Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/02/po-zrealizowaniu-wasnych-planow-i.html
![]() |
| KARS |
![]() |
| KARS |
![]() |
| KARS |
![]() |
| ANI Również na wszystkich zdjęciach poniżej |
No dobra, przecież jestem spontaniczna w podróży:). Niech będzie Kars...
Rozglądam się z ciekawością po okolicy. Jeśli ktoś tak jak ja, po przeczytaniu choćby recenzji książki tureckiego noblisty (“Śnieg” - Orhana Pamuka), której akcja się tutaj toczy, wyobrażał sobie, że to trudno dostępne miejsce, a na dodatek na tyle dzikie i odludne, że nawet opad śniegu jest w stanie je odciąć od świata, to może czuć się zaskoczony. Nie wiem, jak wygląda tutejsza zima, ale latem nie znajduję tu nic z tych wyobrażonych rzeczy...
Podjeżdżając do miasta od północnej strony, widzimy spalony słońcem płaskowyż, na którym nagle i bez jakiejkolwiek zapowiedzi wyrasta wzdłuż drogi rząd wysokich bloków. Nie ma to w sobie niestety nic z romantycznego wyobrażenia, jakie miałam przed podróżą. Starsze przedmieścia też nie urzekają. No, ale cóż, przecież jestem otwarta na nowe doświadczenia w podróży:). Chcę zobaczyć resztę miasta.
Ale na początek trzeba zadbać o kierowcę, który prowadził całą noc, a poprzedniego dnia też nie udało mu się wypocząć (w chłodzie, jak marzył) po ciężkiej drodze przez góry. Tak jak podejrzewałam, kontynuowanie podróży bez noclegu to nie był dobry pomysł.
Ani - może to jest wyjście z sytuacji? Przecież właśnie głównie dla jej ruin przyjeżdża się do Kars. Wprawdzie to kolejna godzina drogi na wschód, ale może na miejscu mąż będzie mógł się gdzieś położyć (choćby na kocyku na trawie), a dodatkowo załatwilibyśmy zwiedzanie głównego zabytku tej okolicy, zanim wybrany przez męża hotel zbudzi się ze snu.
I ponieważ nie znajdujemy żadnej alternatywy dla tego rozwiązania, jedziemy do Ani. Opustoszałą drogą, gdzie na pożółkłym płaskowyżu z rzadka wyrastają łagodne, choć raczej groźne, bo wulkaniczne, wzgórza. I mimo że w całej okolicy nie widać nigdzie drzewa, pod którym można byłoby rozłożyć karimatę, to ten surowy krajobraz, w którym czuje się bezmiar przestrzeni, działa w jakiś kojący sposób.
Ani leży na Wyżynie Armeńskiej (obszar mocno aktywny sejsmicznie) na wysokości 1464 m.n.p.m. Teraz to pogranicze z Armenią, a kiedyś w czasach Bagratydów (średniowiecze) jej najbardziej znane miasto. W 992 roku przenieśli oni swoją stolicę z Kars do Ani. O jej potędze można przeczytać na stronie: https://www.filmowe-szlaki.pl/2021/04/23/ani-miasto-stanowisko-archeologiczne-turcja-dawna-stolica-armenia/:
“Miasto rozwijało się gwałtownie, na początku XI wieku osiągając zawrotną liczbę mieszkańców około 100 tysięcy (niektóre źródła podają liczbę dwukrotnie większą – 200 tysięcy). Wówczas Ani było znane jako miasto posiadające „czterdzieści bram oraz tysiąc i jeden kościołów”. Te dane uzupełnia się czasem statystyką, że mieszkało tu 12 biskupów, 40 mnichów i 500 księży. W tamtych czasach mogło konkurować z Konstantynopolem czy Bagdadem. Dziś częściej nazywa się je miastem duchów.”
Są miejsca tak atrakcyjne dla człowieka, że zamieszkuje je od wieków. Ale ta atrakcyjność jest również pułapką. Innym takie miejsca też się podobają. Chcą je mieć dla siebie. I tu zaczyna się ponura historia najazdów, napadów i podbojów. Taki los spotkał właśnie Ani, leżące przy dochodowych szlakach między Wschodem a Zachodem.
W artykule, który cytuję powyżej, możemy przeczytać o dalszych dziejach miasta:
“Szczyt rozwoju przerwało Bizancjum napierające od zachodu. Oblężenie i podbicie warownego miasta nastąpiło w 1046 roku. Dwie dekady później, w 1062 roku armia Wielkich Seldżuków zdobyła Ani. Po trwającym 25 dni oblężeniu miasto skapitulowało. Dowódca Alp Arslan nakazał swoim wojskom wyrżnąć wszystkich mieszkańców. Świadek rzezi opisywał, że ulice były zasłane trupami tak, że nie dawało się przejść, by nie deptać po ciałach zabitych.”
To historia, obok której ciężko przejść obojętnie. Ciężko też się odrodzić po takiej zagładzie. Następnym etapem dziejów miasta jest więc okres zależności: od kurdyjskiej dynastii sąsiadów, od władców Gruzji, od Mongołów, Turków... A koniec tej opowieści (za wspomnianym artykułem) jest jeszcze smutniejszy:
“Do XVI wieku Ani bardzo straciło na znaczeniu, wyniszczone wojnami, mongolskimi najazdami i katastrofalnym trzęsieniem ziemi. Gdy rodziło się Imperium Otomańskie [następny etap po Seldźukach - przyp.aut.], Ani było już niewielkim miastem. W XVII wieku zostało ostatecznie porzucone przez mnichów z tutejszego klasztoru, którzy byli ostatnimi mieszkańcami dawnej stolicy.”
Pozostała ona jednak miejscem mającym ogromne znaczenie kulturalno - historyczne dla Ormian. Nic dziwnego, że zabiegali oni o to, by miasto znalazło się w granicach ich powstałej po pierwszej wojnie Republiki. Niestety Ani należało do Armenii jedynie przez dwa lata. Dalsza część artykułu zawiera następujące informacje:
“Na mocy porozumień ZSRR i Turcji [traktat z Kars 1921 r. -przyp.aut.] wytyczono nową granicę, która Ani włączała w obszar turecki. Nie udało się tego zmienić również w latach 60., gdy za Ani Ormianie mieli oddać Turcji dwie kurdyjskie wioski."
I jeszcze jeden cytat: “Wyobrażam sobie, co czują Ormianie, którzy wchodzą na wzgórza po swojej stronie, na wyciągnięcie ręki mają ruiny będące świadectwem chwały swojego kraju i nie mogą ich zwiedzić…” - to już z teraźniejszej relacji jednego z turystów (https://www.fly4free.pl/forum/turcja-mniej-znana,214,141477). Też o tym dużo myślałam w Ani. I o tej bezradności związanej z niemożnością zabezpieczenia i zadbania o swój skarb narodowy.
Niezabezpieczone pozostałości miasta padły łupem czasu. To co teraz można zobaczyć w Ani, a nawet już dojeżdżając do niej, to rozrzucone na rozległej przestrzeni płaskowyżu resztki ruin. Wyrastające nagle jakby spod ziemi na środku spalonego słońcem stepu. Nigdy nie widziałam czegoś równie przejmującego.
Rozkładam mężowi legowisko na zaśmieconym rzadkim trawniku obok samochodu przy krańcu parkingu. No cóż, niczego lepszego tu nie ma, a obolałe nogi domagają się już od dawna choćby ułożenia w poziomie. Nie ma nawet mowy, by mąż mógł mi towarzyszyć w spacerze między ruinami. Wyruszam tam sama.
Przechodzę obok budki z biletami - nadal jeszcze na głucho zamkniętej, a potem przez pozostałości murów miejskich do miasta, które w swej zasadniczej części wciąż zalega pod ziemią. Zasypane przez czas i nieodkryte przez archeologów, których raczej tu nie uświadczymy. Dwóch śpiących pod kolumnami robotników w ruinach katedry i parę czerwonych tabliczek informujących o stanowiskach archeologicznych to całość projektu renowacji, który miałam okazję tam oglądać.
I choć wiem, że to źle dla przyszłości Ani, to jednak jestem urzeczona tym osamotnieniem, bezludnością i naturalnością miejsca od wieków omal nietkniętego ręką człowieka. Takiego miasta duchów jeszcze nie widziałam...
Wygląda to tak, jakby tylko pasterze byli zainteresowani użytkowaniem tego terenu, oczywiście jako pastwiska. I ten wczesny poranek z pasącymi się końmi i bydłem między ruinami średniowiecznych kościołów zapadnie mi w pamięć już na zawsze. Gdybym miała wybrać tylko jeden zabytek wschodniej Turcji, który chciałabym powtórnie odwiedzić, to byłoby to z całą pewnością Ani.
Przysiadam na średniowiecznych gruzach pod katedrą i piszę:
Są takie miejsca, gdzie jest coś więcej, niż to, co mogą zobaczyć nasze oczy. I to “coś” tam człowieka dopada, nie opuszcza ani na chwilę, w końcu przenika na wskroś całego. Takim miejscem jest Ani. Powiedzieć o niej, że jest klimatyczna, czy nawet magiczna, to jakby nic nie powiedzieć. W Ani na każdym kroku towarzyszy mi pełen wachlarz emocji i zaduma. Refleksje o przemijaniu. O stracie, bezsilności i okrucieństwie. I to wszystko mimo pozornego spokoju, a nawet sielskości tego miejsca.
Ale nie jestem tu po to, by oceniać historie, które się kiedyś wydarzyły. Nie mam też zbyt wiele czasu na pisanie, czy dłuższe przemyślenia. Słońce wznosi się coraz wyżej i robi się coraz cieplej. Niczym rączy koń przemierzam step między ruinami kolejnych obiektów i przyspieszam do kłusa kroku na ścieżkach. W Ani można spędzić całe godziny - teren obejmuje duży obszar, a każdy kamień z inskrypcjami rzucony między suche trawy potrafi poruszyć, lecz ja muszę wracać na parking do męża. Niepokoję się o jego samopoczucie i nadszarpnięte siły.
Zastaję go już w samochodzie - wstał, by się ochłodzić w klimatyzowanym “pomieszczeniu”. Bardzo osłabł, wygląda na odwodnionego. Nic nie pił od poprzedniego dnia, mimo że w bagażniku zawsze wozimy z sobą zapas wody. Jakoś udaje mi się z jego zawartością postawić słabeusza na nogi, ale niestety ta “przygoda’ położy się cieniem na jego zdrowiu, które będzie szwankowało już do końca naszej podróży. Zdaję sobie sprawę, że mąż musi koniecznie na powrót nabrać siły przed dalszą podróżą. Niewiele jednak mogę mu zaproponować po tym jak zdecydowanie odmówił konsultacji z lekarzem w pięknym, nowym szpitalu, jaki widzieliśmy na wyjeździe z Kars. No bo przecież wakacje nie po to są, żeby spędzać czas w szpitalnych murach. Eh...
Potrzebujemy więc pilnie jakiegoś lokum, gdzie będziemy mogli wypoczywać bez przemieszczania się przez kolejnych kilka dni. Ale żeby urządzić sobie takie stacjonarne wczasy w sposób, w jaki lubimy, to raczej trzeba znaleźć inne miejsce niż hałaśliwe centrum miasta. Uzgadniamy, że jednak nie zakwaterujemy się w hotelu w Kars. I wtedy wpadam na kolejny dobry pomysł...
Tym razem jest nim Sarıkamış. Miasteczko oddalone ponad 50 kilometrów od Kars słynie obecnie z dobrej infrastruktury przeznaczonej dla... narciarzy. Po zimie, rzecz jasna, pustoszeje. Ale część ośrodków narciarskich jest czynna także latem (sama to widziałam na Booking.com przed wyjazdem). I ma przyzwoitą cenę. Z tych właśnie powodów Sarıkamış wydaje się nam bardzo dobrym wyborem.
Ale gdy odjeżdżaliśmy z parkingu, to właśnie wjechał tam pierwszy busik, dowożący zorganizowanych turystów. Natychmiast, jak z podziemi, zjawiła się grupka miejscowych dzieciaków i obskoczyła zaskoczonych przybyszów. Strażnik szybko zrobił z nimi porządek, przeganiając w stronę wioski. Wróciły do swoich domów, przypominających wyglądem ledwie trzymające się kupy lepianki w naprędce sklecone ze wszystkich możliwych materiałów, jakie budowniczy miał pod ręką. Nigdzie w Turcji nie widzieliśmy tak rzucającej się w oczy biedy jak w tym rejonie.
Kars, przez które trzeba ponownie przejechać, też nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia nawet przy drugim podejściu. Ale za to lahmacuny, które spałaszowaliśmy w niewielkiej, niepozornej knajpce w centrum, były najtańszymi i najpyszniejszymi w całej naszej podróży.
Przed wyjazdem z miasta zapoznajemy się jeszcze z jego dwoma najważniejszymi zabytkami (zdjęcia na początku wpisu):
1. Cytadelą - tylko z zewnątrz, bo przecież tego dnia już byłam w tego typu obiekcie w Ani;
2. Ormiańskim kościołem św. Apostołów (Surb Arak'elots) z czasów Bagratydów. Oczywiście też z zewnątrz, bo tego przedpołudnia był zamknięty na cztery spusty. Ale z relacji innych turystów wnioskuję, że z tym zamknięciem to tutaj taka norma.
Zabudową z czasów okupacji rosyjskiej nie byliśmy zainteresowani, choć polecano ją omal w każdym przewodniku. Cóż, książkę Orhana Pamuka na pewno przeczytam, lecz raczej nie będzie to z powodu sentymentu do Kars...
Za nami ponad 4500 przejechanych kilometrów. I ostatnia noc w trasie. Zasłużyliśmy na porządny wypoczynek - piszę do naszych bliskich już z Sarıkamış.
To bardzo rozsądne - ocenia Beata.
Tak, to była najlepsza decyzja, jaką podjęliśmy w drodze po Turcji. No bo przecież jestem także rozsądna w podróży...
I tak to właśnie w dwudziestym dniu podróżowania zakosami oraz mniejszymi i większymi zygzakami rozsądek:) przywiódł nas w środku lata do idealnego miejsca na dłuższy wypoczynek - tureckiego ośrodka narciarskiego:). Znaleźliśmy się 3336 kilometrów od Polski z odwodnionym, osłabionym i obolałym kierowcą. Wiem, że trochę słabo jak na rozsądnych podróżników... Jak widać więc, ten nasz rozsądek też ma wiele twarzy. Na szczęście w tej całej sytuacji wizja bliskości pięknego, nowego szpitala w Kars będzie mnie uspokajała przez nastepne trzy doby...
Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/03/skupisko-hoteli-dla-narciarzy-w-sarkams.html
GALERIA - zwiedzanie Ani - część dalsza




























































































































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz