piątek, 2 stycznia 2026

CIEMNOŚCI I JASNOŚCI

 

Takiej ciemności w Święta to chyba jeszcze nie przeżywałam. Choć na szczęście chodzi tylko o okoliczności zewnętrzne. Bo akurat wewnątrz mnie panował wówczas względny spokój.

oprócz tego, że dzień taki krótki, to jeszcze u nas ostatnio strasznie ciemny – piszę do Ani, gdy po Świętach nie przybywa jasności. To nie jest pogoda, do której łatwo przywyknąć.

Właściwie cały dzień trzeba spędzać przy zapalonym świetle.

Czuję się, jakbym przebywała w miejscu, gdzie panuje noc polarna.

Zastanawiam się, jak ludzie sobie tam radzą. Ciekawość popycha mnie do obejrzenia kilku vlogów z podróży w takie rejony. I ku swemu ogromnemu zdziwieniu odkrywam, że noc polarna może być zupełnie jasna (a nawet chwilami przy dobrej pogodzie dużo jaśniejsza niż to, z czym mamy teraz u nas do czynienia). Przynajmniej tak to wygląda na filmach z okolic, gdzie podróżnicy jeszcze dość często vlogują (na przykład z Tromso w Norwegii), bo oczywiście świat jest bardzo urozmaicony i rzeczywiście są w nim miejsca, w których podobno nie ma nawet krzty dziennego światła przez długi czas. Naprawdę nie wiem, jak wytrzymują to stali mieszkańcy tych terenów, bo na takie relacje w internecie, (co prawda tylko przy pobieżnym przeszukaniu), nie natrafiłam wcale.

Mnie ciężko było przetrwać nawet te kilka dni przy tak mrocznej aurze. Zwłaszcza że do braku światła dołączył jeszcze silny, zimny wiatr, jakby rodem z samego bieguna. To sprawiło, że przy temperaturze -1 odczuwaliśmy -6, później zaś po Nowym Roku ta różnica jeszcze się powiększyła – z +1 do -7.

Nawet wyjście z Wafelkiem nad rzekę zrobiło się dla mnie w tych warunkach wyzwaniem. O dłuższych spacerach, które wymarzyłam sobie na świąteczne ferie, bardzo szybko zapomniałam. Opatulona w ciepłe kocyki zastąpiłam aktywność fizyczną czytaniem i oglądaniem vlogów/reportaży/filmów. No w każdym razie się nie nudziłam.

Gdy na świecie zrobiło się jaśniej, to niestety też ciężko się było cieszyć zimą. Ciemność zastąpiły zadymki i zawieje śnieżne. Niby niezbyt duże opady, ale i tak pogoda z gatunku tych, że psa by nie wygonił z domu. No ale przynajmniej zapowiadał się biały Sylwester.

W te trudne warunki Kacper wyjechał, by przywitać Nowy Rok z kolegami. Trochę się martwiłam, bo między naszym miastem, a Nysą jest prawie 200 kilometrów do przejechania, ale na szczęście chłopaki dotarli do celu cało i bezpiecznie. A potem całkiem dobrze się bawili, jak wynika z relacji mojego syna.

Ja zostałam w domu z całym naszym zwierzyńcem. No i nie narzekałam, a nawet się cieszyłam, gdyż czuję się coraz mocniej związana z Wafelkiem i kotkami Kacpra. No bo Maciuś, to wiadomo, od dawna zajmuje osobne królestwo w moim sercu.

I w takim doborowym towarzystwie przywitaliśmy Sylwestra. A był to dzień bardzo wyczekiwany. Dzięki nieocenionej Madzi szykowałam się na koncertową powtórkę Sylwestra z zeszłego roku. Tym razem sylwestrowy koncert miał tytuł „Oscarowa noc filmowa”. 

Do katowickiego NOSPR-u wybrałyśmy się w ubiegłorocznym składzie.

„Kiedy w Oscarową noc cały świat spogląda na Hollywood, wypatrując na czerwonym dywanie najjaśniejszych gwiazd kina, warto zwrócić uwagę również na to, skąd przybyli wszyscy ci elegancko ubrani ludzie i jakie tradycje przynieśli ze sobą. Podczas Oscarowej nocy sylwestrowej w NOSPR przyjrzymy się nieco bliżej panteonowi największych legend muzyki filmowej” – czytam na stronie organizatora koncertu.

Przyglądam się. I odkrywam, że myliłam się, myśląc, że nic nie dorówna koncertowi, który umilił nam Sylwestra ubiegłego roku.

„Podczas Oscarowej nocy sylwestrowej w NOSPR zabrzmią melodie przywołujące nie tylko fantastyczne filmowe sceny, ale również emocje, które towarzyszyły nam w kinie lub przed telewizorem” – czytam dalej. I to jest clou tego wieczoru. Okazuje się, że to koncert emocji, które we mnie wzbierają co rusz taką falą, że trudno je utrzymać we własnym wnętrzu.

Odpłynęłam…

Jestem szczęśliwa – napisałam do Ani i Kacpra.

A dziś facebook wyświetlił mi fragment podcastu Beaty Pawlikowskiej, która tłumaczy, dlaczego muzyka budzi tyle emocji. Dziennikarka robi to, powołując się na badania naukowe Roberta Zatorrego, wykładowcy w Instytucie Neurobiologii w Montrealu.

„Najbardziej niezwykłe jest to, że muzyka nie trafia tylko do części mózgu, która jest odpowiedzialna za wrażenia słuchowe, tak jak w przypadku innych dźwięków”, tylko muzyka porusza w mózgu także strefy motoryczne” tłumaczy autorka postu.

„I to jest właśnie powód, dlaczego dorośli przy fascynującej muzyce zrywają się do tańca. Ale to jeszcze nic”. Dalej następuje część wypowiedzi o wydzielaniu neuroprzekaźników, głównie dopaminy, choć nie tylko. Jest też o układzie limbicznym, mimo że nie wywołuje się go z nazwy.

„muzyka (…) budzi ośrodek nagrody i przyjemności i zalewa mózg endorfinami czyli szczęściem” – kończy pani Beata.

No to już wszystko jasne. Ale przecież jak mogłabym nie być szczęśliwa, spędzając czas w tak świetnym miejscu i towarzystwie? Znakomita orkiestra, wyśmienity repertuar, przesympatyczny dyrygent (Alexander Humala) i lampka szampana w przerwie koncertu to wszak najlepszy przepis na najbardziej udaną imprezę.

A po niej szybko wracam do rzeczywistości i śpieszę do mojego zwierzęcego stadka, by tulić Wafelka (już i tak na środkach uspokajających) i doglądać kotków przez resztę wieczoru, w czasie którego niestety strzały i wybuchy zabierają futrzakom spokój i poczucie bezpieczeństwa. Ach, ileż te zwierzaki muszą się natrząść ze strachu, żeby nabywcy petard mogli się dobrze bawić. Nie wiem, jak można tak traktować naszych braci mniejszych.

Przykro mi, że tak niewiele mogę dla nich zrobić tego wieczoru.

I w takim samopoczuciu wkraczam w Nowy Rok. „Bez żadnej rany jeszcze. Bez zadrapania. Nowy Rok - nowa karta na życie i nadzieja na wszystko” - zgodnie ze słowami Kaji Kowalewskiej, które zamieściłam na facebooku Akademii Rodzica. I jeszcze tekst tej samej, niedawno odkrytej przeze mnie autorki, udostępniony na moim koncie: „Zostawiam to, co bolało. Zabieram światło i brokat wspomnień”.

Idę dalej… I przyjmuję moje dni, takimi, jakie są. Czas stępił bunty, wzmocnił akceptację. Nauczył mnie koncentrować uwagę na tym, co dobre. Przewartościował moje życie. Nie oceniam tu, czy to lepiej, czy gorzej. Stwierdzam fakty. Zauważam zmiany. I jeśli to one są dla mnie warunkiem przetrwania, to niech ten stan trwa dalej…


P.s. Dziś na facebooku Kai Kowalewskiej pojawił się post ze zdjęciem kartki jej kalendarza. Na niej wpis: „Styczniu! Jesteś pierwszy, bądź najlepszy! Bądź piękną zapowiedzią szczęścia w tym roku”.

Wczoraj z Nysy wrócił do nas Kacper. Znowu jesteśmy w pełnym składzie. I już jest najlepiej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz