Trudno ratować swoje ferie, które najpierw wchłonęły trzy dni świątecznej przerwy od nauki, a zaraz potem nałożyły się na trzy dni piątej rocznicy śmierci naszego Syna. Pomijając już wszelkie obecne utrudnienia, obostrzenia i niedogodności, to i tak dla mnie byłby najgorszy z możliwych termin na zimowy wypoczynek. Ale co mi to pomoże, jeśli z tego powodu zaliczę kolejne załamanie? Innych ferii zimowych już w tym roku po prostu nie będzie. Można teraz machnąć ręką na ten tydzień urlopu, który mi jeszcze pozostał, albo po prostu go wykorzystać w najlepszy możliwy sposób.
I tu przypomina mi się jedno z motywujących haseł autorstwa... Mohammada Aliego. Tak, to bokser, zresztą trzykrotny mistrz świata wszechwag, u którego wkrótce po zakończeniu kariery zdiagnozowano chorobę Parkinsona (miał wówczas 42 lata). No więc, jakie przemyślenia na temat życia może mieć ktoś, kto je przeżywa podczas kolejnych walk na pięści? Bo gdy się myśli stereotypami, to zapomina się o życiowym bogactwie, złożoności, nieprzewidywalności. I o tym, że każdy człowiek może się wyłamać ze schematu, jeśli tylko chce.
Na Mohammada Aliego natknęłam się ostatniego lata, gdy próbowałam złożyć do kupy jakieś spersonalizowane życzenia na sześćdziesiąte urodziny Heleny. Jeśli żadne interesujące myśli nie przychodzą wtedy do głowy, to zazwyczaj sięga się po te uznane za interesujące - utrwalone, jak wszystko obecnie, w internecie. Sięgnęłam. I mam wrażenie, że wydobyłam stamtąd prawdziwe perełki.
“Nie licz dni. Spraw, by każdy dzień się liczył” - zamawiam takie hasło na dołączonym do prezentu bileciku dla Heleny. Podpisuję cytat nazwiskiem Cassius Clay, pod którym najsłynniejszy pięściarz mojej młodości przyszedł na świat. Tak dla kamuflażu, no bo czy można motywować długoletniego pracownika naukowego Uniwersytetu Jagiellońskiego słowami znanego boksera? Żałuję teraz, że od razu nie przeciwstawiłam się stereotypom. Cóż, widać wszyscy powinniśmy przynajmniej od czasu do czasu odświeżać sobie pewne oczywistości - nie dzielimy się na pięściarzy, nauczycieli, niepełnosprawnych, uczniów, psychologów, każdy z nas to człowiek z własną prawdą o życiu.
Z prawdy Muhammada Aliego udało mi się wiele zaczerpnąć.
„Zwycięzcy są zrobieni z czegoś, co znajduje się w głębi nich samych – pragnienie, marzenie, wizja. Muszą mieć wytrzymałość do ostatniej minuty, muszą być trochę szybsi, muszą mieć umiejętności i wolę. Ale wola musi być mocniejsza niż umiejętności” - powiedział człowiek, który potwierdził to własnym życiem. Nie tylko podczas bokserskiej kariery, ale także później - w trakcie walki z chorobą Parkinsona. Pięściarz zmagał się z nią do śmierci - przez 32 lata.
Próbuję więc sprawić, by zgodnie ze słowami boksera moje dni się liczyły. Staram się dodać do każdego choć odrobinkę piękna/dobra, wyciskając na nich w ten sposób piętno niezapominalności. I choć niewiele środków mam teraz do dyspozycji, to przecież jednak mogę w każdy swój feriowy dzień wprowadzić jakikolwiek promyczek światła. Nie poddam się tak łatwo. Uratuję te ferie:)
Więc znów ponawiam próby, by w nie wpleść atrakcje z tego zestawu, jaki nam pozostał jeszcze do dyspozycji. W moim przypadku to jedynie spacery i oglądanie świata z perspektywy chodzenia i jeżdżenia, ale jak to stoi w przysłowiu: “na bezrybiu i rak ryba”.
Ratując ferie, postanawiam się odnaleźć na dalszym odcinku nadrzecznej trasy spacerowej. Tyle że, aby dostać się za most, muszę albo przejść przez dołujący mnie kawałek terenu “uporządkowany” przez bezrozumnych robotników, albo też obejść go dosyć ruchliwą drogą. I tak źle, i tak niedobrze. No ale trudno, widać trzeba zamknąć oczy na początku spaceru, by potem już móc cieszyć się jego dalszą częścią. Być może potrzebna mi była już dłuższa trasa do spacerowania. Przecież “ruch to zdrowie”, więc nie ma go sobie co żałować.
Nową, dłuższą trasą spacerową dochodzę w okolice starego cmentarza żydowskiego. Między nim a rzeką są miejsca, gdzie kiedyś również grzebano zmarłych. Okoliczna ludność w tym babcia mojego męża, nazywała to miejsce cmentarzem cholerycznym, w lokalnej gazecie czytam natomiast o pochowanych tam żołnierzach z czasów pierwszej wojny światowej. Pewnie w obu wersjach zawarta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie prawda, tyle że o innych okresach historycznych. Od bardzo dawna nie ma na tym terenie żadnych zachowanych grobów - jedynie całkiem zarośnięte piaszczyste wzgórki i zrujnowane kawałki omszałych murków mogą świadczyć o zapomnianej już rzeczywistości. Nie chodziłam tam wcześniej, bo to zaniedbane miejsce upodobali sobie okoliczni amatorzy libacji na świeżym powietrzu. Teraz podobno to się ma zmienić, o czym czytam w internetowym wydaniu lokalnej gazety:
“Trwają prace przy zabezpieczaniu skarpy w pobliżu mogił żołnierskich z czasów I wojny światowej, znajdujących się za kirkutem (...) Obecnie u jej podnóża utworzyło się rozlewisko. I prawdopodobnie te zmiany w wodnym krajobrazie już zostaną. (...) Umocnienie skarpy powinno być dodatkowym argumentem przemawiającym za jak najszybszym ratowaniem miejsca pochówku żołnierzy z wielonarodowej Armii Austro-Węgier, wśród których było wielu Polaków. Leżą tam również Rosjanie” (przelom.pl/34200-sasiedztwo-cmentarza-wojennego-w-chrzanowie-zmienia-sie-nie-do-poznania-wideo.html)
Rzeczywiście na miejscu widać zachodzące zmiany. Rozglądam się po okolicy nowego rozlewiska i okalającego go z trzech stron trochę rachitycznego lasku. Między drzewami panuje jakaś przejmująca cisza. Ślady mogił oplata smutek niepamięci po ludziach, którym już nie uda się opowiedzieć swoich historii. Ich własna prawda o życiu przepadła wraz z nimi bezpowrotnie.
Podczas tego spaceru myślę o leżących bezgłośnie w omal już niewidocznych pozostałościach cmentarza ludzkich tragediach. Zawsze życie było nimi naznaczone. Choroby, zarazy, wojny, przedwczesna śmierć - w każdych czasach ludzie ich doświadczali, niosąc w sobie bezbronność wobec tego, co zsyłał im los. Nie tylko dla mnie miał w zanadrzu cierpienie...
Cóż, nie mamy wpływu na to, co nam pisane, możemy tylko podejmować starania, aby wyposażyć dni, które są nam dane w to, co najlepsze, zanim nastąpi ich koniec.
Zaczynam od ferii...
Do pomocy włącza się mąż. Postanawia obwieźć mnie po stawach w całej okolicy, skoro je tak lubię. Wkrótce okaże się, że dzięki niemu trafię w takie miejsca, których bym sama nigdy nie odnalazła.
Po wycieczce początkiem weekendu do ośrodka wypoczynkowego, w którym nie byłam chyba od pięćdziesięciu lat, uświadamiam sobie jedno:
- Tak naprawdę to ja nie muszę nigdzie daleko wyjeżdżać - zwierzam się mężowi. Nawet najmniejszy okruch eksploracji najbliższego świata w pełni mnie satysfakcjonuje i napełnia radością, płynącą z zaspokojenia potrzeby ciągłego nad nim zachwytu.
Czy mistrz bokserski chciałby coś powiedzieć na koniec?
“Żyj tak, jakby każdy twój dzień miał być tym ostatnim. Pewnego dnia właśnie tak będzie...”
Muhammad Ali
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz