piątek, 18 listopada 2022

12. TURCJA: Sivas - A życie toczy się dalej...

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/11/z-historia-czterdziestu-meczennikow.html



Po wyśmienitym świątecznym śniadaniu w Behrampaşa Hotel powracamy do celu naszej wizyty w Sivas. Ponownie skupiamy się na czterdziestu męczennikach. Oczywiście wybierając się tutaj na pielgrzymkę, nie łudziliśmy się, że po osiemnastu wiekach zastaniemy w dawnej Sebaście niezatarte ślady tych Świętych. Ale uznaliśmy, że wystarczy nam modlitewne zespolenie z nimi w jakimś lokalnym miejscu chrześcijańskiego kultu. Na rzymskokatolicki kościół też nie liczyliśmy - nie widzieliśmy takiego w całej odwiedzonej przez nas do tej pory tureckiej Azji. 



Nasz wybór padł więc na świątynię ormiańską, co wydawało się logiczne, biorąc pod uwagę historyczną przynależność Sebasty do Armenii w czasach życia (i śmierci) męczenników. No i wtedy nieoczekiwanie natknęłam się na taką historię, której wolałałabym nigdy nie poznać. I na zupełnie innych męczenników...


To najtrudniejszy kawałek naszej podróży. Nawet nie wiem, jak o tym pisać. Może najlepiej będzie, jeśli podam tu tytuł artykułu autorstwa Grzegorza Kucharczyka, który wtedy przeczytałam: “Tureckie ludobójstwo na Ormianach. Relacje naocznych świadków mrożą krew w żyłach” (https://wielkahistoria.pl/tureckie-ludobojstwo-na-ormianach-relacje-naocznych-swiadkow-mroza-krew-w-zylach/).



Mnie też zmroziło. Ale jeszcze się nie poddałam. Wydawało mi się, że nawet jeśli w wyniku wydarzeń sprzed 107 lat zlikwidowano ludzi (tak, wiem, że to eufemizm, ale z powodów emocjonalnych nawet ciężko mi nazwać to w adekwatny sposób), to przecież budowle po nich musiały pozostać. Mury są  mniej kruche od ludzkiego życia. Znalezienie świątyń, wzniesionych przez dawnych mieszkańców miasta wciąż zdawało się realnym planem. Nadzieja (choć już wtedy nikła) na modlitwę w miejscu ormiańskiego kultu nie zgasła nawet wtedy, gdy w internecie wyszukałam tekst pod tytułem: “Ormianie z Sivas i ich kościoły” (https://virtualani-org.translate.goog/surpnishan/index.htm?_x_tr_sch=http&_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc).


Choć przyznać trzeba, że wówczas zredukowałam nasze plany do minimum - do  poszukiwania ruin. Przy czym wiedziałam, że i z nimi łatwo nie będzie, bo podlinkowany tekst to przede wszystkim historia o zniszczeniu, nie o przetrwaniu. Wyglądało na to, że z wymienionych przez autora licznych kościołów ormiańskich, które swego czasu służyły wiernym w Sivas, zachowały się tylko pozostałości jednego. I na dodatek w miejscu właściwie niedostępnym dla turystów. Jak można przeczytać w przywołanym tu tekście:

Główny kościół klasztoru Surp Anapat nadal stoi. Leży w tej samej bazie wojskowej, która zajmuje teren Surp Nishan [ten kościół jest już zburzony - przyp. aut]. Można go dyskretnie zaobserwować spoza ogrodzenia bazy, ale zazwyczaj nie ma możliwości zbliżenia się.” Co więc pozostało takim pielgrzymom jak my? Modlitwa za ogrodzeniem bazy wojskowej? No cóż, niech tak będzie, jeśli nie ma innej możliwości. Wbrew wszelkim przeciwnościom nie wykreślamy klasztoru Surp Anapat z naszego planu wizyty w Sivas.

Są w tym mieście oczywiście także zabytki kultury islamu. Sivas słynie głównie ze swoich medres, zachwycających kunsztem wykonania i zdobieniami. Każda z nich, jak można przeczytać w Wikipedii, to “teologiczna szkoła muzułmańska (...), w której nauczano Koranu, prawa oraz języka arabskiego. Od około X wieku medresy uzyskały pewną samodzielność, zaczęto wykładać w nich także nauki ścisłe (https://pl.wikipedia.org/wiki/Medresa).




Niestety przybyliśmy do Sivas w nie najlepszym okresie na zwiedzanie tego typu zabytków.

Ostatnia z rad autorstwa “Styku Kultur”, o którym wspominam w poprzednim wpisie, brzmi: Turyści, odwiedzający Turcję w trakcie trwania Święta Ofiar, powinni liczyć się z tym, że część atrakcji turystycznych będzie w tym czasie zamknięta. Banki, firmy, szkoły oraz usługi rządowe pozostaną nieczynne przez cały czas trwania festiwalu. Przez cztery dni praktycznie cała Turcja będzie w ruchu, zatem planowanie wszelkiego rodzaju wycieczek powinno odbyć się stosunkowo wcześnie” (https://stykkultur.pl/turcja-kurban-bajram/).


No cóż, ta nasza, jeśli chodzi o okolice, w których się znaleźliśmy, nie była zaplanowana w ogóle. Zatem i tak wszystko, co możemy zobaczyć w jej trakcie jest wartością dodaną. Łatwo nam więc przyszło pogodzić się z faktem, że będziemy oglądali medresy w Sivas jedynie z zewnątrz (choć nie mam też pewności, że w innym czasie możliwy jest bezproblemowy wstęp do środka). To i tak dla nas dużo. 

Tego dnia mieliśmy bowiem okazję zobaczyć:

1. Çifte Minare Medrese (Medresa Dwóch Minaretów) z 1271 roku;



2. Şifahiye Medresesi (pierwotnie szkoła medyczna), zbudowana w roku 1217;

3. Muzaffer Bürüciye Medresesi (nazwa pochodzi od mongolskiego fundatora) - z tego samego roku, co pierwsza z wymienionych;





4. Gök Medrese (Błękitna lub Niebiańska Medresa) - również rok 1271;



Budowle te są pozostałościami jeszcze z czasów Seldżuków. To dynastia panująca w Turcji przed Osmanami. Zmierzch panowania Turków seldżuckich przyszedł wraz z ekspansją Mongołów, którzy ich podbili i zmienili w wasali. Lecz liczne zabytki, które pozostały w Sivas z okresu ich panowania, po prostu olśniewają swą urodą i budzą podziw dla osiągnięć rodzaju ludzkiego. Wprost nie mogę się napatrzeć na dzieła pozostawione tak wiele wieków temu przez seldźuckich kamieniarzy.




Z czasów świetności dynastii Seldżuków ostał się w mieście także Ulu Camii czyli Wieki Meczet. Obiekt powstał w 1197 roku i naprawdę aż czuje się tam powiew historii. Albo nawet: Powiew Historii. Na szczęście meczety w Święto Ofiarowania są otwarte i można wejść do środka, by nią choć przez chwilę pooddychać. Duże wrażenie robi też pełen gołębi dziedziniec Ulu Camii.



Ludzi w świąteczny poranek za to widzimy bardzo niewielu. Tak ludne jeszcze wieczorem miasto, rankiem opustoszało i na ulicach w pobliżu hotelu spotykamy tylko kilku czarnoskórych młodzieńców odświętnie wystrojonych w śnieżnobiałe nakrycia głowy i galabije (tradycyjna męska szata w krajach arabskch) tego samego koloru. Nieco więcej mieszkańców spotykamy w okolicach parku (Selçuklu Parkı) i sąsiadującego z nim placu (Konak Meydanı), na którym znajdują się trzy pierwsze wymienione powyżej medresy. Tuż obok mieści się kolejny odwiedzony przez nas meczet. Kale Camii jest jednak z późniejszego okresu (1580 rok), niż oglądane przez nas wcześniej zabytki i też już robi mniejsze wrażenie niż one. Kręcimy się jeszcze trochę po mieście, zaglądając do innych otwartych meczetów, ale w końcu stwierdzamy, że nic nie dorównuje urokowi budowli z czasów seldżuckich i odpuszczamy.

Ulu Camii

Kale Camii
Pozostał nam jeszcze tylko jeden zabytek w Sivas, którego odnalezienie ze względu na cel naszej wizyty w tym mieście jest dla nas szczególnie ważne. Kierujemy się do bazy wojskowej, mieszczącej się na okolicznym wzgórzu. Oczywiście nie liczymy na to, że ktoś otworzy przed nami jej główną bramę, zwłaszcza w czasie święta. Ale niczym szpiedzy:( mąż zwrócił mi uwagę na taką analogię:) z podrzędnego filmu niskobudżetowego, przejeżdżamy wzdłuż ogrodzenia, wypatrując raz po raz przez nasz tani i lipny teleobiektyw pozostałości klasztoru Surp Anapat. Żeby nie mieć poczucia całkowitej porażki w końcu przy dolnej, zamkniętej na głucho bramie fotografujemy coś, co oczywiście nim nie jest. Na dodatek wcale nie mamy pewności, czy cokolwiek się z niego zachowało. Artykuł o Ormianach  z Sivas i ich kościołach, który, jak powyżej napisałam, był dla nas drogowskazem do Surp Anapat, został bowiem opublikowany w sieci w roku 2009. Od tamtego czasu wiele się tutaj mogło zmienić.


Cóż więc pozostało nam zrobić w tej sytuacji? Zgodnie z najmniej optymistycznym założeniem zmówiliśmy modlitwę za ogrodzeniem bramy u podnóża wzniesienia. I odjechaliśmy z Sivas zabierając z sobą w sercach czterdziestu męczenników. A także niezliczoną ilość innych ormiańskiego pochodzenia z okresu opisanego w podlinkowanym tekście Grzegorza Kucharczyka na wstępie wpisu.

Wkrótce okaże się, że to i tak nie wszyscy męczennicy z Sivas. Do ich grona możemy bowiem jeszcze doliczyć 35 ofiar tragedii sprzed niespełna trzydziestu lat. Jak możemy przeczytać na stronie https://www.karar.com/2-temmuz-1993-sivas-katliami-nedir-madimak-otelinde-ne-oldu-1572395:

w hotelu Madımak w Sivas 2 lipca 1993 r. radykalne grupy religijne spaliły żywcem 33 pisarzy, poetów, myślicieli i 2 pracowników hotelu, głównie alewitów” [bardzo ciekawy odłam islamu, według Wikipedii skłócony z islamskimi konserwatystami - przyp. aut.]Zorganizowali oni w tamtym czasie czterodniowy festiwal, na który przyjechał również pisarz Aziz Nesin - człowiek, który chciał przetłumaczyć i wydać “Szatańskie wersety” Salmana Rushdiego. 


Opis tragedii z Sivas również mrozi krew w żyłach (podaję go w skrócie za wskazanym tu artykułem): Na materiale nagranym przez agencje prasowe i kanały telewizyjne w dniu masakry widać, że ludzie wychodzący z meczetu po odprawieniu piątkowych modlitw udają się do hotelu Madımak, w którym przebywają artyści i intelektualiści alewiccy z kanistrami w rękach. W dźwiękach obrazów wyraźnie słychać słowa typu „Chodź, zamknij”, „Spalisz ich tak”

Najmłodsza z ofiar miała zaledwie 12 lat i przybyła do Sivas, by zobaczyć występy folklorystyczne. “Aziz Nesin, już wtedy starzec, uciekł schodząc po drabinie, ale nawet wtedy strażacy, którzy mieli mu pomóc, rozpoznali go i zaatakowali” - dodaje autor tekstu ze strony https://themarkaz-org.translate.goog/salman-rushdie-aziz-nesin-and-our-lingering-fatwas/?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc.

I znów, jak już nie wiem który raz w Sivas, mogę tylko zapytać: jak to możliwe? Czy ta ziemia nie zaznała zbyt wiele cierpienia, czy krew wszelkiego rodzaju męczenników nie przelała jej aż do samego jądra? Jak w takim miejscu można później normalnie żyć, bawić się, cieszyć? Z tym pytaniem drążącym uparcie umysł, spoglądam na dzisiejszych mieszkańców Sivas. Już chyba wiem, gdzie się wszyscy tego dnia podziali - na przedmieściach widzimy ich chyba w pełnym składzie w Hamidiye Kultur Parki. Świętują, relaksują się, zabawiają nawzajem. Życie toczy się dalej. I oni go tutaj używają w najlepsze.

Ale może w takim rodzaju niepamięci tkwi cała tajemnica przetrwania ludzkości? Nie mnie to rozsądzać. W zadumaniu oddalamy się od Sivas drogą, którą do niego przybyliśmy w wielkiej nieświadomości zaledwie poprzedniego dnia.

Bożenko, wszystko takie piękne! Od źdźbła trawy po monstrualne budowle!  - pisze do mnie Beata, gdy przesyłam wspomnieniowe fotki z tego etapu podróży. Nie wiem, co by powiedziała, gdyby zobaczyła wówczas moje chmurne, pełne chaosu i ciężkich emocji myśli.


Jedziemy do Tokatu, gdzie zamówiliśmy kolejny świąteczny nocleg. Drogę już znamy - to ta sama, którą przyjechaliśmy z Amasyi. Zrobiłam wtedy kilka notatek, zgodnie z którymi musimy teraz minąć (w kierunku odwrotnym od poprzedniego):

1.) przy wyjeździe -  źródła termalne w niedalekiej okolicy: Sivas Termal, Bilici Termal;

2) ok. 70 km od Sivas - drogowskaz kierujący na pola lawendy;

3) 9-10 km od Yildizeli - jeziorka (zdjęcia w poprzednim wpisie);

4) na wjeździe do Tokatu - wzgórze z zamkiem widocznym z drogi (to info od męża, bo ja niestety go nie zauważyłam).


Zamek w Tokacie

Odległość między poprzednim miejscem noclegowym, a obecnym, jest niewielka w stosunku do pokonywanych wcześniej odcinków na naszej trasie. Mamy więc trochę czasu, by coś jeszcze pozwiedzać po drodze. Postanawiamy podążyć za drogowskazem, który obiecuje dojazd do tureckich pól lawendowych. Ale widoczny z daleka fiolet nie jest zbytnio satysfakcjonujący, chcemy zobaczyć lawendę z bliska. Jedziemy więc dalej i dojeżdżamy... właściwie to nie wiem, gdzie tego dnia byliśmy. Nagle znaleźliśmy się w środku wioski, która wyglądała na skrajnie zaniedbane i zubożałe ludzkie siedlisko sprzed wieków. Co dziwniejsze, na dziurawych fasadach rozpadających się domów widzieliśmy jakieś oznakowania Unii Europejskiej, jakby to miejsce było objęte którymś z unijnych protektoratów.


Mieszkańców też chyba zaskoczył nasz nagły wjazd w sam środek ich osady, ale bynajmniej nie było to życzliwe zainteresowanie. Nie, nic tam nie sfotografowaliśmy, uciekliśmy czym prędzej, po drodze oglądając się w popłochu wstecz.


Turecka lawenda

Czy Turcja jest bezpiecznym krajem? Tak, nigdy wcześniej, ani później nie czuliśmy lęku przed tubylcami. Ale najwyraźniej w jej sercu, gdzieś między wzgórzami, z dala od głównych szlaków są maleńkie czarne punkty, gdzie lepiej się nie zapuszczać, żeby uniknąć doświadczeń podobnych do naszego. Nie w każdym tureckim zakamarku wita się obcych z otwartymi ramionami. Nie, nie chcemy wzbudzać strachu, bo jak widać choćby w tym przypadku, nic złego nam się nie stało, ale odradzamy też zbytnie i niepotrzebne szarżowanie w podróży po tym kraju.


Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/11/blog-post_26.html


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz