poniedziałek, 18 lutego 2019

CZAS RUSZANIA Z MIEJSCA



Z szaro – burych chmur spadło na ziemię po Nowym Roku tyle śniegu, że chyba pierwszy raz po przeprowadzce do obecnie zajmowanego domu musieliśmy uruchomić akcję odśnieżanie. Dobrze, że Kacper do nas powrócił – co tu dużo mówić – odwalił większość roboty (znaczy się śniegu) i to przez całą długość drogi dojazdowej.  Ja oczywiście pozostaję wciąż  w zadziwieniu, że tak szybko zmienił się w wyrośniętego, silnego mężczyznę.
Cieszę się przeogromnie, że mamy ich znów  z Wiktorią tak blisko. Czuję, że to będzie naprawdę dobry rok. Nawet jeśli zaczął się trzydniowymi obchodami rocznicy śmierci Bartka. Tak, u nas tyle to trwa. To dlatego, że wpisywanie dnia  odnalezienia martwego człowieka w akcie zgonu jako daty jego śmierci to jedno (tak stanowi prawo), a to, co mówi lekarz, który ją stwierdza, to drugie. W naszym przypadku dostaliśmy informację, że Bartek mógł umrzeć do czterdziestu godzin wcześniej.




Zamawiam mszę za duszę naszego zmarłego synka i piszę do Ani:
„ Chciałam w rocznicę śmierci, ale w kaplicy szpitalnej przyjmują intencje tylko na niedziele. [...] 
Tak się złożyło, że [to] akurat w Święto Trzech Króli i imieniny Kacpra, no ale cóż, przeszłość będzie nam się stale mieszać z teraźniejszością, na to nie ma rady”. Choć tak naprawdę, to chciałam napisać, ze życie będzie nam się stale mieszało ze śmiercią, ale się przed tym powstrzymałam.
„Dla Bartusia msza, dla Kacpra ciasto czekoladowe, które zamówił” – kończę sms – a. Może jednak dobrze, że nam się rocznica śmierci zmieszała z tymi imieninami, jest to niewątpliwie coś, co odwraca naszą uwagę od żałoby, zmuszając do dostrzegania i celebrowania chwil pełnych życia. Staram się więc skupiać na nich. Żeby coś zmienić w tym, co dotychczas się u nas działo.  Żeby dać sobie szansę, aby ten rok mógł być naprawdę dobry.
Trzeba przyznać, że Anno Domini 2019 rzeczywiście się stara. Już na samym wejściu w Sylwestra zupełnie niespodziewanie zapoczątkował przełom w chorobie męża – i to do tego stopnia, że było nam dane razem spędzić czas na pokazie sztucznych ogni podczas plenerowej imprezy w naszym miasteczku. To nic, że trwało to raptem parę minut, ważne, że otworzyło dla nas nowy rozdział w rodzinnym życiu – taki, w którym mogliśmy znów wspólnie spędzać czas, znajdując atrakcje także poza domem. Szybko doszliśmy nawet do tak dobrego momentu, kiedy błyskawicznie ogarnęliśmy feriowy wyjazd. Pojechaliśmy nad morze, bo zobaczenie go zimą to było od dawna moje marzenie. Spędziliśmy cudowny czas wspólnie z Kacprem, Wiktorią i Anią. W końcu się zrelaksowałam. Podreperowałam formę przed sesją, która na mnie czekała tuż po powrocie. Zebrałam siły, by się z nią zmierzyć.
Jeśli uważałam egzaminy, które zdawałam w lipcu za trudne, to obecnie musiałam zrewidować to stanowisko. Przyszło mi bowiem, stawić im czoła ponownie, tyle że z dodatkiem „zaawansowane” przy ich nazwach. Pan z metodologii nawet nie krył się z tym, że udało mu się ją przerobić właściwie na statystykę – uczciwie stwierdzał, że oba te przedmioty mógłby połączyć jednym testem i jedną oceną. Wygląda na to, że o innych metodach badawczych (pozastatystycznych) na naszym kierunku studiów tak naprawdę powinniśmy zapomnieć. To taka próba robienia z psychologii matematyki, jak stwierdziła jedna z dziewczyn w mojej grupie. A mnie z naukami ścisłymi raczej nie po drodze. I choć sesję znów zaliczyłam nad wyraz dobrze, to jednak naprawdę tym razem musiałam poświęcić sporo czasu na naukę.  

Trochę to było jak powrót do przeszłości – sesjowe zarwane nocki i wyścig z czasem, kiedy nie można odpuścić kartkom z notatkami ani na chwilę. Moi bliscy patrzą na to i słuchają tego z niedowierzaniem  - uważają, że w wieku, który osiągnęłam, mogłabym swój czas spędzić zdecydowanie przyjemniej i bez tak dużego wysiłku, czy stresu. I to jest prawda. Tyle, że ja bym tak nie chciała.
 - Po co ci te studia? - to pytanie słyszałam ostatnio tak często, że aż postanowiłam odpowiedzieć na nie bardziej wyczerpująco niż zwykle.
Do tej pory wyjaśniałam wszystko bardzo racjonalnie. Mam uprawnienia psychoterapeutki i nie chciałabym ich utracić w chwili, gdy zostanie ustanowione prawo, że wykonywać ten zawód mogą jedynie osoby, które ukończyły dodatkowo studia psychologiczne. Pomysł taki co rusz powraca w dyskusjach ustawodawczych. 

Ale to nie jest cała prawda. Bo chodzi też o to, że potrzebuję teraz wyzwania. Nie potrafiłabym dłużej spędzać tyle czasu, co dotychczas w domu i wyszukiwać sobie jakichś zajęć z dnia na dzień, z weekendu na weekend. Pewnie bym w końcu odpuściła i popłynęła z prądem tam, gdzie życie by mnie chciało zanieść. Może to byłoby nawet ciekawe miejsce i miła podróż, ale jest też niebezpieczeństwo, że zaprowadziłaby mnie ona na manowce, z dala od jakiegokolwiek życiodajnego nurtu, gdzie bym tylko powoli wysychała, zamulała się lub zarastała rzęsą wodną i szuwarami. To jak wpłynięcie w rodzaj powolnej śmierci. Mało przyjemnej. A jeśli z jakiegoś powodu Bóg utrzymał mnie przy życiu, to myślę, że powinnam żyć. Ze wszystkich swoich sił. I taką drogą chcę kroczyć, płynąć, lecieć... 

Potrzebuję wyzwań, by się rozwijać. Nie chcę stać w miejscu i patrzeć, jak życie, którego nie wiadomo, ile mi pozostało, przepływa między palcami. Nie potrafię tak, wiem, że to by mnie zdołowało. Kolejny nawrót depresji? Nie, na to się nie piszę. Był długi czas w moim życiu, kiedy starałam się tylko przetrwać, nic więcej, bo na nic więcej nie miałam sił. Z ogromnym trudem zbierałam je, by móc pójść dalej. A teraz już nie chcę zawracać z tej drogi, ani nawet się zatrzymywać. Był czas  zastygnięcia w bezruchu, teraz jest czas ruszania z miejsca. Czas nieradzenia sobie z najprostszymi życiowymi sprawami przeszedł w czas poszukiwania rozwiązań.
I taka jestem dumna z tego wyjaśnienia swego zachowania następowaniem po sobie kolejnych faz życia, że zapominam całkiem, że ktoś na długo przede mną już to wymyślił. Tak, Kohelecie, muszę Ci tutaj oddać sprawiedliwośćJ

"Jest czas rodzenia i czas umierania, 
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, 
czas zabijania i czas leczenia, 
czas burzenia i czas budowania, 
czas płaczu i czas śmiechu, 
czas zawodzenia i czas pląsów, 
czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, 
czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, 
czas szukania i czas tracenia, 
czas zachowania i czas wyrzucania, 
czas rozdzierania i czas zszywania, 
czas milczenia i czas mówienia, 
czas miłowania i czas nienawiści, 
czas wojny i czas pokoju." 


Muszę o tym pamiętać, nawet jeśli te czasy mi się jeszcze chwilami mieszają. Z tego, jak je przeżyjemy, będziemy przecież kiedyś rozliczeni. Czyż nie tak Kohelecie, czyż nie tak?

"Zarówno sprawiedliwego jak i bezbożnego 
będzie sądził Bóg: 
na każdą bowiem sprawę i na każdy czyn 
jest czas wyznaczony" 

 BIBLIA STARY TESTAMENT Księga Koheleta






Ps. Relację z zimowego wypadu nad morze napiszę w wolnej chwili.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz