Gdy zbudziłam się w wielkanocny poranek, to pomyślałam, że jestem szczęśliwa. Uświadomiłam sobie, ile się zmieniło od czasu Świąt w zeszłym roku. Dom ożył. Z wizytą i to kilkudniową przyjechali Zuzia, Kacper i Sznaps. Nawet jeśli nie byliśmy ciągle razem, to i tak słyszałam dobiegający z góry radosny rejwach i śmiech dzieciaków.
Czy to nie powody do szczęścia?
Kiedy mówię o tym mężowi, to przez moment się zasępia. Tak, to nasze szczęście już zawsze będzie takie na pół gwizdka. Zawsze będziemy sobie przypominać, ile nam brakuje, czy raczej kogo nam brakuje do pełni. Ale przecież nawet częściowe szczęście to też szczęście i nie trzeba unikać tego słowa. Nie można się go bać w nieskończoność.
To chyba trochę tak, że czujemy się nielojalnie i mamy wyrzuty sumienia wobec Bartka, gdy po jego śmierci pozwalamy sobie na nazywanie szczęściem tego, co nam się dobrego w życiu przytrafia. Ale przecież ona zrobiła u nas już tak wielkie spustoszenie - czy mam jej jeszcze dać przyzwolenie na to, żeby całkowicie wykreśliła szczęście z naszego słownika? Nie sądzę... Mąż przyznaje mi rację, choć widzę, że jemu jeszcze trudniej się przełamać niż mnie...
Szczęście ma wiele twarzy. W te Święta - Zuzi i Kacpra, choć także Sznapsowy pyszczek można zaliczyć do tej kategorii:) Zwłaszcza, że to wyjątkowo śliczny pyszczek😸 Cała trójka przyjechała do nas już w Wielki Czwartek i od razu zaczęło nam się wszystkiego chcieć. Ja ogarnęłam wiosenne porządki i nawet udekorowałam dom na tę okazję, a mąż zajął się świąteczną oprawą całości od strony kuchni. Mieliśmy więc Święta ładne i smaczne, choć głównie z racji preferencji Zuzi, pierwszy raz w życiu wegetariańskie.
Wygląda na to, że będziemy się musieli przestawić w większym stopniu niż dotychczas na ten nurt kulinarny, bo obydwie “nasze” dziewczyny są wegetariankami, a i Kacper zaczyna oscylować w takim kierunku:). Świat się zmienia i młode pokolenie stawia akcenty w zupełnie innych miejscach niż my w ich wieku. Ale w końcu tak właśnie być powinno i swoją rolę w tym procesie postrzegamy jako ciągłe przystosowywanie do zmieniającej się rzeczywistości. Niektóre zmiany zaś są naprawdę dobre - i to jest właśnie podsumowanie, wynikające z porównania tegorocznego i zeszłorocznego okresu wielkanocnego.
Nawet lekko kapryśna, zmienna, kwietniowa pogoda nie była w stanie niczego zepsuć w tym świątecznym czasie. Świat mimo powracających porannych przymrozków zakwitł kolorowymi krzewami zgodnie ze swoim kalendarzem. Również na naszej brzoskwini za jadalnianym oknem po raz pierwszy w historii ogrodu pojawiły się różowe kwiaty. Zaś na łące przed domem okwitnięte gałązki zmieniły się w gotowe białe bukiety do ozdoby wielkanocnego stołu. Z dumą podkreślę, że znalazły się na nim również wyhodowane przeze mnie tulipany i hiacynty (no i ogrodowe trawsko, ale nie wiem, czy to się liczy:).
To oczywiście głównie dlatego, że byłam zdana na to, co wyrosło w ogródku, bo unikałam jak ognia przedświątecznych wizyt w sklepach. Nie znoszę ich z całego serca i jestem głęboko wdzięczna mężowi i dzieciakom, że w tym roku wzięli wielkanocne zaopatrzenie na siebie. Co prawda w ramach “kwiatowych” zakupów zaopatrzyli mnie jedynie w młodziutkie bukszpany, lecz dzięki temu i tak mogłam w wymarzony sposób wykończyć grzędę dla świątecznych kur, którą postawiłam na stole w jadalni:) Może idealnie nie było, ale mimo wszystko byłam z siebie zadowolona.
Smutek nadszedł, gdy odwoziliśmy dzieciaki w Wielkanocny Poniedziałek do Krakowa. Zawsze jest tak, że im dłużej u nas są, tym bardziej się przyzwyczajam do ich obecności w domu i tym trudniej mi się rozstać.
Na szczęście mąż zadbał, żebym nie musiała tęsknić za nimi zbyt długo. Wczoraj znów się spotkaliśmy, gdy zabrał mnie do Krakowa. Wprawdzie przelotnie, w drodze na cykliczny koncert "Siła Miłości", ale dobre i to. Ot, takie szczęście na pół gwizdka....
Ale następne powinno nadejść już wkrótce. Wstępnie umówiliśmy się z dzieciakami na spotkanie podczas długiego weekendu na przełomie kwietnia i maja. Tak się cieszę! Zwłaszcza że i Ania próbuje się zorganizować, by nas wówczas odwiedzić. Może uda się pobyć w pełnym gronie wszystkich, którzy są nam najbliżsi. A jeśli nie, to cóż... szczęście na pół gwizdka, to wciąż szczęście. I tak właśnie mam zamiar je traktować...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz