piątek, 16 października 2020

NIE JESTEŚMY NIEŚMIERTELNI

Kiedy w Dzień Nauczyciela jechałam rano do pracy, to w radiu rozbrzmiewały słowa ministra zdrowia z poprzedniej ekipy rządzącej.

- Jesteśmy na wojnie z wirusem, - stwierdził Bartosz Arłukowicz - Polacy zostali wysłani na tę wojnę bez żadnego uzbrojenia.

Byłam trochę zaskoczona - wydawało mi się, że w aucie mam nastawioną rozgłośnię, która puszcza dużo muzyki, a mało politykuje. No ale, jak widać, teraz już nikt nie potrafi się powstrzymać od politycznych komentarzy.

Tegoroczny Dzień Nauczyciela był dniem takim sobie. Począwszy od pogody, a skończywszy na humorach, właściwie nic nie dopisywało. Powinniśmy niby świętować, ale trudno to było zrobić przy tym poziomie frustracji, który przeżywamy. Poza tym właściwie jak można cieszyć się swoim świętem, będąc w pracy, która może nas zabić? Już przez parę dni poprzedzających Dzień Nauczyciela mieliśmy w Polsce status żółtej strefy, a to oznacza podwyższony poziom ryzyka, nie mówiąc nawet o tym, jak bardzo podwyższa je przebywanie bez żadnych środków ochrony wśród kilkuset uczniów, z których każdy może być zarażający.

Tego dnia jednak jeszcze wydawaliśmy się pozornie pogodzeni z losem, choć podskórnie czuło się narastający sprzeciw wobec decyzji, prowadzących nas na rzeź. Nasza szkoła zarządziła zajęcia opiekuńcze dla wszystkich klas i uczniów, jedynie od uczenia byliśmy zwolnieni i to z mocy prawa. O tym, że mógłby to być dzień w ogóle wolny od pracy, dający nam możliwość wytchnienia od codziennej wojny z wirusem i chwilowe bezpieczeństwo, nikt z decydentów nawet nie pomyślał.

Przecież ktoś musi się opiekować dziećmi zapracowanych rodziców, którzy przez kilka ostatnich dni znów wyrażali swoje niezadowolenie ze sposobu wykonywania przez nas nauczycielskiej profesji. W internecie publikowano ich kuriozalne wypowiedzi, grożące nam karaniem za to, że przez ostatnie miesiące nie robiliśmy nic, czyli pracowaliśmy zdalnie. No i dlatego w tym roku niektórzy z tych rodziców postanowili na przykład w Dniu Nauczyciela za karę... nie kupić dla nas symbolicznego kwiatka... Pewnie bym się nawet z tego uśmiała, gdyby okoliczności były inne.

Jestem pedagogiem szkolnym, pracuję indywidualnie z uczniami lub w małych grupkach. I naprawdę trudno mi znaleźć w pamięci taki fakt, że ktoś z moich podopiecznych przypomniał sobie o tym w Dniu Nauczyciela (tak, dotyczy to także Dnia Kobiet, czy zakończenia roku szkolnego). I nie, nie darłam nigdy szat z tego powodu, że ominęły mnie jakiekolwiek słowa podziękowania, o innych dowodach wdzięczności zaś nawet nie pomyślałam.

Jedynym odstępstwem od tej reguły były te lata, gdy miałam wychowawstwo. I nie dlatego to wspominam ciepło, że dostałam wtedy kwiatek czy czekoladki. Przedstawiciele naszego zawodu są tak niedoceniani w swojej pracy, że potrafią przechowywać latami w pamięci słowa, które nadają sens temu, co robią. Dowód? Proszę bardzo - po dwóch latach wciąż cieszę się karteczką, którą dostałam na Dzień Nauczyciela od swojej ostatniej klasy... Przechowuję ją, traktując jak cenną pamiątkę i nie rozpaczając przy tym nad uschnięciem wrzosu, do którego była przyczepiona. To nie on był tego dnia ważny, by nie powiedzieć wzruszający...

Za każdym razem, gdy spojrzałam na słowa na karteczce (zajmującej dotąd w moim salonie zaszczytne miejsce obok fotografii synów), to przywoływałam wspomnienia uczniów i rodziców, z którymi spędziłam w bliskich relacjach półtora roku w szkole. Na pewno myślę o tych ludziach zdecydowanie częściej niż oni o mnie. Może też zdecydowanie cieplej...

W Dniu Nauczyciela czytam także list, który został wystosowany przez środowiska nauczycielskie do premiera.

Stanowczo domagamy się zaprzestania antagonizowania środowisk nauczycieli i rodziców i grania na polaryzację społeczeństwa” postulują autorzy dokumentu. (https://oko.press/list-do-premiera-w-dzien-nauczyciela-ministerstwo-nas-zawiodlo-czas-na-alarm-w-edukacji/)

Czy jest to jeszcze możliwe do zrobienia? Czy wciąż mamy szansę wychowywać wspólnie młode pokolenie, które jest/powinno być troską dla nas wszystkich? Szczerze mówiąc, nie wiem... Sprawy zaszły już tak daleko... Ten internetowy hejt w ostatnich latach zranił nas bardziej niż jesteśmy to skłonni przyznać.

Cóż jeszcze postuluje się w liście do premiera?

Domagamy się realizacji gwarantowanego Konstytucją prawa do bezpiecznych warunków pracy dla wszystkich pracowników oświaty oraz zapewnienia bezpieczeństwa dzieciom i młodzieży. Obecnie klasy szkolne są jedynymi miejscami wyjętymi spod reżimu sanitarnego ustalonego dla tzw. strefy żółtej. Domagamy się zatem stosowania w szkołach tych samych reguł bezpieczeństwa, które chronią obywateli na obszarze całego kraju.

O tym, co z tym postulatem zrobi premier, dowiemy się już następnego dnia, gdy nasz powiat, zostanie ogłoszony strefą czerwoną o najwyższym stopniu zagrożenia. 

Natychmiast, gdy dochodzi do nas wiadomość o planowanej zmianie kolorystycznej powiatowego statusu, to w szkole ruszają pełną parą ostatnie przygotowania do prowadzenia nauczania zdalnego. Wydaje się ono na ten moment najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Domagają się go również uczniowie, którzy już w zeszły weekend zaczęli organizować protest uczniowski w szkołach średnich, argumentując to strachem, jakiego teraz doświadczają w szkolnych murach (https://wiadomosci.radiozet.pl/Koronawirus/Protest-uczniowski.-Czy-szkoly-zostana-zamkniete-My-naprawde-sie-boimy)

Jedno z haseł, pod którymi odbywa się akcja protestacyjna i pod którym się podpisuję, solidaryzując z młodzieżą, brzmi: “Nie jesteśmy nieśmiertelni” (https://kobieta.onet.pl/dziecko/starsze-dziecko/uczen/koronawirus-w-polsce-protest-uczniowski-na-czym-polega/5lccspr)

*

Tego dnia zostaję po lekcjach, żeby skorzystać z pomocy koleżanek i kolegów, którzy założyli mi konto na platformie, umożliwiającej nauczanie zdalne. W końcu nie było mnie w szkole przez ostatnie miesiące i nie zdobyłam żadnego doświadczenia w tym względzie. Muszę korzystać z pomocy koleżeńskiej, bo nikt z władz nie myśli o tym, że powinno się nas wyposażyć formalnie w nowe umiejętności. I cóż z tego, że w liście do premiera pojawiła się również wzmianka o tym fakcie:

wskutek zaniechania, za które odpowiada minister Piontkowski, system nie jest gotowy do podjęcia nauki na odległość. Nie poczyniono koniecznych nakładów finansowych, nauczyciele nie zostali przeszkoleni i nie mają odpowiedniego sprzętu do pracy zdalnej. Uczniowie i uczennice nie mają zapewnionego równego dostępu do takiej formy edukacji”. Premier ma to gdzieś. Sprawa naszego przygotowania do realizacji nowych zadań kompletnie go nie interesuje.

Zresztą na popołudniowej konferencji zapowiada wprowadzenie po weekendzie nauczania zdalnego w czerwonych strefach...  jedynie na poziomie szkolnictwa wyższego (to już się działo i bez ingerencji premiera na wielu uczelniach, np na mojej) i średniego (być może to akurat jest sukcesem protestu uczniów). W podstawówkach, takich jak moja, nie zmieni się nic!

My musimy wracać na wojnę, gdzie nawet nie daje nam się szansy, byśmy mogli znaleźć osłonę w jakichkolwiek okopach. W sklepach, punktach usługowych sprzedawcy mają możliwość schronić się przynajmniej za szybą z pleksi, w urzędach, bibliotekach petenci przyjmowani są na zaimprowizowanym stanowisku w holu lub na korytarzu, wiele instytucji obsługuje swoich klientów jedynie korespondencyjnie, ale my nauczyciele nie jesteśmy warci tego, by ktokolwiek o nas pomyślał. My wędrujemy z uczniami zatłoczonymi korytarzami, stoimy na dyżurach, gdzie zachowanie dystansu społecznego między nami a dziećmi jest niewykonalne, spędzamy całe lekcje w jednym pomieszczeniu z podopiecznymi, którzy mimo naszych próśb trafiają do szkoły nieleczeni bądź niedoleczeni.

Tego dnia przed konferencją premiera skarżę się koleżance, która użytkuje ten sam gabinet co ja:

Właśnie mam zajęcia z (...). Okichał już nasz gabinet, zaczynam mieć schizy

Ale może zanim ktoś doszuka się w tym paranoi, to zechce posłuchać, co to dziecko opowiadało, nawet nie pytane, o stanie zdrowia swoim i swojej rodziny:

miał kaszel, gorączkę i wszelkie inne możliwe objawy, teraz w domu choruje jego brat, tak bardzo kaszle, że mama ma mu zrobić dziś bańki

Jak długo można przyjmować takie wiadomości z kamiennym spokojem? Jak długo można to wytrzymać bez zszargania nerwów do cna? Jak długo można...

Tego dnia nie wytrzymuję i końcem lekcji mówię kichającemu dziecku, żeby jednak założyło maseczkę. Pewnie tym samym bardzo się narażam rodzicom, którzy go nie wyleczyli do końca. 

Ale nawet nie o to chodzi. Sama się z z tym nie czuję komfortowo. Dzieciak jest naprawdę fajny i to nie jego wina, że trafił w takim stanie do szkoły. Sprawy nie poprawia fakt, że sama też siedzę w maseczce i to przez całe zajęcia. Na dodatek wietrzę pomieszczenie non-stop, mimo że naprawdę jest zimno. Choć może to i lepiej - gdybyśmy mieli taki upał, jak jeszcze miesiąc temu, to prowadzenie lekcji w maseczkach w naszych zalanych słońcem gabinetach byłoby mordęgą . A tak to jakoś udaje nam się dotrwać do końca zajęć bez dodatkowego uszczerbku na zdrowiu.

Ale tak być nie powinno. Nie wiem, jak można nas zmuszać, byśmy pracowali w taki sposób. I to, co zrobiłam, jest właśnie pierwszym widocznym objawem mojego buntu przeciw systemowi, który sam jest chory.

Na szczęście inni nauczyciele mojej szkoły zaczynają się buntować w o wiele sensowniejszy sposób niż ja. Jeden z nich wysyła w naszym imieniu pismo do pani wicedyrektor z prośbą o nieutajnianie informacji dotyczących dzieci i ich rodzin objętych kwarantanną.

Zadziałało! Jeszcze tego samego dnia dostajemy informację o uczniu zarażonym koronawirusem. Dziecko przebywa w kwarantannie. Taką samą informację dostają rodzice uczniów z tej klasy. Z dopiskiem, że sprawa została zgłoszona w sanepidzie i że czekamy na decyzję tej instytucji.

Zgłaszam więc mailowo pani wicedyrektor, że miałam z dzieckiem kontakt - tuż przed jego zachorowaniem byłam z tą klasą podczas dyżuru zastępczego na długiej dwudziestominutowej przerwie. Wydaje mi się, że zgodnie z przepisami powinnam więc być objęta przynajmniej nadzorem epidemiologicznym.

Odpowiedź z sanepidu dostajemy dopiero następnego dnia (czyli dzisiaj) początkiem trzeciej lekcji. Pani wicedyrektor przesyła nam kopię maila. Sanepid wyraża w nim zgodę na nauczanie zdalne w klasie zarażonego ucznia. Kiedy? Otóż właśnie dzisiaj. Albo, tylko i wyłącznie dzisiaj. Tymczasem klasa ta ma w podziale godzin lekcje już od samego rana, więc kto miał przysłać tego dnia swoje dziecko do szkoły, to już przysłał. Pozostaje nam tylko podziękować sanepidowi za podjęcie decyzji, która już niczego nie zmieni i w niczym nie pomoże.

W dalszej części maila czytamy:

Jednocześnie informujemy o nadzorze epidemiologicznym uczniów i nauczycieli będących w kontakcie z osobą pozytywną.”

Rozumiem, że to także ja. Ale to na szczęście nie będzie długa nerwówka. O ile nie wystąpią u mnie objawy choroby, to cała akcja skończy się wraz z weekendem. W poniedziałek wszystko wraca na stare tory. Znów trafimy do szkoły, na wojnę i w całą tę sytuację, gdzie absurd goni absurd.

I tak do następnego razu. Zważywszy, że nawet mimo zaniżonej znacznie statystyki, mieliśmy wczoraj w Polsce 8099 osób zarażonych, to pewnie nastąpi to szybciej, niż się spodziewamy.

Ile razy to jeszcze wytrzymamy? Jak długo? Nawet ci nauczyciele mojej szkoły, którzy rozpoczynali bieżący rok szkolny z największym optymizmem, już zgaśli. A co dopiero mówić o takich jak ja, startujących we wrześniu bez ukrywania, że się boją? Wstyd się przyznać, ale dziś przez pół nocy uciekałam w swoich snach przed... straszliwym smokiem! Ostatni raz śnił mi się we wczesnym dzieciństwie.

Moja linia obrony już pęka. Póki co, jeszcze staram się wziąć w ryzy, by przetrwać jakoś stan nadzoru epidemiologicznego. Ale mam wrażenie, że kolejnego tygodnia w szkole to już nie jestem w stanie wytrzymać.

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz