Moje samopoczucie przestało się sprzęgać z pogodą. Jest pięknie, złota polska jesień w pełnym rozkwicie, za oknem w pracy co rusz pojawiają się Tatry. A ja jestem zestresowana, zalękniona i mam poczucie wszechogarniającego chaosu.
Myślałam, że od początku tygodnia zasiądę do nauki posługiwania się programem do nauczania zdalnego, ale... ani nie mam, gdzie tego robić, ani nie mam przy czym. Mój komputer w szkole nawet nie obsługuje nowej wersji Worda, nie ma więc mowy, by na nim zainstalować Teamsa. Dodatkowo wczoraj i przedwczoraj rano pojawił się tam również problem z obsługą Librusa, w którym prowadzimy nasze dzienniki elektroniczne. No i jeszcze dodam, że niestety końcem tygodnia ten stary sprzęt zepsuł się już nieodwołalnie - wyłącza się, kiedy chce i na ile chce, najczęściej zaś na początku każdej bardzo ważnej pracy. Ręce mi opadają do samej ziemi. Pani dyrektor wprawdzie obiecała, że dostaniemy jakieś nowsze komputery, gdy szkolny informatyk zdemontuje naszą dodatkową pracownię komputerową, ale właściwie to nie wiadomo, kiedy to ma być.
Na szczęście w kalendarzu elektronicznym pojawiło się wczoraj ogłoszenie, że dziś po południu odbędzie się szkolenie pod hasłem “Librus i Teams”. Humor mi się poprawił, no wreszcie stanę się profesjonalnym nauczycielem zdalnym. Do tej pory niestety nie pomogło mi ani to, że dyrekcja przysłała kilka wiadomości z instrukcjami obsługi (i nieczytelnymi zupełnie screenami), ani to, że próbowałyśmy z Beatą je rozkminić na przyniesionym z domu laptopie (z prywatnym internetem) szkolnej psycholożki. No ale wreszcie dowiem się wszystkiego po południu...
A tymczasem rano...
dostaję do wyboru: albo przeprowadzę samodzielnie zajęcia online w Teamsie z J., albo pójdę na zastępstwo do klasy trzeciej, gdzie należy również obsłużyć lekcję zdalną, prowadzoną w szkole przez nauczyciela, pracującego z domu! Załamuję się nerwowo.
Gdy opowiadam o tym później naszej szkolnej psycholożce, to spotykam się z pełnym zrozumieniem.
- Wiem o czym mówisz - słyszę od Marty. - Ja zareagowałąm w taki sposób już podczas weekendu.
Gdyby nie Beata, to najprawdopodobniej byłabym już dziś bezrobotnym nauczycielem zwolnionym dyscyplinarnie. Przyszła mi bowiem do głowy trudna do odpędzenia myśl, żeby wyjść ze szkoły, zatrząsnąć za sobą drzwi i nigdy nie wracać...
Tymczasem na przerwie w jednej z pracowni polonistycznych Beata łączy mnie w Teamsach z J., zanim biegiem pogna na zastępstwo do trzeciej klasy. Nie mogę powiedzieć, żeby same zajęcia online sprawiły mi duży kłopot. Z wyjątkiem tego, że jestem rozpikselowana, komputer się cyklicznie zawiesza, a dziecko mnie co rusz nie słyszy, to reszta przebiega w porządku.
Widziałam już, jak Beata robi taką lekcję z J. w zeszłym tygodniu, tyle, że myślałam, iż teraz będę mogła to przećwiczyć pod jej okiem. Nie spodziewałam się, że zostanę z tym zupełnie sama. Zwłaszcza, że to wymagające zajęcia, prowadzone w obecności mamy i taty dziecka, więc naprawdę głupio bym się czuła po zbłaźnieniu się brakiem umiejętności obsługi programu do zdalnego nauczania, gdy już je prowadzę. No ale cóż, widać ostatnio szkoła ma dla nas wyzwania przekraczające nasze możliwości adaptacyjne. I sprzętowe również.
Tuż przed Dniem Nauczyciela Beata przysłała mi mema, w którym przeczytałam, że “konferencje online są jak seanse spirytystyczne:
- Grażyna jesteś tam?
- Powiedz coś, jeśli nas słyszysz.
- Jest tam ktoś z tobą?
- Nie widzimy cię. Słyszysz nas?” (https://joemonster.org/mg/show/257355)
Niestety nasz szkolny sprzęt nie rokuje, by na nauczaniu zdalnym mogło być zgoła inaczej.
Ledwie kończę swoje zajęcia online, a już w klasie melduje się polonistka, która musi przeprowadzić tam lekcje dla uczniów starszych klas, pozostających w domach. Nie mam możliwości, by spokojnie przećwiczyć obsługę programu i sprawne posługiwanie się procedurami wymaganymi do rozliczenia się z nauczania zdalnego. Jedyna nadzieja w popołudniowym szkoleniu.
Niestety i to nie spełnia moich oczekiwań. Instrukcje pani dyrektor dotyczą pracy nauczycieli przedmiotowych, zajęć specjalistycznych nie da się zaplanować według podanych procedur. Na koniec dwugodzinnego prawie szkolenia pojawia się ledwie kilka zdań dla osób, które pracują w taki sposób jak ja. Po całym dniu pełnym stresu (od 9.00 do 18.00 z 40 minutową przerwą na przemieszczenie się w godzinach szczytu między sąsiadującymi miastami) mam wszystkiego szczerze dosyć. Dociera wreszcie do mnie, że jedynym wyjściem z sytuacji jest praca własna po godzinach w szkole i mozolne przebijanie się przez tajniki nowego programu. Innego wyjścia po prostu nie ma.
I nie jest to optymistyczna wizja przyszłości. Ale ostatnio nic jakoś optymizmem za bardzo nie napawa. Ogólna sytuacja w Polsce nie jest dużo lepsza niż nasza szkolna. Prawie każdego dnia bijemy rekord za rekordem w liczbach osób zarażonych (dziś mamy 18820 takich ludzi), a śmiertelność zwiększa się wprost proporcjonalnie do uszczuplających się coraz bardziej zasobów sprzętu i kadry medycznej. W internecie czytam opinię lekarza na ten temat:
“Dawid Ciemięga odniósł (się) do sytuacji nauczycieli i uczniów oraz rzeczywistości w szpitalach, gdzie ratuje się nie tylko chorych na koronawirusa. W mocnych słowach skomentował obecny stan pandemiczny w Polsce: "najsłabsi i pechowcy nie dożyją wiosny".” (https://kobieta.wp.pl/mocne-slowa-lekarza-dawida-ciemiegi-najslabsi-i-pechowcy-nie-dozyja-wiosny-6565226742770304a)
Czy to aby nie o mnie? Przecież w naszej szkole już są zarażeni nauczyciele, premier spóźnił się co najmniej o dwa tygodnie z wysłaniem starszych uczniów na nauczanie zdalne. Było pewne po wykryciu u nich koronawirusa, że my też będziemy chorzy. Dostaliśmy dużo czasu, byśmy się pozarażali w naszej szkole od chorych dzieci.
I stało się. Najpierw w czasie weekendu dowiaduję się o pozytywnym wyniku testu u jednej z koleżanek, która podobno pełniła dyżur na korytarzu, gdzie uczniowie byli zarażeni. Oczywiście wszystko znów idzie pocztą pantoflową, bo z jakiegoś powodu robi się z tego kolejną tajemnicę. A to niestety uczciwe nie jest na przykład w stosunku do mnie i Beaty - zarażona osoba była w naszym gabinecie jeszcze początkiem zeszłego tygodnia - na dobrą sprawę powinnyśmy więc być teraz wraz z drugą pedagożką na kwarantannie. Ale niby kto ma nas na nią wysłać, jeśli choroba koleżanki jest utajniona?
Wczoraj dostajemy kolejną wiadomość - pozytywny wynik testu u kolegi, który miał zastępstwo w klasie zarażonych uczniów. Nie powiem, tym razem jest bardzo uczciwie - chory nauczyciel sam dzwoni z informacjami do współpracowników, z którymi miał kontakt przed zachorowaniem. Ostrzeżone osoby mogą przynajmniej we własnym zakresie podejmować jakieś środki zabezpieczające innych, bo chyba na reakcję sanepidu to już nikt nie liczy. Można tylko podziękować choremu koledze za uczciwość i odpowiedzialność.
Co do reszty grona pedagogicznego, to niestety nic nie wiadomo. Jak reszta Polaków, nikt z nas nie ma szans na żadne testy bez posiadania czterech objawów: temperatury ciała powyżej 38 stopni C, kaszlu i duszności oraz utraty węchu lub smaku. To obowiązujące przepisy z wrześniowego rozporządzenia nowego ministra zdrowia.
Tymczasem, jak napisali do niego lekarze z “Porozumienia Zielonogórskiego”,: “cztery i więcej objawów COVID-19 ma tylko ok. 15 proc. zakażonych pacjentów, przy czym to nie muszą być wcale wyżej wymienione objawy. Zgodnie z tymi informacjami tylko 3-4 proc. zakażonych osób ma objawy wymienione razem w Pana rozporządzeniu” (https://www.onet.pl/informacje/onetwarszawa/koronawirus-rodzice-nie-mieli-problemu-z-tym-ze-ich-dzieci-moga-sie-zarazic-na/h8j1vsf,79cfc278)
W związku z takimi przepisami internet zapełnia się ostatnio dramatycznymi historiami osób, które nie mają możliwości, by się przebadać. Nie otrzymują oni żadnej pomocy, co jest najprostszą drogą do zarażania innych, nierozpoczynania w porę leczenia, a nawet do śmierci. To niestety ci, których Dawid Ciemięga nazwał w swej wypowiedzi pechowcami.
Nie chcę podzielić ich losu. Chcę zobaczyć na wiosnę, jak w moim ogródku rozkwitają kwiaty z cebulek włożonych w zeszłym miesiącu do ziemi. Chcę móc w przyszłym roku opiekować się mężem po czekającej go trudnej operacji. Chcę cieszyć się znowu bliskością swoich dzieci, być przydatna ich przyszłym rodzinom. Chcę doświadczyć życia w czasach, gdy ludzie przestaną rzucać się sobie do gardeł.
I naprawdę nie wiem, jak mam u licha to zrobić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz