
W końcu stanęło na tym, że jeśli nie mogę zebrać się do jakiegokolwiek lekarza (nie tylko do psychiatry czy też hematologa, ale nawet do rodzinnego), to w obecnej sytuacji pozostaje mi tylko prosić o interwencję Siły Wyższej. Mąż, dosyć sprytnie, zaproponował, żebyśmy pojechali w tej intencji do Medjugorie. No cóż, już sam pomysł podziałał trochę jak prawy sierpowy i wybił mnie z torów letargu, którymi podążałam w szybkim tempie prosto do przepaści. Oszołomił mnie. I trwając w takim oszołomieniu nie tylko, że nie zaprotestowałam, ale nawet w żaden stanowczy sposób nie zareagowałam, gdy mężowy pomysł wyjazdu obejmował swym zasięgiem coraz to rozleglejszy obszar - najpierw całą Bośnię (bo naprawdę lubię ten kraj i dobrze się tam czuję), a potem jeszcze inne rejony Bałkanów. Wkrótce dołączyła więc do niego Serbia, Macedonia i Albania. Trafił się jeszcze tydzień w Czarnogórze (choć właściwie to nigdy nie chcieliśmy tam wracać). Ale tak jakoś wyszło. I nawet nie wiem kiedy, ta podróż rozrosła się do projektu pod tytułem „34 dni na 34-tą rocznicę ślubu”.
Czy to na pewno coś, co ma być moim udziałem? Dziwię się
chyba jeszcze bardziej od tych, którzy słyszą o tym pomyśle. Ale w końcu z zadziwienia
wyrywa mnie wszczepiana w siebie przez całe życie zadaniowość. Trzeba jakoś
ogarnąć tę podróż, bo przecież jej początek został wyznaczony już na następny
tydzień, a nic nie zostało do tej pory przygotowane. Zaczynam więc robić to, co potrafię
najlepiej – włączam się w organizację i stawiam pierwsze kroki w kierunku poszukiwania
najkorzystniejszych (w stosunku jakości do ceny) noclegów – najpierw raczej
automatycznie, potem z coraz większym zaangażowaniem.

Nie umiem się jeszcze cieszyć zbliżającą się podróżą, ale
wiem na pewno, że włączenie się w jej organizację dobrze mi zrobiło. Poczułam
sprawczość.


Innym rodzajem czynności, kiedy mam z nią do czynienia i która na mnie dobrze działa w obecnym stanie, jest opieka. Nie żebym celowo robiła coś ekstra opiekuńczego jedynie po to, żeby pozbyć się depresji. To tylko drobiazgi, których nie można zaniechać bez względu na samopoczucie. Końcem roku szkolnego założyłam na przykład z Wiktorią i Kacprem maleńki ogródek za ich domkiem i teraz, gdy dzieciaki odpoczywają na wakacjach po dobrze zdanej maturze, muszę systematycznie podlewać roślinki, które razem posadziliśmy. Nie mogę ich przecież skazać na śmierć przez wysuszenie tylko dlatego, że trudno mi poradzić sobie z własnym nastrojem i uczuciami.

Również nasze zwierzaki mnie potrzebują. Zwłaszcza Luna, która po przechorowaniu ostatnich miesięcy trafiła wczoraj na stół operacyjny. Wprawdzie zabieg okazał się wreszcie upragnionym zwrotem na drodze do pełnego zdrowia, ale na tym etapie moja ukochana psina wymaga zwiększonej dawki troski.
Myślę, że opieka dobrze też zrobi mojemu mężowi. Chyba za długo już był w roli osoby, która tego wymaga. Pora i dla niego na sprawczość. Mam nadzieję, że zaopiekuje się mną w nadchodzącej podróży. Bo na razie czuję, że ona mnie przerasta. To trochę jak wrzucenie kogoś, kto ledwo się utrzymuje na wodzie w sam środek głębiny. Cóż z pewnością albo wypłynę, albo się utopię, choć to drugie jest bardziej prawdopodobne. Ale przecież wierzę w Siły Nadprzyrodzone, magiczną moc Bośni i dobroczynne działanie miłości do podróży. Może z czasem napełni mnie też wiara, że nam się powiedzie... To jeszcze nie nadzieja, raczej zalążek nieśmiałego marzenia...


Innym rodzajem czynności, kiedy mam z nią do czynienia i która na mnie dobrze działa w obecnym stanie, jest opieka. Nie żebym celowo robiła coś ekstra opiekuńczego jedynie po to, żeby pozbyć się depresji. To tylko drobiazgi, których nie można zaniechać bez względu na samopoczucie. Końcem roku szkolnego założyłam na przykład z Wiktorią i Kacprem maleńki ogródek za ich domkiem i teraz, gdy dzieciaki odpoczywają na wakacjach po dobrze zdanej maturze, muszę systematycznie podlewać roślinki, które razem posadziliśmy. Nie mogę ich przecież skazać na śmierć przez wysuszenie tylko dlatego, że trudno mi poradzić sobie z własnym nastrojem i uczuciami.

Również nasze zwierzaki mnie potrzebują. Zwłaszcza Luna, która po przechorowaniu ostatnich miesięcy trafiła wczoraj na stół operacyjny. Wprawdzie zabieg okazał się wreszcie upragnionym zwrotem na drodze do pełnego zdrowia, ale na tym etapie moja ukochana psina wymaga zwiększonej dawki troski.
Myślę, że opieka dobrze też zrobi mojemu mężowi. Chyba za długo już był w roli osoby, która tego wymaga. Pora i dla niego na sprawczość. Mam nadzieję, że zaopiekuje się mną w nadchodzącej podróży. Bo na razie czuję, że ona mnie przerasta. To trochę jak wrzucenie kogoś, kto ledwo się utrzymuje na wodzie w sam środek głębiny. Cóż z pewnością albo wypłynę, albo się utopię, choć to drugie jest bardziej prawdopodobne. Ale przecież wierzę w Siły Nadprzyrodzone, magiczną moc Bośni i dobroczynne działanie miłości do podróży. Może z czasem napełni mnie też wiara, że nam się powiedzie... To jeszcze nie nadzieja, raczej zalążek nieśmiałego marzenia...
34 dni na 34-tą rocznicę ślubu, czy to ma szansę się udać?












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz