Musimy jednak siłą rzeczy rozszerzyć krąg
naszych noclegowych poszukiwań, sprawdzając ośrodki coraz bardziej oddalone od
gór. I wtedy mąż rzuca pomysłem, za który mam ochotę go ozłocić: - A może by tak nad morze? Tak, tak, tak! od
dawna pragnęłam zobaczyć je zimą.
Jeśli komuś wydaje się (tak jak mnie się z
początku wydawało), że poza sezonem nad Bałtykiem można przebierać w licznych i
tanich ofertach noclegowych, to się myli. Przyzwoity standard trzyma się mocno
swojej ceny, choć rzeczywiście pewnie mu daleko do wakacyjnej drożyzny. Podsumowując
koszty - w porównaniu z górami i tak cenowo wychodzimy znacznie na plus. Jestem
bardzo zadowolona z naszego planu na tegoroczna zimę.
W drugi tydzień ferii odwiedzamy kolejno:
MALBORK (choć to tylko krótka przerwa w podróży)
MALBORK (choć to tylko krótka przerwa w podróży)
KĄTY
RYBACKIE
Miejsce całkowicie posezonowo wyludnione
końcem stycznia. Mimo to, sztandarowy hotel w centrum miejscowości spuszcza
lekko z ceny dopiero po naszym wyjeździe. Ale nie narzekamy – mamy zarezerwowane
dwa noclegi w ślicznej Willi Turkusowej.
Pachnie nowością. Jesteśmy sami w całym obiekcie – cieszymy się więc ciszą i niezakłóconym relaksem. Z okien naszego salonu widać ścianę lasu, ale podobno niektóre apartamenty mają widok na przymarznięty o tej porze roku Zalew Wiślany. Wyboru jednak nie było. Pani z obsługi tłumaczy nam, ze tylko jeden właściciel z całego kompleksu apartamentowców zgodził się na wynajem swojego lokalu w terminie naszych ferii. Jesteśmy mu naprawdę wdzięczni.
Pachnie nowością. Jesteśmy sami w całym obiekcie – cieszymy się więc ciszą i niezakłóconym relaksem. Z okien naszego salonu widać ścianę lasu, ale podobno niektóre apartamenty mają widok na przymarznięty o tej porze roku Zalew Wiślany. Wyboru jednak nie było. Pani z obsługi tłumaczy nam, ze tylko jeden właściciel z całego kompleksu apartamentowców zgodził się na wynajem swojego lokalu w terminie naszych ferii. Jesteśmy mu naprawdę wdzięczni.
- Za tym lasem jest morze – mówi na
odchodne Pani z obsługi. No więc wyruszamy na popołudniowy spacer w tamtym
kierunku. Znajdujemy strzałkę z napisem plaża i wchodzimy w las. Nikt z nas
wcześniej nie spojrzał nawet na mapę. Skutkiem tego błądzimy prawie do
zmroku po krętych ścieżkach zalesionych wydm.


Kąty Rybackie są położone u nasady Mierzei Wiślanej, okazuje się, że trzeba było przemierzyć ją w najszerszym miejscu, by dotrzeć do morza. Dodatkowo jeszcze, nie znając drogi, zrobiliśmy to właściwie slalomem. Ale spotkanie z morzem wynagradza wszystko. Pierwszy raz w życiu widzę też bielutką plażę. Na zmarzniętym piasku leży cienka warstwa śniegu. Tak, właśnie dla takiego widoku przyjechałam tutaj. Niestety, nie da się nim cieszyć zbyt długo. Robi się coraz ciemniej i mroźniej, najkrótszą z możliwych dróg (już asfaltową) zmykamy do apartamentu na zasłużony kubek grzańca (udało nam się kupić akurat, hmmm, GóralskiJ). Zasypiam uszczęśliwiona wspólnie spędzonym czasem i obecnością wszystkich najbliższych.
KRYNICA
MORSKA
Największy kurort na Mierzei Wiślanej. W
styczniu albo pozbawiony turystów, albo może goszczący takich, którzy wolą raczej
przebywać w ciepłych hotelowych pieleszach, niż na plaży, gdzie grabieją nam palce podczas
poszukiwania okruszków bursztynu. Wszystkie większe, wyrzucone przez morze
podczas ostatnich sztormów, zostały już wyzbierane.
Pani z obsługi naszego obiektu opowiadała nam o turystach, którzy mieszkali w Willi Turkusowej przed nami:
Pani z obsługi naszego obiektu opowiadała nam o turystach, którzy mieszkali w Willi Turkusowej przed nami:
- Cieszyli się, ze nazbierali tyle
bursztynu, ze im się wyjazd nie tylko że zwrócił, ale jeszcze na nim zarobili.


A my wracamy z Krynicy Morskiej do Kątów Rybackich z garsteczką bursztynowych drobin – i też zadowoleni, że mamy pamiątkę znad morza. Zasłużyliśmy na kolejny grzaniec. Tym razem udaje się kupić ZbójnickiJ
GDAŃSK
Kolejne dwie noce mamy zarezerwowane w
ulubionym przeze mnie mieście. Próbujemy zajechać do niego trasą poprzez Wyspę
Sobieszewską, ale niestety okazuje się bez jakiegokolwiek wcześniejszego
ostrzeżenia, że prom nie działa (czy to jedynie w sezonie zimowym, czy już na stałe,
tego się nie dowiedzieliśmy). Pozostaje nam tylko zrobić zwrot w tył na brzegu
Wisły, którą przepływają ogromne, podobne do okrągłych liści kry lodowe i wrócić na drogę szybkiego ruchu do Trójmiasta.
Na bazę noclegową wybraliśmy Gdańskie
Apartamenty Royal – obiekt w świetnej lokalizacji (Fontanna Neptuna tuż za rogiem), z którego okien mamy widok
na kamieniczki przy ulicy Długiej i wierzchołek wieży ratuszowej.


Zdjęcia w internecie wyglądają wspaniale, w realu też jest nieźle, choć wnętrze nieodparcie sprawia wrażenie, jakby projektanta trochę poniosło – ilość wnęk i lampek jest tu trudna do policzenia.

Szybko jednak wychodzi na jaw zasadniczy mankament apartamentu – szklanych drzwi między sypialniami (kto wymyślił szklane drzwi do sypialni i łazienki?) nie da się przesunąć do samej ściany, by skutecznie rozdzielić oba pomieszczenia. Tym sposobem młode pokolenie ma raczej komfort hostelowy, co zdecydowanie psuje radosny nastrój. Nic tylko trzeba poprawić go grzańcem. W Gdańsku będziemy pić GalicyjskiJ


Zdjęcia w internecie wyglądają wspaniale, w realu też jest nieźle, choć wnętrze nieodparcie sprawia wrażenie, jakby projektanta trochę poniosło – ilość wnęk i lampek jest tu trudna do policzenia.

Szybko jednak wychodzi na jaw zasadniczy mankament apartamentu – szklanych drzwi między sypialniami (kto wymyślił szklane drzwi do sypialni i łazienki?) nie da się przesunąć do samej ściany, by skutecznie rozdzielić oba pomieszczenia. Tym sposobem młode pokolenie ma raczej komfort hostelowy, co zdecydowanie psuje radosny nastrój. Nic tylko trzeba poprawić go grzańcem. W Gdańsku będziemy pić GalicyjskiJ
Jakoś udaje nam się przetrwać dwie noce w
naszym Royal hostelu, a dni spędzone na snuciu się po uliczkach Starego Miasta
i Wyspy Spichrzów będą należały do tych niezapomnianych.

Gdybym tak nie kochała swojego starego Krakowa, to uznałabym Gdańsk za najpiękniejsze miasto w Polsce.
Uwielbiam!

Gdybym tak nie kochała swojego starego Krakowa, to uznałabym Gdańsk za najpiękniejsze miasto w Polsce.
Uwielbiam!
Do Sopotu nie mam (jeszcze) tak
emocjonalnego stosunku. Mimo to przy każdym pobycie w okolicy staram się
zadbać, aby się przez niego przewinąć. To jednak miejsce kultowe. A
przynajmniej intrygujące, odkąd usłyszałam
„Sopockie bolero” ze słowami Agnieszki Osieckiej. To nie tak, żeby piosenka mi
się spodobała („Zatoka Snów”, „Riwiera Marzeń”? – co to w ogóle za tekst, mam wrażenie, że autorka trochę przy nim
popłynęła), ale wyobraźnia zaczęła pracować. Imponujący Grand Hotel, plaża z widokiem na molo i elity poprzedniego systemu... To wszystko tutaj, w tym
miejscu, pod które i tym razem podwozi nas mąż.
„A tulił nas jak port, jak fort lirycznych band
Elegant, birbant, lord, sopocki Hotel Grand.”
Elegant, birbant, lord, sopocki Hotel Grand.”
Dziś obiekt symbol również jest miejscem elitarnym.
Ale przecież trzeba mieć nadzieję, że marzenia się spełniają. Z Sopotu
wyjeżdżam z obietnicą, że kiedyś zabiorę swoją rodzinę do Eleganta.
RZUCEWO
Ostatnie noclegi naszych ferii miały być
wisienką na torcie. Zaplanowałam, że w Rzucewie będziemy obchodzili urodziny
męża. Taka okazja oczywiście wymaga pięknej oprawy.
Nie jest tanio, ale jubilat zamieszka w dwupokojowym apartamencie Zamku Jan III Sobieski nad samym brzegiem morza! Prawie półtora roku wcześniej upatrzyłam sobie to miejsce podczas objazdu Zatoki Puckiej i opuściłam je z obietnicą, że zabiorę tu kiedyś swoją rodzinę. Marzenia jednak się spełniają❤️
Jeszcze tylko przed wyjazdem standardowo dyskutuję z obsługą obiektu na temat widoku z okien. Jak przyjemnie byłoby zobaczyć morze po przebudzeniu się w zamkowych wnętrzach. Dostaję uroczą odpowiedź:
Po powrocie do pracy, słucham wspomnień moich uczniów, z których właściwie każdy spędzał ferie... w górach. I to nie byle gdzie, bo w większości opowieści przewija się motyw Zakopanego, jakby nie było, okrzykniętego kiedyś zimową stolicą kraju. Ale jak to? Najwyraźniej coś zrobiłam nie tak, skoro wszystkim się udało pojechać w Tatry, a mnie nie. Pobyt nad morzem był cudowny, ale z całą pewnością trzeba będzie odrobić lekcję związaną z wyjazdem w góry zimą. I takim postanowieniem kończę styczeń. Wygląda na to, że w moim przypadku apetyt na podróże niestety nie jest możliwy do zaspokojenia.
Nie jest tanio, ale jubilat zamieszka w dwupokojowym apartamencie Zamku Jan III Sobieski nad samym brzegiem morza! Prawie półtora roku wcześniej upatrzyłam sobie to miejsce podczas objazdu Zatoki Puckiej i opuściłam je z obietnicą, że zabiorę tu kiedyś swoją rodzinę. Marzenia jednak się spełniają❤️
Jeszcze tylko przed wyjazdem standardowo dyskutuję z obsługą obiektu na temat widoku z okien. Jak przyjemnie byłoby zobaczyć morze po przebudzeniu się w zamkowych wnętrzach. Dostaję uroczą odpowiedź:
"Miło nam będzie gościć Państwa :)
[...] miły apartament z ładnym
widokiem jest na 2 pietrze, rezerwujemy więc pokoje na 2 pietrze. Pokój
dzieci będzie obok apartamentu.
Mam nadzieję, że widok zrekompensuje
utrudnienia.
Proszę poinformować, którego dnia
przygotować stolik na uroczysty urodzinowy wieczór?"
Jest dobrze, obsługa hotelu dopracowuje mój plan w
szczegółach. Co prawda, po przyjeździe wolnych stolików w restauracji mamy do wyboru i koloru
(jesteśmy najpierw jedynymi gośćmi, później przybywa czwórka Niemców i słodki pies
labrador), ale i tak obchodzimy urodziny męża w osobnej (i pięknej) Sali Granatowej. Tu
nie pijemy grzańcaJ, kelner proponuje do kolacji wytworne
białe wino.
Co do widoku z okien, hmmm, jakby to powiedzieć, za bielą śniegu
między drzewami otaczającymi Zamek widzieliśmy ... szarość. I nie sposób było
odróżnić, czy należała ona do morza, czy do nieba – jedno i drugie podczas
naszego pobytu przybrało ten sam kolor. To, że mieszkaliśmy chyba jednak na pierwszym piętrze, a nie na drugim, raczej nie miało w tym przypadku żadnego znaczenia. Czyż nie
konieczne będzie powtórzenie tego pobytu w innych okolicznościach przyrody?
Znowu się rozmarzyłam...
I kiedy po trzech godzinach trzeba było już wyjść z wody, to miałam jednak poczucie niedosytu. Ale to raczej nie dlatego, że aquapark w Redzie jest taki wyjątkowy, tylko dlatego, że tak bardzo kocham moczenie w ciepłej wodzie.
OSADA
ŁOWCÓW FOK
Rankiem wybieramy się z Anią na uroczy
spacer wzdłuż brzegu morza. Jest mroźno, ale Zatoka nie zamarzła, jak przed
wyjazdem przewidywał mąż.
I całe szczęście, bo dzięki temu mamy okazję obserwować na lekko falującej wodzie olbrzymie stada ptactwa wodnego – mewy, łabędzie, kaczki wprost wychodzą ze skóry, by nam zaprezentować wszystkie swoje umiejętności.
Docieramy do pobliskiej rekonstrukcji Osady Łowców Fok – siedziby plemion, które mieszkały na Cyplu Rzucewskim w epoce kamienia – III – II tysiące lat przed naszą erą.
Bardzo to ciekawa historia, po powrocie z ferii z zainteresowaniem czytam w internecie wywiad z panią archeolog Danutą Król, która otworzyła w tym miejscu Park Kulturowy:
I całe szczęście, bo dzięki temu mamy okazję obserwować na lekko falującej wodzie olbrzymie stada ptactwa wodnego – mewy, łabędzie, kaczki wprost wychodzą ze skóry, by nam zaprezentować wszystkie swoje umiejętności.
Docieramy do pobliskiej rekonstrukcji Osady Łowców Fok – siedziby plemion, które mieszkały na Cyplu Rzucewskim w epoce kamienia – III – II tysiące lat przed naszą erą.
Bardzo to ciekawa historia, po powrocie z ferii z zainteresowaniem czytam w internecie wywiad z panią archeolog Danutą Król, która otworzyła w tym miejscu Park Kulturowy:
"Aż około 50 procent kości znalezionych w czasie prac
pochodziło od fok. Dzięki temu wiemy, że to właśnie te morskie ssaki były
podstawowym pożywieniem mieszkańców osady [...] Poza łowieniem fok, mieszkańcy
zajmowali się także rybołówstwem, bo w osadzie znaleziono także ości i łuski
rybne z tamtego czasu. Na miejscu prowadzono też obróbkę bursztynu. Był to
surowiec niezwykle ważny, bo płacono nim choćby za większe bryły krzemienia
pasiastego, który wydobywano na południu Polski, a który służył mieszkańcom
osady do wytwarzania wielu narzędzi" https://podroze.onet.pl/polska/pomorskie/osada-lowcow-fok-w-rzucewie-nad-zatoka-pucka/9w2sytt
Park Kulturowy jakoś specjalnie nie imponuje, podczas naszego spaceru miejsce
wygląda na opuszczone, zamknięta jest też Chata Kaszubska z wystawą eksponatów
z wykopalisk. Ale świadomość historii Osady pobudza wyobraźnię.
Rankiem w dniu wyjazdu spaceru już nie udaje nam się powtórzyć. Robi się tak zimno i wietrznie, że Zatoka jednak zaczyna zamarzać. Rzucewo przegania nas śnieżycą znad morza.
Rankiem w dniu wyjazdu spaceru już nie udaje nam się powtórzyć. Robi się tak zimno i wietrznie, że Zatoka jednak zaczyna zamarzać. Rzucewo przegania nas śnieżycą znad morza.
HEL
Również tropem fok podążamy z Anią aż na Półwysep Helski. Co prawda na wycieczkę wybieramy się już tak późno, że fokarium zastajemy zamknięte, ale sam wyjazd sprawia mi dużą przyjemność.
Wszędzie pusto i spokojnie, co jest wspaniałą odmianą po okresie letnim. Byłam w tych stronach w wakacje poprzedzające moją przygodę z blogiem i nie mogę przestać porównywać... Wtedy właśnie uznałam sztandarowe kurorty naszego wybrzeża - Władysławowo, Chałupy, Hel za miejsca, do których już nigdy nie zawitam. Cieszę się, ze dałam im teraz drugą szansę. Ale wycieczka sprzed półtora roku wciąż jawi mi się jakby rodem z koszmaru. Chwilami traciłam wówczas nadzieję, że w ogóle uda nam się dotrzeć na Półwysep Helski. Z ogromnym trudem przedzieraliśmy się przez Władysławowo (dziurę zabitą dechami w czasach mojego dzieciństwa), bo ulicami przewalały się takie tłumy, że aż trudno było uwierzyć, że jakakolwiek miejscowość jest w stanie pomieścić tylu ludzi. Nasada Półwyspu (to już chyba były Chałupy) też robiła koszmarne wrażenie. Rozumiem, że wszyscy chętni na przygodę z serfowaniem muszą gdzieś mieszkać i wielu z nich chce to zrobić w sposób budżetowy, ale tamtejsze zapchane po brzegi kampingi, oddzielone od drogi lasem reklam na ogrodzeniach, po prostu straszą i sprawiają na przejeżdżającym turyście wrażenie, jakby znalazł się w trzecim świecie. No i wreszcie cel naszego wyjazdu - Hel - miejsce rozkawałkowane w całości na niezliczoną ilość płatnych parkingów z naganiającą każdego przyjezdnego obsługą. To mnie już w ogóle nie dość, że przybiło, to jeszcze całkowicie zniechęciło do jakiegokolwiek zwiedzania. Objechaliśmy miejscowość ze dwa razy i niestety, nawet nie wysiadłszy z samochodu, ruszyliśmy w drogę powrotną. Odetchnęłam z ulgą po zakończeniu tej jednej z najbardziej nieudanych wycieczek podczas naszych wakacji. Bogu dzięki, Rewa, gdzie wówczas mieszkaliśmy, nie była takim osławionym kurortem i cieszyła się znacznie mniejszym zainteresowaniem. I dlatego, gdy znów zapragnę spędzić parę letnich dni nad Bałtykiem, to pojadę właśnie tam. Chyba że w Rewie (również dawna osada łowców fok) też już zaszły zmiany, których nie jestem w stanie zaakceptować.
Wszędzie pusto i spokojnie, co jest wspaniałą odmianą po okresie letnim. Byłam w tych stronach w wakacje poprzedzające moją przygodę z blogiem i nie mogę przestać porównywać... Wtedy właśnie uznałam sztandarowe kurorty naszego wybrzeża - Władysławowo, Chałupy, Hel za miejsca, do których już nigdy nie zawitam. Cieszę się, ze dałam im teraz drugą szansę. Ale wycieczka sprzed półtora roku wciąż jawi mi się jakby rodem z koszmaru. Chwilami traciłam wówczas nadzieję, że w ogóle uda nam się dotrzeć na Półwysep Helski. Z ogromnym trudem przedzieraliśmy się przez Władysławowo (dziurę zabitą dechami w czasach mojego dzieciństwa), bo ulicami przewalały się takie tłumy, że aż trudno było uwierzyć, że jakakolwiek miejscowość jest w stanie pomieścić tylu ludzi. Nasada Półwyspu (to już chyba były Chałupy) też robiła koszmarne wrażenie. Rozumiem, że wszyscy chętni na przygodę z serfowaniem muszą gdzieś mieszkać i wielu z nich chce to zrobić w sposób budżetowy, ale tamtejsze zapchane po brzegi kampingi, oddzielone od drogi lasem reklam na ogrodzeniach, po prostu straszą i sprawiają na przejeżdżającym turyście wrażenie, jakby znalazł się w trzecim świecie. No i wreszcie cel naszego wyjazdu - Hel - miejsce rozkawałkowane w całości na niezliczoną ilość płatnych parkingów z naganiającą każdego przyjezdnego obsługą. To mnie już w ogóle nie dość, że przybiło, to jeszcze całkowicie zniechęciło do jakiegokolwiek zwiedzania. Objechaliśmy miejscowość ze dwa razy i niestety, nawet nie wysiadłszy z samochodu, ruszyliśmy w drogę powrotną. Odetchnęłam z ulgą po zakończeniu tej jednej z najbardziej nieudanych wycieczek podczas naszych wakacji. Bogu dzięki, Rewa, gdzie wówczas mieszkaliśmy, nie była takim osławionym kurortem i cieszyła się znacznie mniejszym zainteresowaniem. I dlatego, gdy znów zapragnę spędzić parę letnich dni nad Bałtykiem, to pojadę właśnie tam. Chyba że w Rewie (również dawna osada łowców fok) też już zaszły zmiany, których nie jestem w stanie zaakceptować.
REDA
Trzecia dziewczyna z naszej grupy raczej nie była zainteresowana fokami. Wiktoria przez cały wyjazd wyczekiwała spotkania z ... rekinami. Aquapark w Redzie, reklamowany w internecie jako „najlepszy park wodny” był bowiem gwarantowaną atrakcją feriową dla naszych dzieci. Sama też się na nią załapałam. I to bardzo ochoczo, co mnie samą zaskoczyło, bo dotychczas wszelkie aquaparki były u mnie raczej na liście miejsc omijanych szerokim łukiem.
Ale jak tu się oprzeć opisowi na stronie internetowej obiektu, który głosi: "Centrum wodnej rozrywki, strzeżone przez rekiny. Najfajniejsze zjeżdżalnie, bajkowe baseny i unikatowe atrakcje dla każdego!" Oczywiście szybko dowiaduję się od naszych dzieci, że aby zobaczyć główny cel naszego przybycia do Redy, czyli rekiny, to muszę usiąść na dmuchanym kole i zjechać nim rurą w dół. Ale szczerze mówiąc, nie waham się ani chwili. Zanim odnajdę w sobie tchórza, którym zawsze w takich sytuacjach byłam, już stoję w kolejce do zjeżdżalni, dzierżąc dziarsko pod pachą własne żółte koło ratunkowe. Hej, czy to jeszcze ja, czy nie ja? Po powrocie czytam na stronie aquaparku o atrakcji, z której skorzystałam w tym niezwykłym przypływie jakiejś niezwykłej fantazji:
Ale jak tu się oprzeć opisowi na stronie internetowej obiektu, który głosi: "Centrum wodnej rozrywki, strzeżone przez rekiny. Najfajniejsze zjeżdżalnie, bajkowe baseny i unikatowe atrakcje dla każdego!" Oczywiście szybko dowiaduję się od naszych dzieci, że aby zobaczyć główny cel naszego przybycia do Redy, czyli rekiny, to muszę usiąść na dmuchanym kole i zjechać nim rurą w dół. Ale szczerze mówiąc, nie waham się ani chwili. Zanim odnajdę w sobie tchórza, którym zawsze w takich sytuacjach byłam, już stoję w kolejce do zjeżdżalni, dzierżąc dziarsko pod pachą własne żółte koło ratunkowe. Hej, czy to jeszcze ja, czy nie ja? Po powrocie czytam na stronie aquaparku o atrakcji, z której skorzystałam w tym niezwykłym przypływie jakiejś niezwykłej fantazji:
"Takiej zjeżdżalni nie ma nigdzie indziej. Wskakując w otwartą paszczę rekina czeka nas 60-metrowy, niezwykle emocjonujący zjazd. Podświetlony tunel prowadzi przez rajskie akwarium, w którym pływają prawdziwe rekiny. Do Redy przyjechały one z odległej Sri Lanki. Kąpiel, gdy za przezroczystą ścianą pływają jedne z najgroźniejszych drapieżników świata, robi ogromne wrażenie. Trzymająca w napięciu wodna podróż kończy się w zamkowym skarbcu, czyli w zaczarowanym złotym basenie."
No cóż powiem? Trochę te wszystkie opisy przereklamowane. Z mojego punktu widzenia wyglądało to tak: ślizg, wpadanie pod wodę, trochę rzucania się, by wrócić na powierzchnię, przebłysk świadomości, że oto jestem w tunelu, wokół którego pływają rekiny w akwarium i szybkie opuszczanie baseniku, będącego końcowym etapem tej przygody, by już zrobić miejsce następnym ślizgaczom.
Ale mimo wszystko było tak przyjemnie, że powtórzyłam to wszystko trzy razy. Bez cienia strachu. Pełna dumy z własnej odwagi. Prawdziwy stary wyjadacz aquaparkowy J
No cóż powiem? Trochę te wszystkie opisy przereklamowane. Z mojego punktu widzenia wyglądało to tak: ślizg, wpadanie pod wodę, trochę rzucania się, by wrócić na powierzchnię, przebłysk świadomości, że oto jestem w tunelu, wokół którego pływają rekiny w akwarium i szybkie opuszczanie baseniku, będącego końcowym etapem tej przygody, by już zrobić miejsce następnym ślizgaczom.
Ale mimo wszystko było tak przyjemnie, że powtórzyłam to wszystko trzy razy. Bez cienia strachu. Pełna dumy z własnej odwagi. Prawdziwy stary wyjadacz aquaparkowy J
Po powrocie do pracy, słucham wspomnień moich uczniów, z których właściwie każdy spędzał ferie... w górach. I to nie byle gdzie, bo w większości opowieści przewija się motyw Zakopanego, jakby nie było, okrzykniętego kiedyś zimową stolicą kraju. Ale jak to? Najwyraźniej coś zrobiłam nie tak, skoro wszystkim się udało pojechać w Tatry, a mnie nie. Pobyt nad morzem był cudowny, ale z całą pewnością trzeba będzie odrobić lekcję związaną z wyjazdem w góry zimą. I takim postanowieniem kończę styczeń. Wygląda na to, że w moim przypadku apetyt na podróże niestety nie jest możliwy do zaspokojenia.
















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz