Kto raz przeżył dzień z wizytą w czterech różnych poradniach i konsultacjami z trzema lekarzami, ten wie, jaki to rodzaj ciężkiego kalibru. Zwłaszcza przy tym, co się dzieje obecnie w służbie zdrowia. Spotkaliśmy wczoraj lekarzy, którzy wyglądali, jakby pracowali na granicy swoich możliwości fizycznych i psychicznych, personel medyczny ostro walczący, już chyba z całym światem, o utrzymanie reżimu sanitarnego i zagubionych w tym wszystkim, częstokroć zrezygnowanych pacjentów.
Nikomu takiego dnia nie życzę. Po powrocie do domu miałam wrażenie jakby mnie ktoś przemielił, byłam też wstrząśnięta i zmieszana. A na dodatek pełna strachu. I to właśnie jest w tej sytuacji najgorsze.
Spirala napędzania strachu rozkręciła się na dobre dzień wcześniej. Do męża zadzwonił kardiochirurg z Ochojca: “po przeanalizowaniu pana sprawy uznaliśmy, że ryzyko operacji jest znaczne, muszę z panem porozmawiać’.
Oczywiście zrobiło mi się miękko w nogach. Co takiego w trakcie analizy zauważył zespół lekarski, czego nie dostrzegł wcześniej sam kardiochirurg?
Samopoczucie od razu zbliżyło się do dna, dobrze, że przyjechali Wiki z Kacprem - zrobiliśmy sobie pyszne lody, zgrilowaliśmy kiełbaski, powspominaliśmy stare, dobre czasy i dzień został jakoś uratowany.
Ale już w nocy spać nie można było, więc przestraszeni i niewyspani wczesnym rankiem ruszyliśmy do Ochojca. Na szczęście kardiochirurg nie miał dla nas aż tak druzgocących wieści, jak się spodziewaliśmy. Wprawdzie już wyżej oszacował ryzyko śmierci niż podczas poprzedniej rozmowy z mężem (tym razem na 10%), ale jakoś jeszcze wciąż wierzymy w to, że to nie mąż będzie tą jedną osobą z dziesięciu, która umrze na stole operacyjnym. Niemniej była to rozmowa z gatunku trudnych i wyszliśmy z niej przygnębieni.
Ale następny lekarz, z którym mieliśmy tego dnia spotkanie (naczyniowiec), po prostu nas dobił.
- Pan nie przeżyje tej operacji - oznajmił bez żadnych ceregieli. No i tu już zaczęło się straszenie nie na żarty . Bo żyły, naczynia, ogólny stan zdrowia, wszystko nie takie, jak trzeba.
- Nie sztuka przeżyć operację, tylko nie umrzeć w wyniku komplikacji - zakończył.
Wszystko to takim tonem, jakby to on był Panem Bogiem i wydawał wyroki.
- Moim zdaniem pan umrze - powtórzył jeszcze, na wypadek gdyby to, co wcześniej powiedział do nas nie dotarło.
- To trudno! - tym razem mąż nie mógł ukryć, co o tym wszystkim myśli - w jego głosie słychać było zawiedzione nadzieje, sypiące się w gruz marzenia i bunt przeciwko takiemu ferowaniu boskich wyroków.
Naczyniowca to chyba trochę wytrąciło z kolein wypowiadania się w imieniu Pana Boga. Zaczął wreszcie łagodzić swoje stanowisko. W końcu doszedł do tego, z czym przyjechaliśmy: zróbmy wszystko, by zminimalizować ryzyko powikłań. No i zajął się zakrzepicą oraz leczeniem ran na nogach, które podobno są jej skutkiem.
Przy czym zbył krótkim: “tego się nie robi w takim stanie” zapytanie kardiochirurga o możliwość wszczepienia filtra przeciwzakrzepowego do żyły. Jeszcze próbowaliśmy podeprzeć ten pomysł argumentem, że taki zabieg wykonuje się w pierwszej kolejności u wszystkich pacjentów w San Diego, gdzie operacje tego typu, jaka czeka męża, są podobno udane w 100 %. Tak powiedział przecież dopiero co kardiochirurg.
Taaak? - chyba cały pokój przyjęć wypełnił się złością. - To niech to zrobi sam - brzmiała odpowiedź dedykowana poprzedniemu specjaliście. I było po dyskusji.
O ile od kardiochirurga wyszliśmy przygnębieni, to po naczyniowcu byliśmy w takim stanie, jakby ktoś właśnie zdzielił nas z całej siły obuchem w łeb. A tu w kolejce czekała nas jeszcze wizyta w Poradni Hematologicznej. Tej samej, w której dwa lata temu znalazłam się wraz z Zieloną Kartą Pacjenta Onkologicznego. Tym razem po to, by zdiagnozować, czy mąż nie ma dziedzicznej choroby krwi, będącej przyczyną zakrzepicy. Oczywiście tutaj okazało się, że trzeba przejść taką samą ścieżkę kwalifikacji do leczenia, jaką ja kiedyś przeszłam - oczekiwanie na decyzję konsylium lekarskiego. O tygodniowym terminie, który pacjentom ze znacznym stopniem niepełnosprawności gwarantuje prawo, można zapomnieć.
- My tu mamy najwcześniejsze przyjęcia na koniec roku - oznajmiła pani sekretarka. - Żeby w czyimś przypadku przyspieszyć, to w innym trzeba by wykreślić - znowu poczułam, że w powietrzu unosi się skierowana na mnie?/nie na mnie? złość.
I cóż to kogokolwiek obchodzi, że kardiochirurg chciał męża operować już końcem tego miesiąca? Oraz że do tego potrzebny jest wynik badań hematologicznych?
I właściwie po co osobom niepełnosprawnym takie prawa, z których nie mogą skorzystać? Jeszcze nigdy mężowi nie udało się dostać do specjalisty w czasie owych chyba mitycznych siedmiu dni, no może z wyjątkiem kardiologa w Ochojcu, ale to raczej też tylko dlatego, że przez pomyłkę lekarki czekaliśmy w tym szpitalu ponad 400 dni na wizytę w innej poradni. Normalnym trybem trzeba się wpisać w kolejkę i pogodzić z długim okresem oczekiwania tak, jak wszyscy inni. A że osoba ze znacznym stopniem niepełnosprawności może tego po prostu nie dożyc, to nikogo nie obchodzi.
Po wizycie w Poradni Hematologicznej rozłożyłam się już całkowicie - na obie łopatki. Ożyły uczucia towarzyszące mi kiedyś w diagnostyce wszelkich rodzajów raka, związanego z krwią, szpikiem kostnym, węzłami chłonnymi i sama nie wiem, z czym tam jeszcze. No i oczywiście musiałam się skonfrontować z tym, że właściwie to tego procesu w sposób formalny nie dokończyłam.
Nie byłam już w stanie towarzyszyć mężowi podczas wizyty u lekarza rodzinnego. Mimo to jego stanowisko najbardziej mnie przekonuje. Brzmi ono w skrócie tak: przygotować się do operacji na spokojnie, najlepiej, jak tylko się da.
I tego nie można zrobić do końca miesiąca - nogi trzeba wyleczyć, zakrzepicę doprowadzić do stanu, który będzie najmniej ryzykowny, diagnostykę krwi przeprowadzić w takim zakresie, jaki jest potrzebny, no i jeszcze zrzucić (ale z głową, bez szaleństwa) tyle kilogramów, ile się tylko uda. Wszystko potrwa na pewno kilka miesięcy, ale to chyba jedyne rozsądne podejście do tematu.
I tak właśnie zrobimy. Rozsądek przede wszystkim i to głównie nasz, bo w sytuacji, gdy każdy lekarz mówi coś innego, trzeba zacząć liczyć na siebie. Taką decyzją zakończyliśmy ten dzień najcięższego kalibru. I nawet już nie pamiętam, co się później działo. Odcięłam się od rzeczywistości tak szybko, jak to możliwe - sen odłączył moją świadomość, która już nie była w stanie dłużej mierzyć się z tym, co znów przyniosło życie.
A dziś obudziłam się z myślą, że takie dni jak wczoraj powinny być wykreślone z kalendarza. Tylko że wtedy być może niewiele by w nim pozostało - po bliższym przyjrzeniu się wstępnej idei dochodzi do mnie taka prawda. Ostatnimi laty nagromadzenie tych złych dni u nas było ogromne, wykreślając je z kalendarza, chyba bym musiała zrezygnować w znacznej mierze z życia w ogóle.
Nie mam więc wyjścia, muszę je brać takim, jakie jest. I wierzyć, że trud tych dni ma jakiś ukryty przede mną, tajemniczy sens. A także pogodzić się z faktem, że tej tajemnicy nigdy nie rozwiążę i nigdy tego nie pojmę.
Ale mówiąc życiu "tak", przyjmuję też ten ciężar, który w sobie niesie. Mogę się przeciwko temu buntować, ale mój bunt nie spowoduje, że dostanę w zamian jakieś lepsze dni - kolorowe, radosne, szczęśliwe. Choć bardzo bym chciała.
Nie wykreślę wczorajszego dnia z kalendarza, niech po prostu odejdzie w przeszłość...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz