poniedziałek, 10 listopada 2025

Sprawy poukładane i niepoukładane

 

Zapowiadany wzlot formy i samopoczucia znów nie nadszedł po dwóch tygodniach od zakończenia kuracji sanatoryjnej. Choć może tym razem niespecjalnie czekałam na spełnienie zapowiedzi, których wizje roztaczała fizjoterapeutka. Jak dla mnie wystarczy, by nic się nie pogorszyło, bo tak naprawdę już od czasu rozpoczęcia zabiegów byłam zadowolona z ich efektów.

Jest jeszcze jedno następstwo pobytu w sanatorium, którym się cieszę przeogromnie. Znów mogę jeść wszystko i to w zasadzie bezkarnie. A było już tak przed wyjazdem na kurację, że szkodził mi omal każdy rodzaj jedzenia. Nawet zwykły chleb zdawał się dla mnie jakiś zbyt kwaśny i po zakończeniu antybiotykoterapii właściwie cały czas odżywiałam się tostami. Dopiero na sanatoryjnym wikcie mój przewód pokarmowy doszedł do siebie. Mam wrażenie, że nigdy nie jadłam tak dużo i różnorodnie, jak tym razem w Biawenie, a na dodatek wszystko mi smakowało.

Po powrocie do domu jakoś sobie też nie żałuję i delektuję się smakami, których wcześniej ze względów zdrowotnych unikałam. Gdy w długi weekend, rozpoczynający listopad, przyjechała Ania, to trochę zaszalałyśmy w porównaniu z moją poprzednią domową dietą. Zwłaszcza z napitkami. O alkohole, w sensie pamiątek z ostatnich podróży, zadbała dla nas Madzia. Wreszcie była okazja, by delektować się winami Caravaggio z Malty i pysznym likierem pistacjowym z Sycylii. Był oczywiście też grzaniec (tym razem z malinową nutą), ale to akurat wydawało się koniecznością przy kłopotach z piecem, którego w tym roku w ogóle nie potrafię uruchomić. Na szczęście pogoda sprzyjała nam na tyle, że gorące napoje wraz z kocobluzami i dokupionym grzejnikiem olejowym jakoś dały radę.

Odwiedziny Ani pomogły w przetrwaniu jednego z najtrudniejszych dla nas okresów w roku. Wprawdzie z przygotowaniem do obchodów Wszystkich Świętych daliśmy sobie z Kacprem radę po moim powrocie z sanatorium, ale miałam wrażenie, że to było trochę rzutem na taśmę. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, co mamy dalej z sobą zrobić w te bolesne święta, więc propozycja przyjazdu Ani spadła nam jak z nieba. Dzięki niej pojawiła się mobilizacja, by nie rozłożyć się psychicznie w takim czasie i zebrać siły do pełnienia roli gospodarzy, choćby w szczątkowej formie.

Na szczęście Ania jest niekłopotliwa i niewymagająca. Na ten moment to też jedyna niedepresyjna osoba w najbliższym rodzinnym gronie, a to wnosi w dom i w nasze życie zupełnie inną energię. I to ona nas wprawiała w ruch podczas poprzedniego weekendu. Więc naprawdę ruszaliśmy się sporo, jak na moją nieruchawą zazwyczaj codzienność. Oprócz wypraw na cmentarze i do kościoła oraz spacerów nad rzeką z Wafelkiem, przeszłyśmy też dwie trasy dookoła pobliskich zbiorników wodnych – nad Balatonem i nad Stawami. Wniosło to uspokojenie w czas rozmyślań o zmarłych i okrasiło go zachwytem z kolorów niedogasłej jeszcze, mimo że już znacząco opadłej z liści, jesieni.

Poza tym, z Anią czas upływał jak zwykle podczas naszych spotkań – testowanie jedzenia w okolicznych lokalach, trochę oglądania filmów, dużo rozmów i wspomnień. Uwielbiam to. A zakrapiane wieczory też miały swoje uzasadnienie. W ten sposób poświętowałyśmy na okoliczność spełnionego marzenia. Ania kupiła mieszkanie. Wybór padł na lokal położony na osiedlu, gdzie mieszka jej przyjaciółka ze studiów. Jakoś udało nam się zebrać kasę na wkład własny, formalności zostały załatwione bez większych problemów, kredyt jest przyznany. W zeszłym tygodniu Ania podpisała już akt notarialny. Pojutrze odbierze swoje własne klucze. Jestem taka szczęśliwa, że jej się udało. Czy to nie wspaniały powód do świętowania?

To tyle, jeśli chodzi o Anię. Co zaś do Kacpra, to w tym przypadku wciąż jeszcze się nie poukładało. Nie ma już z nami Zuzi i Sznapsa. Mieszkają teraz w naszym mieszkaniu w Krakowie, ale nie przewiduję, by do nas powrócili. Temat sprawia ból, więc nie będę się nad nim rozwodzić. To nie był nasz wybór, więc trudno z nim dyskutować. Pozostaje mi tylko wierzyć, że wszystko dzieje się tak, jak dziać się powinno i odpuścić. Cóż więc, odpuszczam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz