Choć jestem osobą wierzącą, to moje relacje
z Bogiem nie należą teraz do łatwych. Kiedyś wszystko było proste – wzrastałam w
wierze najpierw w rodzinie, później nasz wiejski Proboszcz przyciągnął mnie do
wspólnoty przykościelnej. W czasie studiów Kościół był ogromnie ważną instytucją
dla całego otoczenia, z którym miałam wówczas do czynienia. Kształtował opinie
i wyznaczał myślenie w okresie walki z komuną.
Pogubiłam się po ślubie, gdy mój mąż
zdeklarował się jako osoba niewierząca. Brakło mi sił na samotne podążanie z zapałem
wymagającą chrześcijańską ścieżką. Nie byłam na tyle mocna, by przebijać się ze
swymi racjami często w niesprzyjających warunkach. Wiara wprawdzie nie
przygasła, ale praktyka przestała ją potwierdzać.
W końcu odchowałam dzieci, osiągnęłam
wszystko, czego można było dokonać w swoim zawodzie, zdobyłam jakąś stabilizację
materialną. Trochę to u mnie trwało i w międzyczasie stałam się dojrzałą kobietą. Wtedy rozpoczęłam okres dynamicznego osobistego
rozwoju. Z wielką otwartością przystąpiłam do samodoskonalenia w każdym
wymiarze, jaki tylko miałam okazję rozwijać. I wówczas, dzięki bliskiej
znajomej, trafiłam między innymi na kurs pogłębiający i ożywiający wiarę. Poczułam,
że to coś dla mnie, wcale nie z racji wiedzy tam przekazywanej. Wróciłam do
Wspólnoty i doszło wreszcie do mnie, jak bardzo mi tego brakowało przez te
wszystkie lata, gdy byłam od niej daleko.
To właśnie po którymś z początkowych spotkań
tego kursu poczułam powołanie do pracy w hospicjum. Późnym wieczorem wracałam do domu jedną z głównych ulic, prowadzących z centrum miasta i po prostu
weszłam prawie na hospicyjne schody. Nigdy wcześniej, nie zauważyłam tej
placówki na swojej drodze, nawet nie wiedziałam, że znajduje się ona w naszym mieście.
Tamtej jesieni doznałam olśnienia. Pomyślałam, że nic nie dzieje się
przypadkiem. To dlatego teraz podjęłam tak szybką decyzję, że będę uczestniczyć
w szkoleniu dla wolontariuszy hospicjum, które wyszukał mój mąż w sąsiednim
mieście.
Nie zawsze możemy tam jechać we dwoje. Na
ostatnie spotkanie przybywam mocno spóźniona, bo tego dnia miałam również szkolenie
ze strażakiem w szkole. Wpadam zziajana i zmęczona na salę zajęć i od razu
zaczynam się irytować. Szkolenie z psychologiem ma bowiem taką formułę, że
wszyscy się przedstawiają, a prowadząca to komentuje. „Nic się tu dziś nie
dowiem” – myślę coraz bardziej podenerwowana. – „ Nie warto było szaleńczo jechać
prawie „na sygnale” przez ostatnie pół godziny i maksymalnie się dociążać bez
możliwości złapania oddechu między zajęciami w dwóch odległych od siebie
placówkach”.
Z kursu wychodzę jednak z zupełnie innymi
odczuciami.
- Tak, to było niezwykle cenne – mówię znad
talerza z pizzą do męża, który zadbał o to, bym wreszcie tego dnia zapełniła czymś swój
żołądek w pobliskiej karczmie. – Poznałam przecież ludzi, z którymi kiedyś może
będę w hospicjum pracować.
Ich historie niebywale mnie poruszyły. To
niesamowite, jak bardzo te osoby się otworzyły przed pozostałymi uczestnikami
grupy. Każdy z nich to nowa, nietuzinkowa opowieść. Są wśród nas ludzie
rozmaitych profesji i w różnym wieku – doświadczeni przez życie chorobami
swoimi i najbliższych, często też ich śmiercią., a także licealni idealiści,
chcący odnaleźć w życiu wartości, które na początku dorosłej drogi życia
uważają za najważniejsze. W każdej z tych osób odnajduję jakąś cząstkę własnej
historii, co napełnia mnie mieszanką
zaskoczenia z zadziwieniem. I jest wzruszenie, i czasem leją się łzy,
sama mam trudność z ich powstrzymaniem, gdy wspominam tym ludziom o Bartku. Nie mówiłam o
nim z nikim przez ostatnie miesiące. To wciąż trudne, więc staram się nie
otwierać swoich ran. Tylko sama z sobą ostatnio rozmawiałam o tym, co boli. Tym
bardziej jestem zaskoczona, że udało mi się zaufać nieznajomej grupie
przyszłych wolontariuszy.
Gdy mój syn umarł, zrobiłam mnóstwo dziwnych
rzeczy i nawet nie starałam się siebie przed tym powstrzymać. To było działanie
jakby w impulsach, bez zastanawiania się nad jego sensem. Wypływało ono ze mnie
falami (rozpaczy), których pewnie i tak nie dałoby się zahamować.
Podczas pożegnania w zakładzie pogrzebowym
wyposażyłam mojego ukochanego syna w kilka pamiątek na ostatnią drogę w jego
ziemskim ciele. Napisałam też list, który włożyłam w kieszeń wizytowego
garnituru, założonego Bartkowi do trumny. Choć adresatem było moje dziecko, to tak naprawdę wyrzucone z siebie ze łzami słowa skierowałam do Boga. Teraz piszę je w myślach kolejny raz.
Panie,
choć absolutnie się nie zgadzam z tym, co się stało, to jednak chcę Ci podziękować. Za to, że przez te ostatnie 25 lat mogłam być mamą Bartka...
I właśnie z tego względu staram się wybaczyć Bogu to, na co zezwolił.
Czy dwadzieścia pięć lat to dużo? Dla mnie na pewno nie - uważam za potwornie krzywdzący fakt, że mojemu dziecku nie było dane przeżyć nawet własnych rodziców. Ale trzy miesiące po śmierci Bartka kolejna matka z naszej Wspólnoty traci synka. Karolek przeszedł na drugą stronę życia po kilkumiesięcznej chorobie. Jego rodzice mogli z nim być zaledwie trzy latka. W porównaniu do tych ludzi, my z mężem i tak mieliśmy znacznie więcej czasu i szczęścia.
Czy dwadzieścia pięć lat to dużo? Dla mnie na pewno nie - uważam za potwornie krzywdzący fakt, że mojemu dziecku nie było dane przeżyć nawet własnych rodziców. Ale trzy miesiące po śmierci Bartka kolejna matka z naszej Wspólnoty traci synka. Karolek przeszedł na drugą stronę życia po kilkumiesięcznej chorobie. Jego rodzice mogli z nim być zaledwie trzy latka. W porównaniu do tych ludzi, my z mężem i tak mieliśmy znacznie więcej czasu i szczęścia.
Panie, wiem, że Ty także masz kłopot z naszą
relacją. Nie jestem zainteresowana rolą Hioba, choćbyś nie wiem jak bardzo chciał mnie
w nią wtłoczyć. Choćbyś nie wiem co obiecywał.
https://pl.wikisource.org/wiki/Biblia_Gda%C5%84ska/Ksi%C4%99ga_Hioba_(ca%C5%82o%C5%9B%C4%87)
Nie Panie, nie jestem Hiobem. Nie pragnę niczego
w dwójnasób. To wszystko, czego mi brakuje, to tylko moje dziecko, które za Twoim pozwoleniem zabrała mi śmierć. Jakże mógłbyś mi to kiedykolwiek wynagrodzić? Czym? W jaki sposób?
Zresztą nawet nie jestem tego ciekawa. Nie musisz mi odpowiadać...
Zresztą nawet nie jestem tego ciekawa. Nie musisz mi odpowiadać...
Do przyjrzenia się jesienią: http://www.wydawnictwo-zielonka.pl/edu/drzewa/jarzab_maczny.html
(ten okaz jest z okolic mojej szkoły)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz