Poprzednia część relacji: RRUGË E GJERE - droga do Sarandy z greckim akcentem
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/gdy-za-oknem-pierwszy-jesienny-snieg.html
💟
Apartament, który przydzielili nam gospodarze nie był zły - duży (miał nawet 2 sypialnie), czysty, wygodny. Ale ja czułam się w nim trochę tak, jakbym zajęła cudze mieszkanie, które ktoś na chwilę opuścił. Może to sprawiała spora liczba osobistych zdjęć pozostawionych w pokojach? Niby miło spojrzeć na takie rodzinne pamiątki, ale już spanie w łóżku małżeńskim pod portretem dwojga innych ludzi było jakby wkroczeniem w ich sferę intymności. Wybrałam więc drugą sypialnię, choć miała dwa osobne łóżka.
Wniesiony wieczorem przez gospodarzy wiatraczek nawet dał w nocy radę, albo może my byliśmy już tak zmęczeni, że udało nam się zasnąć mimo upału. Nie na długo jednak.
Dzień rozpoczął się najprawdziwszym koncertem koguciego piania. Nie wiem, ile kogutów mieszka w tej wsi, ale naprawdę dały solidny chóralny popis:). Ranek już od najwcześniejszych chwil powitał nas grzejącym z każdą minutą mocniej słońcem i przepięknym widokiem ze sporego balkonu. Co prawda, oczekiwałam od Sarandy, że zobaczę z okien morze i Korfu, no ale przyznać muszę, że góry też prezentowały się fantastycznie.
Mimo to nie chciałam zostać w Gjashta Natural Houses. Przecież wymarzyłam sobie w Sarandzie nadmorski pobyt i miałam nadzieję, że jeszcze marzenie może się spełnić.
Poza tym bez klimatyzacji, za to z wyjątkowo ostrym podejściem z parkingu do wejścia, miejsce to kompletnie nie nadawało się dla męża. Nawet jeśli gospodarze proponowali, że po wyjeździe innych gości mogą nas przenieść do apartamentu na którymś z niższych pięter (czyli de facto do takiego, jaki zamówiliśmy).
Oczywiście dla kogoś innego to miejsce może być świetne (jeśli już je odnajdzie ;), znacznie tu spokojniej niż w Sarandzie i gospodarze są mili. Wszystko zależy od oczekiwań.
My od razu po przyjeździe podjęliśmy decyzję o porannej przeprowadzce i szczerze mówiąc, już nie mogłam się jej doczekać. Czułam, że gospodarze są trochę rozczarowani, ale postanowiłam choć raz być asertywna do samego końca. I byłam. Dla siebie. I dla męża. Tak więc na ten moment osiągnęłam wynik w asertywności - ja kontra Saranda 1 : 0.
Takie chwile w podróży nie należą do najmilszych. Ale żegnamy gospodarzy w zgodzie. Ich dorastający synowie znów, jak poprzedniego wieczora, pomagają mi przy przenoszeniu bagażu, a jeden z nich nawet jedzie z nami jako przewodnik do pobliskiego pensjonatu. Są w nim podobno świetne, polecane przez gospodynię, apartamenty z klimatyzacją i bez stromego podejścia. Tyle że ja w nocy na stronie Booking.com znalazłam w tej samej cenie jeszcze świetniejsze i to w nieporównywalnie lepszej lokalizacji. Nie odpuszczę takiej okazji. Asertywność ja kontra Saranda - 2 : 0.
Może nie było to z mojej strony tak do końca fair play - trochę ściemniłam właścicielce polecanego pensjonatu, że to Booking.com przygotował nam ofertę zamienną w miejsce odwołanych noclegów. Z drugiej strony prawdą jest, że ofertę przygotował, choć może nie końca specjalnie dla nas ;). No tak, czy owak, jakoś tak nie umiem powiedzieć prosto z mostu człowiekowi, który się stara wypaść jak najlepiej, że coś mi się nie podoba. Naciągana mocno ta moja asertywność. Aż dziw, że w tej sytuacji jednak postawiłam na swoim.
*
Przedzieramy się przez zatłoczoną, pełną pozostawionych na awaryjnych światłach Mercedesów, Sarandę tam i z powrotem, co rusz natykając się na uliczki prowadzące tylko w jednym kierunku. Jakoś nie potrafimy dotrzeć na obrzeża po drugiej stronie miasta. To tam ma być umiejscowiony czterogwiazdkowy hotel Nicos - Relax Apartaments, który znacząco podbudował moją motywację do asertywności. Wybrałam go przede wszystkim ze względu na położenie - może tam, gdzie kończy się miasto będzie trochę luźniej i spokojniej niż w centrum? A jednocześnie jednak jest to miejsce nad morzem.
Po doświadczeniach poprzedniego wieczora, postanowiliśmy zabrać się do rezerwacji hotelu w Sarandzie z odwrotnej strony. Najpierw chcemy obejrzeć obiekt, którego oferta spodobała nam się na Booking.com, a dopiero, gdy okaże się, że jest ona zgodna z rzeczywistością, dopełnimy formalności na stronie rezerwacyjnej.
Przejazd przez miasto dłuży się niemiłosiernie. W końcu docieramy już w takie rejony, gdzie czujemy się jak daleko poza nim - okolica wygląda, jakby dopiero powstawała tu jego następna część.
Poddaję się, to na pewno nie tutaj, nawet recepcjonistka z hotelu Mucobega, który miał być naszym nowym sąsiadem, nigdy nie słyszała o poszukiwanym przez nas obiekcie. Zawracajmy, bo nic tu po nas.
Na końcu małej ślepej uliczki mąż wypatrzył miejsce do zawracania, podjeżdżamy na samą górę i nagle... jest! To ten ostatni budynek na końcu zabudowań widziałam na fotografiach, które przeglądałam w nocy na stronie Booking.com. To nasz hotel Nicos Relax Apartments, choć znów żadnego szyldu, nawet napisu się na nim nie uświadczy. Można też (i tu powtórka z rozrywki) zapomnieć o numerze budynku - nie ma go ani na jego fasadzie, ani w adresie, choć wskazana ulica ciągnie się kilometrami i ma liczne zaułki. Przemysł turystyczny iście po albańsku...
Ale natychmiast wybaczam to wszystko naszemu nowemu hotelowi, bo jest po prostu urzeczywistnieniem moich marzeń - ma cudowny widok na morze i na Korfu, a okolica jest tak spokojna, jakby to nie była już w ogóle Saranda.
Rezerwuję bez chwili zastanowienia.
*
W celu dopełnienia formalności rezerwacyjnych nasza nowa gospodyni prowadzi mnie w dół ulicy do budynku zamieszkiwanego przez młodzieńca, o którym wyraża się “manager”. Od niego dowiadujemy się, że pośrednictwo Booking.com jest niepotrzebne (choć my oporujemy, bo przecież mąż ma u pośrednika jeszcze zniżkę z promocji Energizera). Cóż mamy jednak zrobić, jeśli mimo wszystko bardziej zależy nam na noclegu niż na upuście ceny? Kapitulujemy i mąż sięga po gotówkę.
Rany, a gdzie gotówka? Gdzie cały portfel z paszportami, dokumentami wozu, kartami kredytowymi?! Robimy się mokrzy z wrażenia i ze ściśniętym gardłem przerzucamy cały nasz dobytek w samochodzie. Nie ma! Rozstąp się ziemio...
Po gorzkich chwilach rwania włosów z głów, prosimy managera, by zadzwonił w miejsce naszego ostatniego noclegu z prośbą o przeszukanie zajmowanego przez nas apartamentu. Obiecuje, że to zrobi i... znika. Podejmujemy więc decyzję o powrocie do Gjashta Natural Houses. Przedzieramy się znów przez zatłoczoną, pełną pozostawionych na awaryjnych światłach Mercedesów, Sarandę. A ja już powoli się z nią żegnam. I z całą naszą wakacyjną podróżą. To, co trzeba zrobić w tej sytuacji, to jak najszybciej dotrzeć do Tirany, by zdobyć zastępcze dokumenty, które nam pozwolą wrócić do Polski. No trudno, i tak już dość widziałam podczas tej podróży.
Rozmowa z gospodarzami Gjashta Natural Houses gasi ostatnie złudzenia - tak, już przeszukiwali apartament po telefonie managera (który jednak zadzwonił), nic nie znaleźli, ale możemy to zrobić wspólnie jeszcze raz. Robimy. Przeszukujemy każdy kącik. Oczywiście bez skutku. Dziękuję za fatygę i wychodzę na parking, by uzgodnić z mężem plan działania na najbliższe godziny.
A on cały rozpromieniony macha do mnie z daleka... portfelem. Okazało się, że rankiem wypadł mu w zarośla na obrzeżach parkingu podczas wsiadania do samochodu.
Takiego wybuchu ogólnej radości nie pamiętam, jak daleko sięgam pamięcią. Cieszą się wszyscy: my, gospodyni, jej dorastający synowie, nawet ich dziadkowie wyszli z domu i też się cieszą. Są uściski, rzucanie się sobie na szyję, wspólne pamiątkowe zdjęcia, a nawet wzajemne błogosławieństwa. W ten oto sposób zostajemy serdecznymi przyjaciółmi poprzednich gospodarzy.
Gdy Booking.com zwraca się do nas z zapytaniem o sprawę no-show, to odpowiadam najbardziej pokrętnie jak mogę, żeby tylko im nie zaszkodzić. Wyjaśniam, iż okazało się, że mój mąż nie ma możliwości mieszkać w Gjashta Natural Houses z powodu barier architektonicznych, a gospodarze wskazali nam inny pensjonat, w którym można było zanocować. W końcu, jakby nie było, to też jest prawda.
*
Po tej przygodzie czujemy się, jakby ktoś nam podarował w prezencie całą dalszą część planowanej podróży. Tylko wizja ponownego przedzierania przez Sarandę psuje nam nieco humor. Ale możemy to jeszcze odsunąć w czasie. W końcu po drodze mamy bar Sindi, a miło będzie się z nią ponownie spotkać. Postanawiamy też zjeść u niej śniadanie, przynajmniej tyle możemy zrobić, by przyczynić się do rozwoju jej interesu.
I wtedy wpadamy na genialny pomysł. Po co przedzierać się przez całe miasto, by skończyć rezerwację, jeśli, korzystając z darmowego wi-fi u Sindi, możemy to zrobić za pomocą kilku kliknięć na stronie Booking.com. W końcu poranna transakcja nie doszła do skutku, manager zniknął, a noclegi w Nicos - Relax Apartaments dalej są dostępne na stronie pośrednika. Jeszcze nam je ktoś zwinie przed nosem zanim pokonamy tę piekielną Sarandę.
I jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. A mając już w garści nocleg marzeń, mogliśmy po śniadaniu skierować swoje kroki w kierunku przeciwnym od centrum Sarandy.
Pojechaliśmy do Butrintu, a potem do Ksamilu. To pierwsze miejsce to prawdziwa perła w koronie Albanii. Starożytna "osada iliryjska według mitu założona przez uciekinierów z Troi" (Wikipedia) Zwiedzanie to podróż przez wieki - pozostałości po kolonii greckiej, Rzymianach, Bizancjum. Wenecjanach i Imperium Osmańskim stanowią rodzaj muzeum na świeżym powietrzu. Miejsce jest mega klimatyczne i przepięknie położone. Oczywiście wpisane na listę Unesco. Spędziliśmy tam czas aż do jego zamknięcia (bo takie właśnie mamy wolne tempo zwiedzania) i wcale nie czuliśmy przesytu. Każdemu polecam. No i postaram się zrobić fotorelację w wolnej chwili.
Co zaś do Ksamilu, to może zamiast sama się tu produkować, podeprę się zdaniem profesjonalistów. Na przeprosiny za Sarandę zapraszam tutaj serdecznie “Stację Bałkany”. Polecam tekst na ich stronie pt: “Fajny i niefajny Ksamil. Czy warto tu przyjechać na wakacje?” (http://www.stacjabalkany.pl/nie-fajny-ksamil/)
Na mnie miasteczko sprawiło swojskie wrażenie - taka chaotyczność rodem znad polskiego morza w sezonie. Kto lubi takie klimaty, ten na pewno dobrze się poczuje w Ksamilu. Dla mnie miejsce jest na tyle w porządku, że chciałabym kiedyś przywieść tu swoje dzieci.
I to by było tyle o tym pełnym wrażeń dniu. Pora wracać do wymarzonego hotelu zanim zapadnie noc. I jak się już przebijemy kolejny raz przez Sarandę, to nie wyjadę z niego nigdzie do końca pobytu w tym mieście. Nie ma takiego powodu, który by mnie skłonił do zmiany stanowiska:). Pora wreszcie odpocząć, bo póki co, nasz wakacyjny pobyt w Sarandzie okazał się nieprawdopodobnym wyczerpaniem.
Następna część relacji: ALBANIA Z WIDOKIEM NA KORFU - GRECKIE KLIMATY SARANDY
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz