Tegoroczna wiosna miała wielki kłopot z wkroczeniem na scenę. Długo siedziała za kulisami dziejów tak skulona, że w końcu wszyscy o niej zapomnieli. Nie dawała stamtąd żadnych oznak życia - ani nie musnęła świata słońcem, ani nie było jej czuć w powietrzu, ani też nie budziła ptaków na żadne poranne trele.
Kiedy w pierwszy ranek mojego ulubionego, długo wyczekiwanego miesiąca zobaczyłam na termometrze minus7 stopni, to aż jęknęłam ze zgrozy. Potem też nie było lekko. Zima w dalszym ciągu sypała śniegiem i zmuszała do skrobania białego nalotu z szyb samochodu przed wyjazdem do pracy. Kwiaty na grządce zamarły w swoich pączkach i tylko kilka pęczków szalonych, fioletowych krokusów, nie bacząc na żadne ograniczenia pogodowe, ruszyło na podbój świata w osłoniętym od wiatru zakątku pod moją nową szkołą. Zaś rośliny na parapecie okiennym dostały pomieszania z poplątaniem, skutkiem czego wielkanocne kaktusy kwitły wespół w zespół z tymi bożonarodzeniowymi, w zadziwieniu spoglądając na swoich sąsiadów.
Spędzało mi to sen z oczu, bo wymarzyłam sobie, że zapowiadany przez Anię marcowy przyjazd do nas będzie już w czasie ciepłym i słonecznym. Chciałam, żeby była dobra pogoda, bo dobry humor, przynajmniej u mnie, zazwyczaj jest z nią skorelowany. Z powodu dolegliwości fizycznych po ostatniej grypie, na którą zapadliśmy po feriach, odstawiłam antydepresanty (zresztą, ile można na nich lecieć non stop?) i bardzo potrzebowałam słońca. Wierzyłam, że oglądanie przebudzenia świata z ciężkiego zimowego snu poprawi moje samopoczucie i da mi nowego kopa do życia. Póki co bowiem, snułam się po swoim niczym zombie, nie mając siły na nic. Przesilenie wiosenne owładnęło mną całkowicie. Moje dni stały się podobne jeden do drugiego i przebiegały według schematu:
-praca, praca, praca...
- po drodze z pracy zakupy w markecie (oczywiście w jednym i tym samym, bo to wygoda i oszczędność czasu, gdy zna się na pamięć położenie wszystkich artykułów na półkach);
- przygotowanie czegoś najmniej pracochłonnego do zjedzenia;
- obejrzenie filmu wybranego na wieczór przez męża (no bo uparłam się, że muszę z tego obecnego życia wyciągnąć choćby odrobinę dla siebie);
- sen - zawsze niezgodny z planami, bo albo mnie znienacka odcinało od rzeczywistości i na przykład potrafiłam zasnąć, siedząc przy stole już podczas obiadu, albo z powodu napięcia i stresu nie mogłam tego zrobić wcale przez tak długi czas, że rankiem budziłam się kompletnie niewyspana;
W całej tej sytuacji zaczęłam też, i to było dla mnie najgorsze, tracić nadzieję, że coś się u nas w końcu zmieni. Od wyjścia męża ze szpitala minęło pół roku, a cierpliwość w kwestii dochodzenia do zdrowia, w którą kazano nam się wówczas uzbroić, nie zaprocentowała żadnym namacalnym efektem. W końcu stało się dla mnie jasne, że medycyna konwencjonalna nie ma żadnego pomysłu na mojego męża. W akcie desperacji sięgnęłam więc po pomoc specjalistki od metod alternatywnych/współczesnej znachorki/wiedźmy - przepraszam Bożenko, ale dla mnie to bardzo pozytywne określenie dla kobiety, która wie więcej. Chodzi tu o moją dawną koleżankę ze studiów pedagogicznych. I tak właśnie zaczęliśmy jeździć do Bożenki - na terapię pijawkową oraz po liczne medykamenty i rady, których zawsze ma w zanadrzu pełen zasób. I choć na początku to bardziej osłabiło niż wzmocniło, to jednak ponownie zaczęliśmy patrzeć w przyszłość z nadzieją.
Życie więc pomalutku ruszyło znowu do przodu. Słońce zaczęło się przebijać, przynajmniej od czasu do czasu, przez śniegowe chmury. Ze starej szkoły znów udawało się czasem ujrzeć Babią Górę i Tatry. Zobaczyłam też wreszcie rozkwitnięte przebiśniegi i bazie. W Dzień Kobiet dostałam kilka tulipanów, w tym, o dziwo, jednego z nich po raz pierwszy od lat w masowej szkole (nomen omen od ucznia, z którym nie prowadzę już w tym roku zajęć:). Dla Ani i Zuzi kupiłam bukiety żonkili, które po włożeniu do wody natychmiast przepięknie rozkwitły. Zrobiłam sobie cudowną kwiatową dekorację na jadalnianym stole, przywołując wiosnę z całych swoich sił.
I na to wszystko, jak wisienka na torcie, nałożyła się wizyta Ani. Krótka, ale przemiła. Przegadałyśmy dwa wieczory przy grzanym winie, obejrzałyśmy parę zaległych filmów, ugotowałyśmy dobry obiad, upiekłyśmy ciasto pomarańczowe i nie mogłyśmy się nacieszyć tymi drobnymi wspólnymi “osiągnięciami”. I choć pogoda była wciąż kapryśna, to jednak poczułam nadejście wiosny! Było naprawdę super bez względu na tę zmienną przedwiośniową aurę na dworze!
Ania za każdym razem uświadamia mi, jak by to było, gdybym zamiast synów miała córki. I przyznać muszę, że im jestem starsza, tym coraz bardziej mi ich brakuje. Całe moje rodzinne życie toczyło się jednak w męskim świecie. Nie narzekam na to, ale czasem po prostu tęskno mi do obecności kobiet.
Szkoda, że możemy się widzieć z Anią tak rzadko. Ostatni raz była u nas z Bogusiem w długi sierpniowy weekend. Króliczek miał wtedy trudności z trawieniem i nie mógł zostać sam w Łodzi. To też był taki dobry czas. I zakończony również z poczuciem, że zbyt krótki.
Oczywiście, akceptuję to, że dorosłe dzieci muszą żyć swoim życiem, ale jednak po każdym rozstaniu z każdym z nich, dopadają mnie ostatnio gęste refleksje na temat przybliżającej się starości, która coraz bardziej jawi mi się jako okres cichy (aż do dzwonienia w uszach) i samotny. I czasem to wydaje się kuszące, ale zwykle po prostu przeraża.
Może takie rozmyślania związane są również z moim obecnym emeryckim statusem. Bo on też wzbudził jakiś lęk przed nadchodzącą starością. Coraz mocniej to sobie uświadamiam. Zwłaszcza, że równocześne dochodzi do mnie fakt, że to chyba nie będzie starość, jakiej przez lata oczekiwałam - pełna energii, spędzana na podróżowaniu i fizycznych aktywnościach. Jeśli nic się nie poprawi w zakresie zdrowia męża i wzrostu moich sił życiowych, to czeka mnie latami głucha cisza i samotność w domowych murach. Raczej bym nie chciała, by tak zostało na zawsze. Już do samej śmierci.
Zostaje mi więc wiedza wiedźmo - znachorki Bożenki i wiara w pobudzanie własnego samoleczenia sposobami, które czerpane są z zasobów medycyny ludowej. Zdaje mi się, że metody niekonwencjonalne to chyba teraz dla nas ostatnia deska ratunku. Nasza motywacja, by je stosować, wzrosła znacząco po wizycie Ani. Pora zdrowieć, by móc jeszcze zmienić coś w naszej przyszłości/starości. Damy radę z tymi pijawkami, które z każdą kroplą krwi wysysają z nas obecne dolegliwości. Głucha cisza i samotność na razie niech odejdą sobie precz z naszego życia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz