piątek, 27 stycznia 2023

17. TURCJA: Trabzon, Sumela, Yomra - Uwolnienie od mankamentów





Tego dnia przygotowujemy się na naprawdę porządną dawkę zwiedzania. Toteż staramy się rankiem opuścić pokój sprawnie i bez ociągania. 



Zjeżdżamy na śniadanie - całkiem dosłownie:). Restauracja hotelu Livio to kolejny w naszej podróży obiekt usytuowany na plaży. Ale tym razem nie ma problemu, by się tam dostać - na hotelowe podwórze prowadzi zjazd dla samochodów. Bardzo to funkcjonalne i przyjazne rozwiązanie dla osób z niepełnosprawnością ruchową. 



Na podwórzu oprócz parkingu klienci znajdą również ogród i plac zabaw dla dzieci oraz zejście na niewielką plażę. Fajne to miejsce choćby na chwilową przerwę w podróży. No i okazuje się, że i tutaj ludzie kochają zwierzęta - obsługa opiekuje się pieskiem, który ze względu na niepełnosprawność ruchową  posługuje się dopiętymi kółkami zamiast tylnych łapek.



Hotelowa restauracja serwuje smaczne śniadanie. Ale w takich okolicznościach, mam wrażenie, smakowałoby nam wszystko, cokolwiek by podano. Jestem taka szczęśliwa, że teraz i mąż może zjeść swój poranny posiłek, przy akompaniamencie szumiącego morza. Nie muszę się z nim rozstawać, by cieszyć się taką chwilą. Spełnianie marzeń zostało oczyszczone z najdrobniejszych nawet mankamentów.



Przy śniadaniu już nie idzie nam tak sprawnie i bez ociągania jak wcześniej. Celebrujemy. Delektujemy się tym porankiem. No i też zbieramy siły na następne godziny.



Dziś czeka nas dzień pełen wrażeń - mamy w planie Trabzon, Monastyr Sumela i Góry  Kaçkar. Odezwę się później - piszę jeszcze do bliskich przed wyjazdem.


Choć Trabzon widnieje w adresie Livio Hotelu, to do jego centrum mamy według Via Michelin jeszcze godzinę i sześć minut drogi. Po krótkim rekonesansie w najbliższym sąsiedztwie ruszamy więc na wschód nadmorską autostradą, opisywaną w wielu wirtualnych przewodnikach jako “nudna”.  My jednak nie mamy tak wiele czasu, by choć trochę zacząć się nudzić:). 



Ja łapię jeszcze w kadry i wspomnienia ostatnie nadmorskie widoczki, trochę mało mi było tego pobytu nad morzem. Jak to jest, że mimo zaplanowania podróży na tak długi czas, jakoś mam wrażenie, że nam go na poszczególnych jej odcinkach wciąż brakuje?




W Trabzonie chcemy zobaczyć najsłynniejszy zabytek miasta, czyli imienniczkę stambulskiej Hagii Sophii. 





Ich historie zresztą, tak jak nazwy, też są niezwykle podobne. Obie powstały jako świątynie chrześcijańskie, później zamieniono je na muzułmańskie, następnie przeszły przez etap uznania ich za muzea, by znów powrócić do pełnienia funkcji meczetów. Ta ostatnia zmiana zaszła zresztą całkiem niedawno - w Trabzonie w 2013 roku, a w Stambule w 2000.




Rzecz jasna wywołało to protesty w chrześcijańskim świecie. Stosownie do wielkości - o Trabzon upominała się niewielka grupa chrześcijan (no bo tak naprawdę, ilu z nich słyszało w swoich krajach o trabzońskiej Hagii Sofii?), ale sprawa Stambułu była już szeroko dyskutowana nawet w kręgach najważniejszych światowych decydentów. 


Można o tym przeczytać m.in. na stronie https://tvn24.pl/swiat/hagia-sophia-przeksztalcona-w-meczet-pierwsze-muzulmanskie-modlitwy-4646676: 

Spotkało się to z krytyką i obawami o dalsze losy chrześcijańskiego dziedzictwa w Turcji, wyrażanymi przez m.in. ekumenicznego patriarchę Konstantynopola Bartłomieja I, patriarchę Moskwy i całej Rusi Cyryla, papieża Franciszka, sekretarza stanu USA Mike'a Pompeo, rządy Grecji, Cypru, Francji i rosyjską Dumę. Zaniepokojenie wyraziła też Unia Europejska.




Oczywiście nic to nie pomogło. Władze Turcji w ogóle nie zamierzały brać tego pod uwagę.




Turecki minister spraw zagranicznych Mevlüt Cavusoglu oświadczył, że decyzja o przyszłości Hagia Sophii jest „wewnętrzną sprawą Turcji”. Jednak sprawa nie wygląda tak prosto, zauważa niemiecka agencja katolicka KNA. Ayasofya – taka jest turecka nazwa Hagia Sophii – jak chyba żadne inne miejsce jest symbolem trudnych stosunków między islamem i chrześcijaństwem, między Turcją i Europą. Dla wyznawców prawosławia Świątynia Mądrości Bożej jest nadal miejscem świętym i siedzibą patriarchów prawosławnych – tak też jest do dziś określana w dokumentach kościelnych. Tak więc „każdy, kto wstrząsa jej neutralnym statusem muzeum, dobrze wie, że tym samym otwiera rany religijne i wywołuje międzynarodową krytykę” (https://www.ekai.pl/oburzenie-swiata-wobec-decyzji-o-przeksztalceniu-hagii-sophii-w-meczet/).




Nawet mnie - chrześcijankę z dalekiego kraju zabolała ta turecka decyzja. Poczułam jakby ktoś pozbawiał mnie mojego chrześcijańskiego dziedzictwa prawem siły sprzed kilku wieków. Zaczynam o tym ponownie myśleć, gdy w naszej tureckiej podróży nie mogę nigdzie natrafić na ślady pozostawione przez mieszkających tu niegdyś chrześcijan.



A przecież Trabzon, przynajmniej ten, o którym mamy jakieś przekazy historyczne, to historia znacznie wyprzedzająca podbój tych ziem przez Turków. To pozostałość po osadnictwie Greków z Miletu (VIII w.p.n.e.), później dziedzictwo Pontu z jego hellenistyczną orientacją, nawet dwudziestowieczne dzieje są naznaczone grecką tożsamością. Wikipedia zawiera  następującą informację o Trabzonie: “Do 1923 roku zamieszkany głównie przez Greków pontyjskich, a ich język pontyjski wciąż pozostaje w użyciu” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Trabzon).





To samo źródło podaje: “Na przestrzeni tysiącleci, ośrodek wytworzył własne zwyczaje kulturowe, m.in. stając się centrum, spotykanego na wybrzeżach Morza Czarnego, pontyjskiego stylu wczesnochrześcijańskiej architektury sakralnej”. 




To właśnie jest historyczna spuścizna tego miasta. Niestety tu na Wschodzie mam wrażenie, że zadano sobie dużo trudu, by ją zakryć całunem kultury i religii, które napłynęły na te tereny wraz z tureckimi przybyszami.




Tego dnia mamy więc okazję oglądać w Trabzonie meczet w murach bizantyjskiej cerkwi. Z pozostałością fresków po trudnej historii (podobno zachowała się tylko 1/6 oryginalnych dekoracji). Wiele postaci na nich ma wydrapane twarze, szczególnie oczy - spotkaliśmy się już z tym wcześniej na Bałkanach. Ale i tak  trabzońska Hagia Sofia robi na nas duże wrażenie. A co na temat tego zabytku można przeczytać w Wikipedii?




Pochodzi z XIII wieku, kiedy Trabzon był stolicą  Cesarstwa Trebizondy. (...) Został opisany jako “uważany za jeden z najwspanialszych przykładów architektury  bizantyjskiej” (https://en-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Hagia_Sophia,_Trabzon_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc). Według miejscowej tradycji na przełomie XIX i XX wieku miejsce to służyło jako szpital choleryczny. (...) W latach czterdziestych XX wieku zgłoszono, że był zamknięty i używany jako sklep, ale w latach pięćdziesiątych ponownie służył jako meczet”. Stojącą zaś obok wieżę zegarową używali jako swoje obserwatorium ponoć tutejsi astronomowie.






Cały kompleks jest przepięknie położony w ogrodzie na wzgórzu, skąd rozciąga się fantastyczna panorama. Przed przyjazdem tutaj naczytaliśmy się, że Trabzon jest mało ciekawy. Ale tego dnia z góry prezentował się naprawdę ładnie i może to szkoda, że na skutek  informacji ze wspomnianych wyżej wirtualnych przewodników zrezygnowaliśmy z dłuższego pobytu i nie ujęliśmy w planach bliższego zapoznania z tym miastem. Nawet jeśli niewiele pozostało z czasów świetności, gdy był ważnym ogniwem Jedwabnego Szlaku, to wydaje się, że trabzońska współczesność też potrafi pozytywnie zaskoczyć. Zresztą, nie tylko my tak uważamy - turystów jest mnóstwo, w tym liczna reprezentacja przedstawicieli krajów arabskich, nigdzie dotąd nie widzieliśmy ich tak wielu.




No ale tego dnia nie mamy czasu na to, by żałować jakiegokolwiek błędu w naszym planie. Musimy jeszcze w naszej podróży dotrzeć do jego kolejnego punktu. A to znów według google maps prawie godzina drogi.




*

Monastyr Sumela - zobaczyłam go lata temu na jakimś zdjęciu, obrazującym trabzońskie pejzaże. I od tamtej chwili dla niego właśnie chciałam przyjechać na tureckie wybrzeże Morza Czarnego. Fotka mnie zauroczyła bez reszty i głęboko zapadła w pamięć. Ciekawa jestem, jak teraz wypadnie jej porównanie z rzeczywistością.





Droga z Trabzonu do Sumeli wiedzie na południe. To okolica, gdzie, jak się okazuje, znajdują się również pozostałości innych monastyrów. Może więc wreszcie zaspokoję tu moje pragnienie odnalezienia w Turcji śladów chrześcijaństwa? 






W otoczeniu bujnej, górskiej zieleni dojeżdżamy najpierw do znów pełnej turystów miejscowości Maçka, a potem do Parku Narodowego Doliny Altindere (Altındere Vadisi Millî Parkı). Jako pasażerowie pojazdu przystosowanego do przewozu osób z niepełnosprawnością zostajemy przepuszczeni przez dwa parkingi (choć na tym drugim z wielkimi problemami) i kończymy jazdę przy górnym przystanku busów nieopodal ruin Aya Varvara Kilisesi. 





To piękne miejsce, ale nie chcemy tu zbyt długo zabawić, bo jednak klasztor Sumela stanowi zbyt wielką pokusę. Jego “Nazwa wywodzi się z pontyjskiej odmiany języka greckiego i oznacza „Monastyr Przenajświętszej na górze Mela” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Monaster_Sumela).




Jego najstarsze dzieje to piękna opowieść, której jednak nie sposób ani potwierdzić, ani podważyć. 


Większość źródeł, w tym strona Unesco, podaje, że początki klasztoru, po turecku zwanego Sümela Manastırı (...) sięgają IV wieku, kiedy to, za panowania Teodozjusza Wielkiego (347-395), dwaj greccy mnisi, Barnaba i jego siostrzeniec Sofroniusz, znalazłszy w górskiej grocie cudowną, przypisywaną św. Łukaszowi ikonę Matki Bożej, zbudowali we wskazanym w ten sposób miejscu pierwsze dwa pomieszczenia klasztorne. Za Justyniana Wielkiego (483-565), z polecenia Belizariusza, wybitnego dowódcy wojskowego cesarstwa, klasztor miał zostać przebudowany i powiększony” (https://www.a41.pl/sumela.html).


Kompleks budynków, które obecnie znajdują się na górze Mela to już trzynastowieczna historia. Ciekawy jest też jej okres z czasów panowania Osmanów. “Kolejni sułtanowie akceptowali przywileje klasztoru uzyskane w okresie bizantyjskim (podobnie jak w przypadku monasterów góry Athos oraz monasteru Świętej Katarzyny na Synaju)- to po raz kolejny Wikipedia. I znów rok 1923 jest i w tym przypadku datą krytyczną. W wyniku akcji powojennej wymiany ludności, greccy mnisi z Sumeli opuścili klasztor, który bez swoich gospodarzy zaczął niszczeć. Dopiero rok 2000 przyniósł na tyle zainteresowania obiektem, że Turcja zgłosiła go na listę informacyjną Unesco. Ostatnie lata to również początek renowacji monastyru. Musimy koniecznie zobaczyć efekty.


Od ruin klasztoru Aya Varvara do murów Sumeli prowadzi górska, około 350 - metrowa droga. Czy to dużo? Dla zdrowych nóg nie, ale w przypadku męża to najprawdziwszy Mount Everest! Tym bardziej, że sporo na niej miejsc, gdzie zmienia się wysokość, a podłoże jest dość śliskie z powodu wilgotnych mgieł snujących się, jak tego dnia, zboczem wzgórza. Trudno w takich warunkach  utrzymać równowagę, gdy porusza się z pomocą kul. 

Nawet nie chce tu opisywać, jak wielkim wyzwaniem (i do tego chyba katorgą) była dla męża ta droga. Szczerze go podziwiałam za wytrwałość w podążaniu do obranego celu. Zresztą nie tylko ja - dostał wyrazy uznania od innych turystów (a było ich tam mnóstwo) na całej długości trasy. Nawet nie wiem, ile razy tego dnia usłyszeliśmy od mijających nas ludzi słowa “yavaş, yavaş”(powoli). Najwyraźniej chcieli pomóc choćby dobrą radą.


Dzielny mąż doszedł do samego tarasu widokowego, skąd z góry obserwował, jak ja myszkuję w udostępnionych do zwiedzania zabudowaniach klasztornych. Potem niestety czekała go równie męcząca droga powrotna. Ach, jak mi było żal, że nie miał na nogach takich kółeczek jak piesek z Livio. Wszystko musiał zrobić własnymi siłami, choć tak naprawdę to było dla niego ponad siły. Zaimponował mi, a o to u mnie niełatwo. Ale też poczułam niepokój.




A...... przeszedł dziś samego siebie - tam jest milion schodów,  nie myślałam, że się podejmie, ale dał radę, choć teraz biedak ledwie żyje - zdradziłam przyjaciołom. Odzyskanie przez niego sił stało się naszym priorytetem. Po zwiedzaniu najpierw zatrzymaliśmy się więc w centrum Maçki, by się posilić, a potem ruszyliśmy na nocleg do Yomry do hotelu Green Life.



mam nadzieję, że solidna porcja snu załatwi sprawę - właściwie o tym już tylko marzymy. Ale spełnienie marzeń nie nastąpi tak szybko, jakby nam się wydawało. Nasz hotel nie jest usytuowany w centrum miasteczka - to wiedzieliśmy. Ale pewnie gdybyśmy wiedzieli, gdzie się dokładnie znajduje, to byśmy tam w ogóle nie pojechali po takim ciężkim dniu. O tym, jak trudno dotrzeć do Green Life niech świadczy opinia klienta Taha (strona Hotels.com), który miał mniej szczęścia niż my (tłumacz google):

“Nie mogliśmy zostać. Pytasz dlaczego? Nie mogliśmy dotrzeć. Został zbudowany w takim miejscu, że po drogach trudno było przejechać pojedynczemu samochodowi, a my nie mogliśmy do niego dotrzeć, ponieważ mgła całkowicie zablokowała drogę.”




Green Life został wybudowany na górze, pośród gór i z widokiem na góry. Będziemy mogli z niego oglądać pasmo Kaçkar. A to wyjątkowe miejsce na ziemi. "Ciekawostką może być fakt, że prawdopodobnie w rejonach gór Kaçkar, po raz pierwszy w historii ludzkości, zostało zasadzone ziarno" czytam na stronie https://podroze.onet.pl/ciekawe/najwieksze-atrakcje-turcji/2f9bvy8.

Na szczęście nasza przygoda z dojazdem skończyła się szczęśliwie i, w przeciwieństwie do klienta Taha, udało się nam dotrzeć do Green Life. Wreszcie  mogłam więc donieść wszystkim, że Dzisiejszy plan został w całości wykonany. Ale jesteśmy padnięci.

Znowu inne klimaty. Znowu niesamowicie!  - komentuje Beata. Pięknie z tą mgłą


I choć pewnie Taha by się z tym nie zgodził, rzeczywiście ta mglista okolica robi niezwykłe wrażenie. Tego dnia zasypiam w przekonaniu, że to był jeden z najpiękniejszych dni naszej podróży. I że jestem w jednym z najpiękniejszych miejsc na naszej drodze.


Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/01/blog-post_31.html



GALERIA  - Monastyr Sumela





































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz