poniedziałek, 12 października 2020

PÓKI NIE JEST ZA PÓŹNO

Ładne, choć już mocno jesienne i ciut kapryśne dni października skończyły się w czasie weekendu. Dziś po raz kolejny zbudził mnie deszcz. Mimo cudownych kolorów, brak światła, wydobywającego ich głębię, zasnuwa smuteczkiem nadchodzący dzień.

Wczoraj jeszcze dzielnie się trzymałam - przed zaśnięciem tuliłam pod poduszką małe radości weekendowych dni bez pracy i studiów - czas, którego nie trzeba było poganiać, pozwolił i na spokojne rozmowy przy dobrej muzyce (choć dalej trzymamy z mężem dystans, to już jednak w obrębie jednego poziomu), i na dobrą lekturę, i na wartościowy film. Znów wspólnie, mimo oddalenia, mogliśmy cieszyć się efektem kulinarno - sentymentalnych poszukiwań smaków przechowywanych w pamięci przez lata (podobno to objaw starzenia:), udało mi się nawet upiec, kojarzące się z kuchnią teściowej, ciasto. I wypić przy nim lampkę wina. Jak w starych dobrych czasach przed pandemią.

A dziś ledwo otworzyłam oczy, już dopadła mnie niechęć do dnia, w którym znów muszę narażać swoje bezpieczeństwo, do tego złość na wywracanie mojego świata do góry nogami i tęsknota za dziećmi. Obliczam, jak dawno nie widziałam się z Kacprem i Wiki. Jeszcze przed wyjściem do pracy piszę do nich:

Pewnie teraz z racji pandemii też nie zobaczymy się za szybko. Jak dziś zbierałam się do szkoły, to pomyślałam tylko: oby nie za późno...

Ostatnio wszystko wokół mnie jawiło się jako masakra, teraz zaś to już jakiś omal armagedon. Najbliżsi mi ludzie, tak jak ja, wciąż ryzykują zakażeniem - Ania, która miała do nas w tym tygodniu przyjechać, spędza właśnie swój urlop na samoizolacji, moja bratowa z bratem dopiero co przeszli kwarantannę, dziś też z nadzoru sanitarnego powraca do pracy koleżanka z gabinetu pedagogów. Cała Polska od weekendu stała się żółtą strefą podwyższonego ryzyka. Wokół nas lawinowo narasta ilość osób chorych, liczenie na takie szczęście, że się z nikim zarażającym nie spotkamy, chyba przestało mieć sens. Zwłaszcza, gdy się pracuje w szkole.

W weekend oficjalne statystyki podały nowiny o kolejnym rekordzie zakażonych (ponad 5300). Ale też przeczytaliśmy znacznie bardziej tragiczne wieści.

W ubiegły weekend pojawiła się informacja o śmierci polonisty z Zawiercia i nauczycielki szkoły podstawowej pod Toruniem. Byli zakażeni koronawirusem, jednak nie wiadomo, gdzie doszło do zarażenia.” (https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-w-polsce-jest-apel-znp-do-rzadu-6563836824230432a)

No i już teraz rozumiem, dlaczego nam, pracującym w oświacie, nie można zrobić testów. Jeszcze by się wtedy, nie daj Boże, okazało, że zarażamy się jednak w szkołach, gdzie wszystkie dzieci/całe klasy pozbawione maseczek chuchają na nas lekcja po lekcji, przerwa po przerwie. I jak by w tym wszystkim wyglądał premier, który oświadczył na weekendowej konferencji, że “Strategia, którą zaproponowało Ministerstwo Edukacji Narodowej w sierpniu na razie zdaje egzamin” (https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/koronawirus-co-dalej-ze-szkolami-premier-komentuje/1jswdrg,79cfc278)

Nie wiem, jak można tak kłamać i właściwie w imię czego? Tak samo, jak nie wiem, jak strategia, której w ogóle nie ma, może zdawać jakikolwiek egzamin? Oj panie premierze, wstyd i pohańbienie zapisały się właśnie na koncie pana historii. Już teraz wiem, dlaczego w internecie zaczął pan funkcjonować pod nazwą Pinokio. 

Czy w tym kontekście mogą dziwić jeszcze kolejne słowa premierowej wypowiedzi: “Po długiej dyskusji z epidemiologami uważam, że utrzymanie obecnego stanu w systemie edukacji jest właściwe”?

To przecież nie ma znaczenia, że umierają nauczyciele (również pierwszy w gminie, gdzie pracuję). Ich krew jest nic dla społeczeństwa nie warta. Czy naprawdę muszą zacząć też umierać w szkołach uczniowie, by ktoś się ocknął z tego szaleństwa? Po sobotniej konferencji dostaję mema (i wcale nie od nauczyciela) na temat obecnej “strategii” w polskich szkołach. Trochę w nim brzydkich słów, ale za to cała prawda. “Napierdalamy do ostatniego żywego ucznia” głosi końcowe memowe zdanie.

Czy naprawdę nam nauczycielom bardziej zależy na zdrowiu naszych podopiecznych niż decydentom, czy nawet rodzicom? Ci często wciąż wydają się być zadowoleni, że po długim okresie kwarantanny wreszcie udało im się wypchnąć dzieci z domu. Czasem też sprawiają wrażenie, że zrobią wszystko, byle tylko utrzymać taki status quo jak najdłużej. 

W internecie jest teraz po prostu zatrzęsienie wypowiedzi rodziców, oburzonych faktem, że do szkoły czy przedszkola trzeba przychodzić w pełni zdrowia - bez kataru, czy kaszlu. No bo jak to? Przez lata można było, bez względu na choroby, podrzucić do placówek swoje pociechy, by zarażały inne dzieci i ich opiekunów, a teraz nie? No i co z tego, że popierają nas lekarze (np. w takim artykule: https://wroclaw.wp.pl/koronawirus-w-polsce-pandemia-wymusila-zmiany-w-oswiacie-chore-dziecko-do-szkoly-nie-wejdzie-6555456641247776a), przecież wiadomo, że są tacy, co zawsze wiedzą lepiej. 

Jest też jeszcze inna kwestia związana z powyższym tematem. Skarżę się na to Kacprowi:

Ostatnio czytałam o utyskiwaniach rodziców, że dzieciom nie wolno przyjść do szkoły z przeziębieniem. I co oni mają wtedy zrobić? Przecież w dobie covida babcia z dziadkiem się tymi dziećmi nie zajmą, bo to ryzykowne

Tak więc swojej babci zarazić nie można, trzeba chore dzieci wysyłać do szkoły, bo już taką babcię jak ja, to można zarazić jak najbardziej i to w pełni majestatu prawa

Wnioski z tego są bardzo przygnębiające. Dożyliśmy oto czasów, gdzie każdy myśli tylko i jedynie o sobie, dla własnych celów poświęci wszystkich wokół. Nawet cudza śmierć nie zatrzymuje hejtu, co widać po niektórych komentarzach pod artykułami o śmierci nauczyciela języka polskiego i pani pedagog. Straszne to jest, przerażające. Jakby ludzie zamiast tego, co w nich najlepsze, zaczęli z siebie wydobywać tylko jad do zatrucia innych. Jakby nasz gatunek był na drodze transformacji w stado agresywnych żmij.

Mam  ochotę odwrócić się do takiego świata plecami. Ale jestem nauczycielką i nawet jeśli to rodzaj paranoi, to czuję się odpowiedzialna za los przyszłych pokoleń, ludzkości, Wszechświata itp. Protestuję więc przeciwko zachodzącemu wokół procesowi odczłowieczania, nawet jeśli nikt nie chce słyszeć mojego głosu. Sprzeciwiam się takiej opcji świata, w którym człowiek człowiekowi wrogiem jest. Apeluję: opamiętajcie się, póki jeszcze nie jest za późno (choć może już jest)...

P. s. Ciasto kojarzące mi się z kuchnią teściowej, czyli PLEŚNIAK 

(skrót przepisu ze strony: https://aniagotuje.pl/przepis/plesniak)


"Składniki na ciasto półkruche

· 500 g mąki pszennej tortowej - około 3 szkla

· 300 g prawdziwego masła - 1,5 klasycznej kostki

· 5 żółtek średniej wielkości jajek

· 100 g cukru pudru - około pół szklanki

· 2 łyżeczki proszku do pieczenia

· 2 łyżki kakao - 30 g

Składniki na bezę

· 5 białek średniej wielkości jajek

· 220 g cukru drobnego

· 2 łyżki skrobi ziemniaczanej - 30 g

Pozostałe składniki

· 400-600 g dżemu porzeczkowego*

· cukier puder do oprószenia ciasta po upieczeniu

Szklanka ma u mnie pojemność 250 ml.
Forma do pieczenia do podanej ilości ciasta: blaszka o wymiarach około 22/32 cm lub tortownica o średnicy 28 cm.

Pleśniak przepis

Zacznij od przygotowania ciasta pod pleśniaka. Do dużej miski wsyp 500 gramów mąki pszennej tortowej. Będzie to połowa standardowego, kilogramowego opakowania mąki lub też trochę więcej niż trzy szklanki mąki (szklanka o pojemności 250 ml). Wsyp także 2 łyżeczki proszku do pieczenia (można go przesiać razem z mąką) i 100 gramów, czyli około pół szklanki cukru pudru (można trochę mniej). 

W misce umieść też pięć żółtek jajek (Wszystkie białka odłóż do osobnej miski. Użyjesz ich później do bezy, dlatego też bardzo dokładnie oddziel białka od żółtek. W białkach nie może się znaleźć nawet odrobina żółtka). 300 gramów prawdziwego masła pokrój sobie na mniejsze kawałki, by ciasto szybciej i łatwiej się wyrobi

Porada: Jeśli chcesz, by spód Twojego pleśniaka był trochę grubszy/wyższy, to podziel ciasto w proporcji: 360 g + 315 g + 315 g, z czego największy kawałek ciasta zostanie użyty do spodu. 

Jeden z trzech kawałków ciasta umieść w misce. Wsyp do niego dwie łyżki (30 gramów) kakao i wyrabiaj chwilę, aż ciasto zrobi się całkowicie jednolite. 

Jedną kulę jasną oraz kulę kakaową zawiń w folię spożywczą i umieść w zamrażarce (każdą osobno).

Drugi kawałek jasnego ciasta użyjesz do spodu pleśniaka.

Cały spód formy wylep ciastem. To będzie bardzo cienki spód, ale da radę wypełnić ciastem całą powierzchnię. 
Ja podpiekam dodatkowo spód pleśniaka przez 10 minut w piekarniku nagrzanym do 170 stopni (opcja pieczenia góra/dół i środkowa półka). Nie jest to jednak konieczne i bez podpieczonego spodu pleśniak również się uda.

Ostrożnie wyjmij formę z piekarnika. Na cieście rozprowadź około 400 - 600 gramów gęstego dżemu z czarnej porzeczki (Spód może być jeszcze gorący. Ja dałam 400 gramów dżemu)

Jeśli nie podpiekasz spodu, to kładź dżem na surowe ciasto.

Kakaowe ciasto wyjmij z zamrażarki i zetrzyj je na tarce, na grubych oczkach. Tarte ciemne ciasto rozłóż równo po całej powierzchni formy.

Przyszła kolej na warstwę bezy. Odłożonych pięć białek ubijaj chwilę na sztywno przy pomocy miksera. Możesz do nich dodać szczyptę soli. Nie ubijaj samych białek za długo, by nie przebić pęcherzyków powietrza. Gdy białko zacznie zamieniać się w puszystą pianę, możesz zacząć dokładać cukier.

Ciągle miksując wsypuj po jednej łyżce cukru drobnego. Po każdej łyżce miksuj białko na najwyższych obrotach, aż cukier połączy się z pianą i całkowicie się w niej rozpuści. Po dodaniu jednej łyżki miksuj całość około minuty lub dłużej. 

W ten sposób wsyp całe 220 gramów cukru. Pod koniec ubijania powinna powstać gładka, gęsta i błyszcząca masa białkowa. 

W tym momencie możesz dodać dwie łyżki skrobi ziemniaczanej. Bezę ubijaj jeszcze tylko chwilę i wyłącz mikser. Bezę ostrożnie rozłóż na całej powierzchni ciasta.

Porada: Zamiast skrobi ziemniaczanej można użyć proszek budyniowy waniliowy lub śmietankowy bez cukru (również dwie łyżki) lub też proszek kisielowy cytrynowy bez cukru (także dwie łyżki). Do szykowania bezy nie zalecam używać cukru pudru, ponieważ prawdopodobnie cukier puder będzie dodawany do białek za szybko i beza zamieni się w gęstą, lepką masę, która po upieczeniu może puszczać syrop i być za niska. Można za to użyć cukier o drobnej rafinadzie.

Z zamrażarki wyjmij jasną kulę ciasta. To ciasto również zetrzyj na tarce, na grubych oczkach i delikatnie rozłóż na całą bezę. Nie dociskaj ciasta w bezę. 

Formę z ciastem umieść w piekarniku nagrzanym do 175 stopni (grzanie góra/dół). Wybierz środkową półkę. Pleśniaka piecz około 40 minut (jeśli spód pleśniaka nie był podpiekany, to ciasto piecz przez 45 minut).

Po upieczeniu nie otwieraj piekarnika przynajmniej przez godzinę, by beza nie opadła za mocno. Jeśli pleśniak urósł z górką, to prawdopodobnie podczas studzenia beza lekko opadnie i wierzch ciasta się wyrówna. Przestudzone ciasto pleśniak oprósz dodatkowo cukrem pudrem lub cukrem pudrem z wanilią. Ciasto można kroić po całkowitym przestudzeniu."

* Aneks: Ja dodałam do ciasta jeszcze śmietanę (1-2 łyżki), jak radzi autorka strony “Mała cukierenka”. Pisze ona jeszcze o cukrze wanilinowym (dosypałam więc jedno opakowanie).

Natomiast efekt wizualny u mnie zrobił się słaby, bo moja beza zamiast białej jest beżowa i nie bardzo się odróżnia od innych warstw. To skutek dodania do niej cukru karmelowego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz