piątek, 31 marca 2023

WIOSENNY BAL W NIEBIE

Ania przywiozła nam wreszcie prawdziwą wiosnę. Przynajmniej na jakiś czas, bo później, jak to zwykle w marcu, kolejny raz zrobiło się zimno. Obecny tydzień znów zaczął się temperaturą -7 stopni i ostatnie dni upłynęły na oczekiwaniu, by minus przed siódemką w końcu zaniknął. Udało się, choć oczywiście wolałabym jeszcze wyższą temperaturę.

Przyroda o dziwo, całkiem dobrze radzi sobie z takimi marcowymi zmianami. Wiosenne ogródkowe kwiaty mają się całkiem dobrze - prymulki, przylaszczki, żonkile i forsycja raczej nie robią sobie nic z tego, że od czasu do czasu przykrywa je śnieg. Trochę gorzej jest z hiacyntami, których kłosy są gdzieniegdzie przymrożone.

Wiewiórki - i czarna, i ruda już się zbudziły i wspólnie grasują i na drzewie orzechowym u sąsiada, i na naszych sosenkach. Trochę się tam nawet przepychają z tłumem ptaków, przybywających na poranne koncerty. Napawa to optymizmem - miło oglądać to cykliczne odradzanie życia po zimie.

Ale nie z każdym życiem tak jest. I na tym już koniec optymizmu i radości w tym wpisie. Bo wczoraj umarła Julcia. Wstrząsnęło nami. To drugie w mojej karierze zawodowej dziecko, które żegnamy zanim ukończy naszą szkołę.

Pierwsza była Ania z zespołem Downa. Zmarła prawie trzydzieści lat temu na początku pracy w mojej placówce macierzystej. Nie byłam z nią jakoś szczególnie zżyta, bo widywałam ją bardzo rzadko w przerwach nauczania indywidualnego, które odbywało się wówczas w szkolnych murach, ale i tak bardzo przeżyłam tę śmierć.

Julcia z kolei miała zespół Rohhad. W jego tle pojawia się określenie “terminalność”, bo zaburzenie to “jest chorobą potencjalnie śmiertelną i nieuleczalną” - jak posępnie wieszczy Wikipedia (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zesp%C3%B3%C5%82_ROHHAD). Ale czy można o tym pamiętać w codziennej pracy z bliskim sercu dzieckiem? Choroba jest tak rzadka (ok 30 osób na świecie), że, jak podaje to samo źródło,: “Część lekarzy, w tym również pulmonologów i neurologów, o zespole ROHHAD nie słyszało. 

A my nauczyciele niby mieliśmy pełen zasób wiedzy w tym zakresie i byliśmy świadomi zagrożenia, ale i tak Julcia całkowicie uśpiła naszą czujność. Radziła sobie z objawami i dolegliwościami w sposób po prostu doskonały, nigdy nie narzekała i nikt od niej nie usłyszał w szkole słowa skargi. Była najbardziej pełnym życia dzieckiem spośród wszystkich naszych podopiecznych. Jesteśmy więc teraz w szoku.

Problem żałoby nauczycieli po śmierci ucznia chyba jeszcze nigdy nie wypłynął na światło dzienne. A przecież widzę, jak bardzo ta śmierć uderzyła w całe grono nauczycielskie.

Joasia - nasza niedawna praktykantka, która jest obecnie opiekunem uczniów w klasie I, zamieściła dla Julci wpis z Trenem VIII Kochanowskiego. To słowa, jakby pisane o niej:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

Moja droga Orszulo, tym zniknienim swoim.

Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:

Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.

Tyś za wszytki mówiła, za wszytki śpiewała,

Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegała”.

Do tych samych cech naszej szkolnej Iskierki odwołała się w swoim wpisie anglistka Monika: "Juleńko, wszyscy Świeci balują w niebie, bo Ty do nich dołączyłaś".

 Edyta z kolei zadedykowała Julci cytat Alphonse’a de Lamartine: "Czasem brak jednej osoby sprawia, że świat staje się wyludniony". Dokładnie, tak właśnie się czujemy.

 A ja napisałam na koncie Julci (https://www.facebook.com/juliawalczyzrohhad), że nie wierzę. Wciąż do mnie nie dociera.

Będę czekała na Ciebie jak zwykle na zajęciach w poniedziałek... W każdy poniedziałek, aż do końca...💔💔

Do zobaczenia Aniołku💔

To właśnie chciałabym Jej przekazać. I jeszcze cytat z Kubusia Puchatka, który zamieściłam na swoim koncie:

A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?
– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika”.

Na takie słowa uruchomił się oczywiście mój mąż, który nie tylko opłakuje ze mną śmierć Julci (choć nie miał okazji jej osobiście poznać), ale też wciąż zamartwia się wizją końca swojego życia. Jest przybity, bo na razie nie potrafi dojrzeć efektów podjętych ostatnio działań leczniczych. Mnie się po pijawkach poprawiło samopoczucie, jemu niestety jeszcze nie. To na pewno bardzo przygnębiające.

We mnie choroba męża też powoduje coraz większe zmęczenie. Coraz ciężej mi udźwignąć wszystko, co spadło na moją głowę i ...barki. To mnie z każdym dniem pochyla coraz bardziej ku ziemi.

Ale cóż, do końca roku szkolnego muszę jakoś wytrzymać . To tylko/aż! niecałe trzy miesiące. Będę się posuwała dzień po dniu do przodu. I na początek wezmę sobie za cel przetrwanie weekendu. Tego, po którym jest pogrzeb Julci. A potem powiem sobie, że najgorsze, co mogło mi się w szkole przytrafić, mam już za sobą... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz