotknięci koronawirusem Włosi dodawali sobie otuchy już na początku pandemii: “Wszystko będzie dobrze”. Jeszcze nie czas tracić ducha...

Andrà tutto bene 🌈

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz