czwartek, 7 stycznia 2021

PRZYGNĘBIAJĄCY "OKRES WYPOCZYNKOWY"

Po roku, który zaczął się nieoficjalną godziną policyjną (nie wolno nam było wychodzić z domu od godziny 19 w Sylwestra do 6 rano następnego dnia), nie można oczekiwać zbyt wiele. Mimo to starałam się jakoś uratować swoje ferie zimowe, obmyślone w tym roku przez rząd w taki sposób, by były z góry skazane na porażkę. Przyznaję, nie szło mi to za dobrze do tej pory - bo co można wymyślić, jeśli do dyspozycji pozostały nam tylko spacery (ewentualnie jakieś inne formy rekreacji na świeżym powietrzu bez możliwości korzystania z górek i stoków), a pogoda dość skutecznie blokuje wszystkie te aktywności?

Jeszcze w mżawce i deszczu jakoś próbowałam spacerować, ale podczas wczorajszej ulewy się poddałam. Dziś zaczął padać śnieg, ale jego szanse na przetrwanie przy tej wilgoci, jaka utrzymuje się w powietrzu, są naprawdę słabe.

Nie mogę się z tym pogodzić, że muszę spędzać swój urlop w takim prawie areszcie domowym i jestem wściekła na omal cały świat.

Przede wszystkim na ekipę porządkowa, która wjechała na nasz odcinek nad rzeką końcem listopada. Od razu ciężkim sprzętem, tratując przy tym kołami traktora młode dęby, rosnące najbliżej drogi. Myślałam, że to był jedynie wypadek przy pracy (choć też bardzo dla mnie przykry), a okazało się to wstępem do dalszej dewastacji nadrzecznej okolicy. Pod hasłem porządkowania terenów zielonych (w grudniu!) i umacniania brzegów rzeki robotnicy wycięli wszystkie!!! młode drzewka, rosnące na tamtym terenie, w tym całą polanę kilkuletniej dębiny, owocujące orzechy włoskie, wielkie połacie ligustrów, których owoce służyłyby ptakom do wyżywienia się przez resztę zimowych miesięcy, a nawet kalinę koralową - “krzew piękny cały rok”, jak można przeczytać na stronach poświęconych ogrodnictwu (https://ladnydom.pl/Ogrody/56,113408,17147121,Kalina___krzew_piekny_caly_rok.html)

Tyle, że nikt z ekipy pracowniczej niczego na pewno nie czytał z tej dziedziny, mało tego, na temat pielęgnowania terenów zielonych, jak sądzę, nie posiadał nawet szczątkowej wiedzy. Nie wiem, jak można takich ludzi posyłać do tego rodzaju pracy. I nie przydzielić im nikogo, który objąłby przedsięwzięcie specjalistycznym nadzorem. Zrobiono zdecydowanie więcej szkody, niż pożytku, a natura będzie potrzebowała kolejnych kilku lat pewnie, by się z tego otrząsnąć. To co zostało po robotnikach to przejazd dla ciężkiego sprzętu szerokości prawie autostrady, ziejąca pustką połać, gdzie wcześniej w morzu zieleni swój dom miały całe gromady ptaków, a okresowe schronienie także większe zwierzęta. Gdy wczoraj przywędrowała nad rzekę sarna, to była widoczna nie tylko z okien mojego salonu, ale chyba także z odległości kilometrów. Drzew pozostało tyle, co kot napłakał - pozostawiono tylko te największe: parę bardzo starych kasztanowców, z którymi chyba robotnicy mieliby największy problem, a także ekspansywne, inwazyjne klony jesionolistne i do tego... wszystkie martwe dęby, już przed laty uszkodzone przez bobry. No i skąd teraz sójki, sejmikujące jesienią nad rzeką przed niewyleceniem na Południe, będą pozyskiwały żołędzie? No ale niestety pracownicy nie byli w stanie odróżnić martwego dębu, od takiego, który żyje. No może by im się to i udało, gdyby nie zabrali się do porządków akurat zimą. .Zgroza! Nie mogę nawet zejść na spacer po tym “uporządkowanym” terenie, bo mi się płakać chce. Moje miejsce nad rzeką stracone na lata:(((

Ale nic mi płacz nie pomoże - rozglądam się więc za zastępczym miejscem do spacerowania. Okolice, gdzie mieszkam pełne są malowniczych stawów, ja mam wielki sentyment do tych na styku mojego miasta i miejsca, gdzie się wychowałam. Urokliwie tam jest o każdej porze roku i miło mi wracać w tamte strony, tyle, że to już wiąże się z dojazdem samochodem. Kiedyś prowadziła od nas nad te stawy droga przez las, ale odkąd zbudowano w pobliżu autostradę, skrót zakończył swoje życie. 

No ale, jak to mówią: “lepszy rydz niż nic”. I tak wyrywam się tam, korzystając z krótkiego przejaśnienia między szaro - burymi dniami. Nawet taki ekspresowy kontakt z naturą, która na szczęście pozostaje niezmienna w swym pięknie, dodaje sił w tym przygnębiającym “wypoczynkowym okresie”.

Muszę tu jednak napisać o atrakcji, jaką rząd nam przygotował na czas ferii. Jako osoby pracujące z dziećmi klas I - III możemy podczas dwóch ostatnich feriowych dni wziąć udział w badaniach przesiewowych i ... zrobić sobie test na koronawirusa! Tylko nie mam pojęcia po co, skoro uczestnicząc w rządowych obostrzeniach spędzamy praktycznie czas od końca grudnia w izolacji. Nie słyszałam, żeby teraz po tych 10 dniach feriowej, jakby nie było, kwarantanny ktoś z moich koleżanek czy kolegów miał jakieś objawy, sugerujące chorobę. Niby więc czemu te testy w takim okresie mają służyć, oprócz tego, że znów musimy poświęcić swój czas na urlopie, by wykonać badania (i to do tej pory nie wiadomo, czy nie trzeba jeszcze jechać po to do miasta wojewódzkiego i odstać tam swoje w kolejce).

A przecież i tak już zabrano nam trzy dni odpoczynku - do wczoraj w naszej szkole miały trwać jeszcze ferie świąteczne. Tymczasem teraz z początkiem tygodnia weszły one w skład naszego dwutygodniowego urlopu, planowanego początkowo na drugą połowę lutego. I tak to na każdym kroku odnoszę obecnie wrażenie, że ktoś mnie czegoś pozbawia. A ja nie mam na to kompletnie żadnego wpływu.

Moje ferie wołają RATUNKU! wielkimi literami, a ja nie bardzo potrafię im pomóc. Albo się do tego jakoś bardziej przyłożę, albo skończę je z poczuciem straconego czasu. Muszę coś wymyślić i to szybko. Zabieram się do roboty, no i zobaczymy, co z tego dalej wyjdzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz