Kiedy w katolickiej szkole słyszę na zakończenie lekcji “Let it snow, let it snow, let it snow”, to jestem kompletnie zdezorientowana. Jak to, to już? Ale Ela śmieje się, widząc moją minę:
- Pewnie znów się zepsuł dzwonek. Wtedy zawsze słyszymy tę piosenkę.
Rzeczywiście wkrótce miejsce Franka Sinatry z powrotem zajmuje Kuba Sienkiewicz. Uff... , co za ulga, jeszcze nie przywołujemy zimy.
Choć, gdy się nad tym zastanowić, to wyraźnie widać, że ona nie potrzebuje żadnych zaproszeń. Zbliża się do nas wielkimi krokami czy tego chcemy, czy też nie. Po październikowych przymrozkach opadły z winorośli wszystkie czerwone liście, nadające scenerii wokół naszego domu iście bajkowy charakter, zbrązowiała też czerwień dębów w lesie przez który przejeżdżam do mojej nowej szkoły. Te chwile również miały swój niezaprzeczalny urok. Moja droga z pracy do pracy zachwycała liściowym deszczem, który opadał z drzew zgodnie z ruchem jesiennego wietrzyka. Pozostały po nich puste gałęzie i krajobraz w kolorach ziemi, rozświetlony tylko gdzieniegdzie żółtym odcieniem późnych lub wręcz spóźnialskich krzewów.
Rozpoczęły się dni o mglistych, chłodnych porankach. Niektórzy uważają ten czas za urokliwie tajemniczy, ale to chyba tak trochę na zasadzie, żeby znaleźć jakieś plusy w okresie tradycyjnie uważanym za symbol jesiennej szarugi. Dni stały się tak krótkie, że budzę się przed świtem, a kończę pracę o zachodzie słońca. Szukanie plusów w listopadzie ma zatem funkcję wspierającą przetrwanie okresu, w którym można się załamać każdego dnia natychmiast po otwarciu oczu. Staram sie więc być wnikliwym poszukiwaczem.
Ale na szczęście w tym roku nie muszę szukać daleko. Listopad naprawdę świetnie wystartował. W odwiedziny związane ze Świętem Zmarłych przyjechali Zuzia i Kacper. Od dawna nie mieliśmy możliwości się spotkać, więc radość, którą z sobą przywieźli, zdawała się bezgraniczna. Tym bardziej, że młodzi byli naprawdę w dobrej formie. Polubili wreszcie i docenili naukę na swoich studiach, choć jeszcze niedawno mieli wiele związanych z nimi wątpliwości, czy wręcz niechętnego dystansu.
I ten moment, kiedy usiedli przy naszym jadalnianym stole - Zuzia z kajecikiem zadań matematycznych, a Kacper z długopisem do kreślenia chińskich znaczków, był dla mnie nie tylko ideałem rodzinnego szczęścia, ale i pełnią rodzicielskiej dumy. Ach, jak miło brzmią dla uszu opowieści ze studenckiego życia, anegdotki na temat zwyczajów wykładowców, czy związane ze studiami plany. Zaskakuje nas zwłaszcza ten dotyczący możliwości wyjazdu dzieciakow na dłuższy pobyt do Chin. Ale wreszcie w życiu naszego syna widzimy na powrót marzenia - i to wyjątkowo piękne. Po ciężkich, depresyjnych miesiącach jakby życie w końcu zwróciło mu przyszłość.
jestem Bai Miao - przedstawia mi się na messengerze Kacper.
Potem nadsyła wyjaśnienie:
dla Chińczyków nasze imiona są bez sensu, bo są zlepkiem losowych liter, dla Chińczyka każde imię coś znaczy
możesz sobie wybrać jakieś
nadać sobie chińskie imię
Bai Miao znaczy Biały Kot. Czyż to nie piękne określenie mojego najdroższego kociarza?
Sam wybrałeś? - dopytuję.
Chinka mi wybrała, bo powiedziałem, że lubię koty
chodzi o to żeby Chinka umiała do mnie mówić
bo ona nie umie powiedzieć Kacper
Moj ukochany Bai Miao jest pod wrażeniem swoich chińskich nauczycieli, nowego instytutu, w którym pobiera naukę i całych Studiów nad Chinami. My zaś jesteśmy zachwyceni tą zmianą w jego życiu.
W listopadzie zmieniło się także życie męża. W zwiazku z wizytą dzieciaków zmobilizował wszystkie swoje wewnętrzne siły i zasoby, by... wstać z łóżka. Co znaczy psychika... Na początku nie było łatwo - gdy chciał zasiąść z nami do stołu w jadalni, to wychodził ze swojego pokoju na czworakach, ale z każdą chwilą coraz bardziej się pionizował. I nawet gdy już dzieci wyjechały, to te wszystkie osiągnięcia w dziedzinie aktywności fizycznej mu pozostały. Teraz już wychodzi z domu, próbuje robić zakupy, gotować, choć nie wiem, czy to nie jest jednak za wczesne przekraczanie swoich możliwości. No ale skoro tak chce, to muszę odpuścić.
Odpuszczam, zwłaszcza, że dwie prace wraz z godzinami dodatkowymi zabierają coraz więcej życiowej siły i dostarczają coraz więcej stresu. Muszę się przede wszystkim na nich skupiać, by przetrwać jakoś ten stresujący okres w moim zawodowym życiu. Przetrwam.
Godziny nadliczbowe skończą się wraz z feriami świątecznymi. Znów przyjadą wtedy dzieciaki i wspólnie zasiądziemy do stołu. Będziemy cieszyć się szczęściem Białego Kota i jego towarzyszki życia. I to będzie właściwy moment na wysłuchanie słów tej piosenki:
“Pogoda na zewnątrz okropna
Lecz przy kominku atmosfera cudowna
Nie pójdziemy nigdzie więc
Niech pada śnieg, pada śnieg, pada śnieg”.
(“Let it snow” w polskiej wersji Kasi Staszewskiej)
https://i.pinimg.com/originals/18/d2/2d/18d22dceba06595786447b12dd839f21.jpg

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz