Podczas pierwszego weekendu na moim nowym Uniwersytecie, mam okazję poprzyglądać się temu, jak bardzo zmienił się sposób studiowania od czasów mojej młodości. I nie chodzi nawet o moduły, punkty czy sylabusy. Na przestrzeni tych wielu lat zaszła ogromna zmiana w podejściu do studenta. Kiedyś studia, które ja pamiętam, były wrzuceniem na głęboką wodę. Specjalistyczna, wymagająca literatura, naukowy, często wręcz hermetyczny język wykładów, egzaminy tylko ustne, kiedy prowadzący miał możliwość dopytać o nadrobniejsze szczegóły nabytej wiedzy, powodowały, że po prostu nie można było się prześliznąć przez pięcioletni tok studiów. Tymi, którzy tego nie ogarniali nikt się nie przejmował. Nie wszyscy musieli mieć wyższe wykształcenie.
Teraz obserwuję zaś, jak bardzo prowadzący
zajęcia starają się, by studenci nie mieli takiego dyskomfortu, że oto trafili
na wyższą uczelnię zupełnie zieleni w jakiejś dziedzinie. Tłumaczenie każdego z
pojęć, nawet gdy są one w powszechnym użyciu, ciągłe monitorowanie poziomu zmęczenia
audytorium i troska o stopień zainteresowania zebranych wydają się być tu priorytetami.
Żeby studenci nie nudzili się ani przez chwilę, stosuje się cały szeroki wachlarz
metod aktywizujących – ekrany w salach, gdzie prowadzi się zajęcia są prawie
cały czas w użyciu, a na nich: krótkie scenki i długie filmy oraz obowiązkowo prawie do kazdego
tematu osobna prezentacja,. Pojawił się nawet fragment wystąpienia kabaretowego.
Wszystko, żebyśmy byli zadowoleni. Cóż, może będę...
Na razie mimo tego, ze prowadzący dwoją się
i troją, to ja odlatuję myślami raz po raz. Myślę o moim dziecku, któremu
śmierć nie pozwoliła skończyć studiów, choć tak niewiele już brakowało. Patrzę
na ludzi w przydzielonej mi grupie i zastanawiam się, jak Bartek czuł się w
swojej, jakie osoby go otaczały i czy lubił studenckie życie. A może marzył już o zakończeniu tego etapu? Ostatnio rzadko poruszaliśmy takie tematy, nasz syn był mocno zajęty - i nauką, i rozwijaniem relacji z Anią. Nawet gdyby czas mógł się cofnąć, to pewnie
i tak najrzadziej rozmawialibyśmy o studiach.
Weekend na moim obecnym Uniwersytecie zaczynamy
od psychologii rozwoju. Na ćwiczeniach z tego przedmiotu prowadząca włącza, a
jakże, film. Dotyczy on okresu prenatalnego, który omawiamy. Ból ściska mnie za
gardło ze straszną siłą, w każdym obrazie nienarodzonego dziecka widzę swojego
Bartusia! Chce mi się płakać, żeby nie powiedzieć, że wyć, nawet na widok
zygoty! Razem z dzieckiem na ekranie przechodzę w myślach całą ciążę z moim
pierworodnym synem, aż do momentu, gdy mogłam wreszcie przywitać go w swoich
objęciach. Nie bez powodu film ma tytuł „Cud miłości”. Zaczynam podejrzewać, że to jednak będą chyba dla
mnie bardzo trudne studia...Już po zakończeniu dwudniowego zjazdu myślę też o swoich kolejnych dwóch ciążach. Pierwsza z nich obumarła, gdy
Bartuś miał osiem miesięcy. Druga, Bogu dzięki, zakończyła się szczęśliwie
narodzinami naszego najdroższego Kacperka. Bóg zachowuje mnie teraz przy życiu,
któremu nadał sens osiemnaście lat temu. To nieustanny powód do wdzięczności.
Kiedy w dzieciństwie i młodości myślałam o
swojej przyszłości, to czułam, że najbardziej mi zależy na tym, by życie
obdarowało mnie rolą mamy. Trudno mi nawet wyrazić, co czułam, gdy po raz
pierwszy miałam nią zostać. Nigdy wcześniej ani później nie było we mnie tyle
radości i rozpierającej wprost energii. Trzeba przenieść górę? Ależ proszę
bardzo, z największą przyjemnością...
Chciałam być matką idealną, najlepszą na
świecie. Przeczytałam całą dostępną literaturę. Nie potrzebowałam zajęć z
psychologii okresu prenatalnego, żeby wiedzieć doskonale, jak powinno być. Tylko,
że nic oprócz mnie i dziecka w moim łonie nie było takie jak w książkach. W
końcu mimo całego optymizmu i radości musiałam poczuć się oszukana.
Na tym etapie życia, gdy byłam trzykrotnie ciężarna,
w naszej rodzinie finansowo zbytnio się nie przelewało. Żeby być tak do końca szczerą, to muszę napisać, że w tym okresie byliśmy biedni jak myszy kościelne. Nie stać
nas było na prywatną opiekę lekarską. Teraz bez tego chyba nawet nie
próbowałabym zostać matką. Publiczną służbę zdrowia w zakresie opieki nad
ciężarną i jej dzieckiem wspominam w większości przypadków jako horror.
Gdy na zajęciach oglądam film „Cud miłości”,
to nie mogę się pozbyć wspomnienia o swoim USG w okresie ciąży. Przyszliśmy na
badanie z mężem podekscytowani i uszczęśliwieni. Oto zaraz po raz pierwszy
zobaczymy na własne oczy nasze Maleństwo i Pan Ginekolog powie nam, jak ono się
rozwija. Będzie cudownie! O już zbliża się lekarz, który ma zrobić badanie...
Pierwsze słowa pana ginekologa do mojego
męża: - A pan tu po co?
Nie zrobiliśmy wspólnie ani jednego USG. To
decyzja takiego człowieka, jak ten, który nas wtedy przyjmował, pozbawiła wielu
ojców niezwykłego doświadczenia uczestnictwa w „cudzie miłości”, a także możliwości
wsparcia kobiet, często uprzedmiotowionych od strony medycznej w całym procesie ciąży. To tylko wola lekarza, który mógł, ale nie musiał i wybrał wykorzystanie swojej władzy nad pacjentem. To niesamowite, jak długo takie sytuacje mogą przeleżeć gdzieś w zakładkach naszej pamięci, uaktywniając bolesne emocje nawet po dziesięcioleciach.
Gdy moje koleżanki ze szkoły mają dylematy moralne związane z wykonywaniem zawodu (tak, Etyka zawodowa to także przedmiot z pierwszego zjazdu), mam dla nich tylko jedną radę: "Pamiętaj, że najpierw jesteś człowiekiem, a dopiero potem nauczycielem." Jeśli się do tego zastosują, to muszą w pierwszym rzędzie zrobić ogląd sytuacji, odrzucając to wszystko, co nabyły wraz ze swoją profesją: kryteria systemu oceniania, wymagania na konkretne oceny, nabywanie wiedzy i umiejętności programowych... To wszystko oczywiście nas obowiązuje, ale jeśli będziemy pamiętać, że nadrzędna dla moralności zawodowej jest moralność ludzka, z której używania nikt nas nie zwolnił bez względu na wykonywany zawód, to nie będziemy błądzić.
Ta zasada dotyczy też ginekologów.
Dziś lekarz, którego niestety miałam okazję poznać w swojej ciąży, ma dwa gabinety ginekologiczne - w miejscowości, gdzie mieszkam i tam, gdzie pracuję. Przyjmuje w nich pacjentki na badania USG omal z całymi rodzinami! Zmienił się z wiekiem? Nie, ta zmiana ma wymiar finansowy. Pan ginekolog nie pracuje już w szpitalu w publicznej służbie zdrowia.
Jeśli ktoś potrafi być dla innych dobry tylko za pieniądze, jeśli jest miły i uprzejmy, jedynie wtedy, gdy mu się płaci, to co tu można powiedzieć o takiej moralności zawodowej? A gdzie jej do czysto ludzkiej? I co by na to powiedział Baptiste Beaulieu? Bo ja przestrzegam przed korzystaniem z usług tego rodzaju "specjalistów".
Oczywiście w czasie swoich okresów ciążowych spotkałam też w medycynie publicznej szlachetne wyjątki od reguły, które mnie "podnosiły" w owym czasie, bo sama bym pewnie nie powstała.
Dziękuję im najserdeczniej jak potrafię!
http://www.drzewapolski.pl/Drzewa/Jarzab/Jarzab.html
(ten okaz jest spod mojej nowej szkoły)
Gdy moje koleżanki ze szkoły mają dylematy moralne związane z wykonywaniem zawodu (tak, Etyka zawodowa to także przedmiot z pierwszego zjazdu), mam dla nich tylko jedną radę: "Pamiętaj, że najpierw jesteś człowiekiem, a dopiero potem nauczycielem." Jeśli się do tego zastosują, to muszą w pierwszym rzędzie zrobić ogląd sytuacji, odrzucając to wszystko, co nabyły wraz ze swoją profesją: kryteria systemu oceniania, wymagania na konkretne oceny, nabywanie wiedzy i umiejętności programowych... To wszystko oczywiście nas obowiązuje, ale jeśli będziemy pamiętać, że nadrzędna dla moralności zawodowej jest moralność ludzka, z której używania nikt nas nie zwolnił bez względu na wykonywany zawód, to nie będziemy błądzić.
Ta zasada dotyczy też ginekologów.
Dziś lekarz, którego niestety miałam okazję poznać w swojej ciąży, ma dwa gabinety ginekologiczne - w miejscowości, gdzie mieszkam i tam, gdzie pracuję. Przyjmuje w nich pacjentki na badania USG omal z całymi rodzinami! Zmienił się z wiekiem? Nie, ta zmiana ma wymiar finansowy. Pan ginekolog nie pracuje już w szpitalu w publicznej służbie zdrowia.
Jeśli ktoś potrafi być dla innych dobry tylko za pieniądze, jeśli jest miły i uprzejmy, jedynie wtedy, gdy mu się płaci, to co tu można powiedzieć o takiej moralności zawodowej? A gdzie jej do czysto ludzkiej? I co by na to powiedział Baptiste Beaulieu? Bo ja przestrzegam przed korzystaniem z usług tego rodzaju "specjalistów".
Oczywiście w czasie swoich okresów ciążowych spotkałam też w medycynie publicznej szlachetne wyjątki od reguły, które mnie "podnosiły" w owym czasie, bo sama bym pewnie nie powstała. Dziękuję im najserdeczniej jak potrafię!
http://www.drzewapolski.pl/Drzewa/Jarzab/Jarzab.html
(ten okaz jest spod mojej nowej szkoły)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz