wtorek, 10 stycznia 2023

16. TURCJA: Giresun, Beşikdüzü - Rekomendacja dla osób po traumach

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/01/rankiem-winda-w-hotelu-nadal-jest.html


To już ostatni dzień islamskiego Święta Ofiarowania. Przyznaję, zawsze miałam trudność z leżącą u jego podstaw opowieścią biblijną. No bo jak to tak - dobry Bóg, który wymaga od Abrahama ofiary z własnego dziecka? Ze swojego jedynego syna? To mi się jakoś w głowie nie mieściło. Przecież nawet jeśli ta historia dobrze się kończy, to Abraham na jej początku tego nie wie. Kocha swojego jedynaka i na pewno nie chce być sprawcą jego śmierci. Czy to na pewno akt wiary, czy też jakieś szaleństwo z imieniem Boga na ustach?


Te pytania nie dawały mi spokoju także w tegoroczny czas tureckich świąt. I dopiero po powrocie z podróży znajduję odpowiedzi. W wykładzie biblisty, z którym wirtualnie zapoznaje mnie mąż. Marcin Majewski ze swoimi przemyśleniami i zasobem wiedzy robi na mnie przeogromne wrażenie (a o to zwykle ciężko, bo jestem dosyć krytyczna i nikt mi kitu nie wciśnie). Podaje tu link do przywołanego wykładu, ale tak naprawdę to ze wszystkimi, które są zamieszczone przez biblistę w internecie, warto się zapoznać -  https://www.youtube.com/watch?v=qZl7eqv0Ehg&list=PLWbWmLNP8EN3wuSVsgQsi3SV6S0soK4t8&index=14&ab_channel=MarcinMajewski. 


Według Marcina Majewskiego nawet żydowscy badacze zauważają, że tekst dotyczący złożenia Izaaka w ofierze jest mesjański (polecam wysłuchanie argumentów na poparcie tej tezy). I tak należy go właśnie po chrześcijańsku rozumieć.


“Bóg z wybranymi osobami, jakimiś szczególnymi w historii zbawienia, dzieli się swoim własnym doświadczeniem, dopuszcza ich głębiej do swojej własnej tajemnicy (...).




W moim przekonaniu ten tekst jest dlatego tak bardzo skandaliczny, bo tutaj Pan Bóg chciał się podzielić z Abrahamem swoim najgłębszym doświadczeniem - nie jednym z wielu doświadczeń, nie jednym z wielu obrazów Boga,  ani nie jedną z wielu tajemnic, ale tą najbardziej istotną głębią tajemnicy serca Bożego czyli właśnie ofiarowania swojego Syna.




I w moim przekonaniu inaczej nie da się tego tekstu czytać” - twierdzi biblista. Mnie to przekonuje. Zastanawiam się tylko nad jednym. Czy śmierć mojego Syna też jest podzieleniem się ze mną przez Boga jego własnym doświadczeniem? Bo ja akurat nie jestem żadną szczególną osobą w historii zbawienia. I nigdy nie chciałabym nią być za taką cenę. Ale to pewnie dlatego, że nie doświadczyłam wzorem Abrahama czegoś takiego jak “skok wiary’, o którym również wspomina wykładowca.


Na szczęście historia Izaaka miała swój "happy end". Lecz Bartkowa już nie. Bogu dzięki, podczas tej podróży nie mam zbyt wiele czasu, by to rozpamiętywać. 


Mam tu dni wypełnione aktywnością fizyczną po brzegi i wieczory, gdy ciało samo, jakby siłą bezwładności, ze zmęczenia opada na poduszki. Nawet sny nie  pozostają w pamięci, kiedy budzę się już z głową pełną planów na kolejny dzień. To naprawdę świetny rodzaj wyjazdu dla osób po wszelkich traumach i życiowych zakrętach. Nawet tych związanych ze śmiercią własnego dziecka.


Czekam na jutrzejszą relację - Beata dodatkowo motywuje mnie do skupiania się na codziennej rzeczywistości i nie wnikania w głąb swojej głowy. A że jestem zadaniowa i bardzo obowiązkowa, to oczywiście dotrzymuję danej przed wyjazdem obietnicy. Nazajutrz znów będę przesyłać fotki i wrażenia z kolejnego miejsca pobytu. Zresztą to naprawdę miłe, dzielić z kimś swoje przeżycia, i zachwyt, i radość.



*

Tak oto rozpoczynamy nasz trzeci dzień nad Morzem Czarnym. 

U nas naprawdę pięknie - startuję z relacją od samego rana. Oczywiście na dowód załączam fotki.




W dzień też jest piękny widok z balkonu. Znowu fotki:)

Mamy też przepiękny ogród nad samym morzem. Oczywiście nie da się tego nikomu unaocznić bez fotek:)


Z ogrodu można zobaczyć kolejną (po zamku) atrakcję Giresun. To mała wyspa (4 hektary) o tej samej nazwie co miasto . “Turcja w Sandałach” podaje, że jej inna nazwa to Ares, co jest związane ze świątynią zbudowaną na cześć boga wojny. Natomiast z Wikipedii można się dowiedzieć, co następuje:

“Jest to największa wyspa na tureckim wybrzeżu Morza Czarnego. (...) Na wyspie znajdują się ruiny kamiennej świątyni bez dachu, fortyfikacje i mury obronne oraz dwie tłocznie wina lub oliwy. Świątynia bez dachu była w starożytności przypisywana Amazonkom, które odprawiały w niej rytuały religijne” (https://en-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Giresun_Island?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc).


Jaka szkoda, że nie możemy się tu zatrzymać na dłużej. Niestety hotel ma już pełne obłożenie na nadchodzącą noc. Po porannym posiłku musimy jechać dalej. Ale póki co relacji nie przerywam...

Kotki gromadzą się w porze śniadania za oknami jadalni - czekają na karmienie. Widać, że im tu dobrze. Nam też dobrze mieszkać wśród ludzi, którzy dbają o zwierzaki.



- Czy to Ty jesteś Husayin? - pytam właściciela.

- Nie to mój ojciec.



Myślę, że człowiek, którego imię nosi nasz hotel ma całe mnóstwo powodów, by być dumnym ze swojego syna. Dzięki niemu obiekt wygląda i prosperuje świetnie. No i ta atmosfera - serdeczność i gościnność, to zapewne dlatego klienci tak chętnie go zapełniają.







Przemiły właściciel, pyszne jedzonko, będziemy tęsknić za tym miejscem - piszę jeszcze przed odjazdem. I tak właśnie jest. Tęsknimy do tej pory...




Zanim opuścimy Giresun na dobre, to zajeżdżamy jeszcze do centrum miasteczka. Byliśmy już w nim poprzedniego dnia, szukając hotelu, sprawiło na nas dobre wrażenie. Fajne miejsce urlopowe - czyli miła atmosfera z całym szeregiem minusów: tłoczno, hałaśliwie i trudności z parkowaniem. 



Zajrzyjmy znów do nieocenionej “Turcji w Sandałach” - jakie wiadomości można tam znaleźć  na temat Giresun? “Kiedy w II wieku n.e. rzymski generał Lukullus przybył do położonego nad Morzem Czarnym miasta Cerasos, napotkał w jego okolicach drzewa, których pyszne owoce zachęciły go do przewiezienia sadzonek na półwysep Apeniński. Od tamtych czasów cały świat poznał wiśnie - to od nich wywodziła się nazwa miasta. (...) Początkowo Giresun nazywane było przez Greków Choerades lub Pharnacia, później znano je jako Kerasous lub Cerasos. Z tej nazwy pochodzi nazwa wiśni w wielu językach, w tym po angielsku (cherry), francusku (cerise) oraz hiszpańsku (cereza)” (https://turcjawsandalach.pl/content/giresun).


Polecamy bliższe zapoznanie się z miasteczkiem. Oprócz wakacyjnej atmosfery znajdziemy tu parę interesujących zabytków. My odpuściliśmy tym razem zamek, w który się wgapialiśmy cały wieczór. Nie mieliśmy ochoty ponownie, jak poprzedniego dnia, krążyć samochodem po ruchliwych, wąskich uliczkach, szukając dojazdu do tej budowli. Mąż znalazł za to w spisie atrakcji turystycznych coś, co się zwało Rock Sanctuary of the Virgin Mary.













Brzmiało dobrze, skończyło się na metalowych odrzwiach w zboczu skały, zamkniętych na głucho. Ale właściwie to powinnam być na to przygotowania, ciężko nam w Turcji znaleźć jakiekolwiek czynne miejsce kultu religijnego, które nie byłoby związane z islamem (a tych z kolei mamy tymczasowy przesyt).




Tuż obok przebiegała Fiyale way, czyli, jak wynikało z opisu, droga z czasów hellenistycznych. A właściwie schody łączące miasto na różnych poziomach. Przeszłam. Cóż, nawet świadomość zamierzchłej historii nie uczyniła z tych schodów niczego ponad schody... 



Pewnie gdybyśmy mieli więcej czasu, to jeszcze bym pomyszkowała w klimatycznych zakamarkach Giresun.  Ale ponieważ obawialiśmy się, że znalezienie kolejnego noclegu ponownie zajmie nam parę godzin, postanowiliśmy ruszać dalej.


Tym razem jednak czekała nas miła niespodzianka. Nieoczekiwanie pierwszy hotel, do którego podjechaliśmy, był tym właściwym.”Livio znajduje się na plaży na wyspie Beşikdüzü, gdzie spotykają się natura i morze” - to informacja z jego strony. Zgadza się, a to oznacza, że znów mamy przepiękny widok, nazwałabym go nawet “panoramicznym”.




to widzę teraz, gdy leżę sobie w łóżku

Wszystkie Wasze miejsca są magiczne! A przeszklenia dają niesamowity efekt - odpisuje Beata.




W opiniach o hotelu pojawiają się również informacje o swego rodzaju muzeum we wnętrzu. Możemy to tylko potwierdzić. Rzeczywiście zgromadzono tu sporo interesujących eksponatów z gatunku, który lubimy. Mam co oglądać do wieczora:)



Nad Morzem Czarnym powoli zapada zmierzch. Dziś bez zachodu słońca  - donoszę przed snem.


Szkoda, bo to już nasza ostatnia nadmorska noc. Postanawiamy nazajutrz pojechać dalej w kierunku miejsca docelowego. Bo po pierwsze, nie chce nam się już poszukiwać kolejnego hotelu na Wybrzeżu. Znajdowanie ich w głębi lądu okazało się o wiele prostsze. Zaś po drugie, pora wreszcie zacząć się bardziej znacząco przybliżać do Van. 






Przed nami jeszcze ponad dziewięćset kilometrowa trasa. I to bez zwiedzania okolic, przez które przebiega. A przecież to w naszym przypadku taktyka zupełnie nie do pomyślenia:).


z

                                        GALERIA - Hotel's Livio muzeum






















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz