Stało się.
Błyskawicznie, omal z marszu stałam się emerytką. Nie zdążyłam jeszcze nawet odpowiedzieć sobie na pytanie, jak się z tym czuję. Trudno oswoić taką myśl i przywyknąć do niej w parę dni.
Jestem emerytką - jak to możliwe? Przecież dopiero co stawiałam pierwsze kroki w zawodzie nauczycielki - kiedy więc przeminęły wszystkie moje lata pracy? Przeżywane od pewnego czasu jakby z rozpędu - te dobre, ekscytujące, satysfakcjonujące i te trudne, nie dające satysfakcji wcale, gdy miałam już serdecznie dość szkoły. Ale gdy to “dość” wreszcie nadeszło, to trochę je zignorowałam.
Co prawda poszłam rok temu do ZUS-u zasięgnąć informacji, w jakiej kwocie mogłabym pobierać emeryturę, ale to raczej tak pro forma. Wiedziałam, że to nie będzie kwota, która mogłaby mnie usatysfakcjonować. Ale na miejscu okazało się, że było jeszcze gorzej, niż się spodziewałam. Po trzydziestu kilku latach pracy mojej emeryturze daleko było do osiągnięcia pułapu najniższej średniej krajowej w sektorze pracowniczym, której kwota wyświetlała mi się tego dnia w ZUS - ie na wielkim banerze ponad głową. No cóż, wyszłam stamtąd z przekonaniem, że niestety ale, żeby jakoś żyć, to będę musiała pracować do śmierci. I trochę to smutne było. Na szczęście nie miałam zbyt wiele czasu, by się tym smucić. Od wiosny pracy było tylko coraz więcej.
I tak to trwało aż do kolejnej zimy. Wtedy to, na dodatek na weekendowej stypie po pogrzebie syna przyjaciół, spotkałam Panią A., która zajmuje się obliczeniami wynagrodzeń nauczycielskich. To taki ktoś, kto wie wszystko o twojej sytuacji finansowej i, jeśli jest życzliwy, to może dużo podpowiedzieć i doradzić w tym względzie.
Pani A. jest niezwykle życzliwa (dziękuję), o co teraz w urzędach naprawdę ciężko. I ze zwykłej ludzkiej życzliwości postanowiła mi podpowiedzieć korzystne rozwiązanie na przyszłość w kwestii moich finansów. Jej rada brzmiała: EMERYTURA! I to już, natychmiast, zanim zmienią się obowiązujące przepisy.
Gdy dwa dni później - po weekendzie zadzwoniła do mnie wicedyrektorka, by potwierdzić tę informację, to nie wahałam się ani przez chwilę. Przejście na emeryturę okazało się prostsze niż załatwienie czegokolwiek innego podczas stosunku pracy. Ot, po prostu wystarczyło w obu moich szkołach złożyć pismo, które zwało się wypowiedzeniem. Zaskutkowało to wydaniem świadectwa pracy. Gdy się je złoży w ZUS - ie, to można odgwizdać koniec procedury. Już!
I od tej pory należy oczekiwać na werdykt z ZUS - u o przyznaniu konkretnej kwoty do wypłacania świeżo upieczonemu emerytowi. To taka przedziwna sytuacja, w której człowiek musi podjąć tak niesamowicie ważną decyzję, tak naprawdę nie znając jej konkretnych skutków finansowych. Bo to, że urzędniczka przedstawia najpierw jakiś szacunek, to nic nie znaczy. Od razu przy tym informuje, że prawdziwa emerytura będzie miała inny wymiar. Prawdę emeryt poznaje tak naprawdę, gdy już ma w życiu “pozamiatane” - zakończył swoją pracę zawodową na swoją własną pisemną prośbę.
No i właśnie jestem w takiej oto sytuacji. Co prawda tylko do jutra, gdy podpisuję umowę o pracę jako emerytka w szkole katolickiej, ale zawsze to jednak dziś mam emeryckie popołudnie:). Cóż, nie zauważyłam żadnej różnicy między nim, a poprzednimi:). Nie robię niczego innego niż przez całe moje kończące się ferie zimowe.
Że nigdzie w tym czasie nie pojedziemy, to było pewne. Mąż w dalszym ciągu bardzo oszczędnie używa nóg. Dalej niż do toalety nie dochodzi, mimo moich starań i codziennych masaży limfatycznych rano i wieczorem. Tyle tylko, że ból się zmniejszył, więc jednocześnie humor się poprawił.
Myślałam, że będziemy się trochę nudzić w domu (to pierwsze nasze ferie zimowe spędzane w taki sposób), ale nie. Chyba nawet potrzebowałam takiego czasu, bo kolejny raz w tym roku czułam jakieś wirusowe następstwa pracy w szkole. Znowu więc spałam, ile tylko się dało. A może po prostu musiałam odespać wszystkie stresy, których życie mi ostatnio nie szczędzi?
Po weekendzie wrócę więc do szkoły masowej wyspana:). I tak, z nią też podpiszę umowę o świadczenie pracy na emeryturze do końca roku szkolnego. Wprawdzie nasza szkoła masowa tego typu działań nie popiera (emeryci mają żyć tylko i wyłącznie z emerytury!), ale i tak trudno było sobie wyobrazić, że dyrektorce uda się w tak szybkim czasie znaleźć kogoś na moje miejsce.
No więc do wakacji i tak nie zmieni się dla mnie nic. A potem? W szkole prywatnej już dawno Pani dyrektor zadeklarowała, że chce mnie dalej zatrudniać i na dodatek nawet zwiększy mi ilość godzin pracy. Super, bo bardzo mi się dobrze tam pracuje. Ze szkołą masową zaś się pewnie pożegnam, ale i tak już od dawna nie czuję się tam dobrze. Na to pożegnanie mam jeszcze parę miesięcy. I to też jest dla mnie dobre rozwiązanie.
Zmiany przyszły. Ani nie sposób ich zatrzymać, ani ich przekierować na inne tory. Wygląda na to, że od przyszłego roku szkolnego wszystko będzie w moim życiu wyglądało inaczej, niż przez ostatnie długie lata. Cieszę się, że dostałam czas, by się z tym oswoić. I przywitać w swoim życiu nową mnie - emerytkę Bożenkę, która się będzie tymi zmianami, mam nadzieję, cieszyła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz