Depresja przyszła frontowymi
drzwiami. Sama ją wpuściłam do środka. Nie miałam już siły słuchać jej zawodzenia
pod progiem. Uznałam, że trudno – będę się musiała z nią pogodzić.
- Ach, witaj smutku...
- Ach, witaj smutku...
Miesiącami starałam się od
Ciebie odgrodzić. Rozpalałam wokół serca ogniska, by Cię odstraszyć. Ale i tak
wiedziałam, że krążysz i czaisz się na mnie gdzieś ledwie poza granicami
cienia.
Wieczne czuwanie i zmagania z
tobą prowadzą mnie tylko do wyczerpywania i tak mocno nadwątlonych zasobów. Jeśli
nie da się przed czymś uciec, to lepiej chyba stanąć z tym twarzą w twarz. Inaczej można się narazić na trudny atak od tyłu. Teraz przynajmniej mogę się dobrze przyjrzeć, z czym mam do
czynienia.
No i oto tak sobie
razem jesteśmy. Ja pozwalam depresji trwać i z nią nie walczę, a ona, o dziwo,
szanuje ten dziwaczny rozejm i na razie mnie nie uśmierca. Mam wrażenie, że też
mi się przygląda. Jakby była ciekawa, co z tym wszystkim zrobię.
Ale tego na razie nie wiem i
ja. Gdy wracaliśmy z wakacyjnego pobytu w Bretanii, to wydawało mi się, że mam
plan. Kończę drugi rok psychologii, no przecież wiem, co należy robić z depresją.
Poza tym mam już doświadczenie. Po śmierci Bartka byłam w leczeniu
psychiatrycznym i długo zażywałam antydepresanty.
Mój plan był więc jasny –
powrót do psychiatry i leków. Ale jednak powstrzymuje mnie przed nimi obawa, że
mogę się wpędzić w jeszcze większy kłopot. Do dziś nie mam bowiem jasności, czy
ich efektem ubocznym nie było drastyczne zmniejszenie poziomu białych ciałek we krwi,
które przerażało jeszcze bardziej niż sama depresja. I wlecze się za mną do dzisiaj.
Może więc trzeba zacząć od
przeproszenia się z hematologiem? Zaopiekowanie się mężowymi chorobami,
trwające do końca ubiegłego roku, przesłoniło mi własne leczenie. Potem już nie
miałam ochoty do tego wracać. Chciałam zapomnieć o wszelkich chorobach. Miałam
nadzieję, że one też o mnie już nie pamiętają.


Ale depresja o mnie nie zapomniała. Dosięgnęła mnie właśnie silniejszą falą niż te dotychczasowe. Czy to, że nauczyłam się już na nich dryfować ma teraz jakieś znaczenie?
Czy to jedynie tylko głębszy
dół niż te, do których dotychczas wpadałam? Czy nauka wygrzebywania się z nich
poszła już w las, czy też przyjdzie mi z pomocą w stosownej chwili? I czy
jeszcze tym razem dam radę?
Na razie nie wypraszam
depresji ze swojego życia. Może nawet brakuje mi do tego chęci. Oswoiłam się z
jej obecnością. Teraz częstuję depresję popołudniową herbatą i pijemy ją razem,
nie skupiając się zbytnio na smaku. Przeżywamy wspólnie sny pełne strachu.
Stronimy od ludzi.
Nie wiem, co będzie dalej.
Ani ile czasu to zajmie. Nawet nie czekam. Trwam. Może kiedyś nasycimy się sobą. Dojrzejemy do separacji. I będę mogła jej wreszcie powiedzieć: ach, żegnaj smutku?
*Relację z (nieudanej) podróży do Bretani napiszę w wolnej chwili






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz