środa, 1 lutego 2023

19. TURCJA: Rize, Dolina Firtiny - Zbiory w polach szmaragdowych poduszek

 Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/01/blog-post_31.html




- Czy naprawdę chcesz zapłacić tyle kasy za nocleg? - mąż próbuje ratować resztę naszego podróżniczego budżetu.

- Tak - uważam, że to miejsce noclegowe jest warte swojej ceny.




Ale nie upieram  się przy swoim (może to jeszcze nie dziś;). Gdy mąż wyszukuje w internecie coś tańszego, chętnie godzę się sprawdzić, czy można tam zanocować. Lecz ta chęć wynika przede wszystkim z faktu, że propozycja męża powiedzie nas do doliny, którą biegnie droga na Ayder. A to dla mnie też niezwykle kuszące. Bo przecież na liście największych atrakcji wybrzeża Morza Czarnego “Turcji w Sandałach” umieszczono wpis: “Ayder - uzdrowisko z wodami termalnymi u stóp gór Kaçkar”. Brzmi nieźle, prawda?





To również idealne miejsce dla miłośników wypraw górskich, którzy zamierzają zdobywać Góry Kaçkar. Ten szmaragdowozielony łańcuch górski to jedno z najciekawszych pasm w Turcji, jednocześnie wysoko stawiających poprzeczkę wspinaczom. Cały łańcuch górski Kaçkar znajduje się na terenie Parku Narodowego Gór Kaçkar” - dodaje do tego oficjalny przewodnik po Turcji na stronie http://turkeyhomepl.org/MorzeCzarneRize.aspx 



Ale póki co, po raz kolejny na naszej trasie witamy morze. I wjeżdżamy do nierekomendowanego przez powyższą listę Rize. Lecz oprócz tego, że to po prostu po drodze, mamy też swoje powody.



Dziś opuściliśmy piękne królestwo leszczynowych gajów - donoszę najbliższym.

I przenieśliśmy się do krainy uprawy herbaty


Rize jest jej niekwestionowaną stolicą, o czym na wjeździe przypomina postawiona przy nadmorskiej trasie olbrzymia charakterystyczna szklaneczka w kształcie tulipana. We wspomnianym oficjalnym przewodniku po Turcji znajdziemy następujący zapis: “Miasto wybudowano na zboczu górskim porośniętym krzewami herbacianymi, które przypominają puchate, szmaragdowozielone poduszki. WOW! Czy ktoś by się oparł takiemu opisowi na moim miejscu? 
I choć to żadne wyzwanie, to jestem zafiksowana na postanowieniu, że kupię herbatę właśnie z Rize. Oczywiście nie ma z tym najmniejszego problemu:).


Napar z herbaty Rize ma charakterystyczny ciemny, mahoniowy kolor i intensywny smak” - to już blog sklepu internetowego z herbacianym asortymentem. I jeszcze garść informacji z tej samej strony: “Herbatę w Turcji na dużą skalę pije się dopiero od ok. stu lat. Mimo to żadne spotkanie towarzyskie nie może obejść się bez filiżanki herbaty po turecku. Jak powstała ta tradycja? (...) To właśnie wynik zmian w gospodarce Turcji, jakie zaszły po upadku Imperium Osmańskiego. Ponieważ import kawy był zbyt drogi, szukano jej zamiennika. Przyzwyczajeni do picia kawy Turcy oczywiście szukali czegoś, co będzie zbliżone w smaku. Tak powstała popularna do dzisiaj herbata po turecku” (https://swiezopalona.pl/blog/herbata-turcji-rize-cay-skad-wziela-sie-tzw-herbata-po-turecku). Jej krzewy wysiano w okolicach Rize dopiero w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Nasiona przybyły z pobliskiej Gruzji.


A ponieważ tak jak w przypadku ryżu, uprawa herbaty to dla mnie kwintesencja azjatyckiej egzotyki, pierwsza zauważona “szmaragdowa poduszka” wywołuje prawdziwą ekscytację. Znacznie więcej zobaczę ich po wjeździe do doliny Firtiny, którą będziemy podążać w kierunku Ayder. Mogę tu także obserwować ukoronowanie procesu uprawy tych roślin.



Widzieliśmy zbiory herbaty na herbacianych polach - moja ekscytacja sięga wkrótce zenitu. Każde poletko “szmaragdowych poduszek” i każda aktywność na nim jest warta obfotografowania. Naprawdę podziwiam męża za cierpliwość tego dnia.

*



Fırtına Vadisi (Dolina Burz) jest opisywana przez przywołany powyżej “oficjalny przewodnik” jako idealne miejsce na spływy kajakowe”. Mając okazję obserwować bystry nurt rzeczki, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Tyle, że raczej chodzi tu o rafting, bo wszędzie wokół królują stosy pontonów. Można tam znaleźć również inne atrakcje, które tego dnia pominęliśmy w natłoku wrażeń.



Wybrany przez męża ośrodek mieści się po drugiej stronie drogi, biegnącej wzdłuż koryta rzeki. Oczywiście zdjęcia do internetu zrobiono w taki sposób, jakby hotel znajdował się tuż nad wodą. No ale to jeszcze można by przełknąć. Natomiast widoczny rzeczywisty standard (z zewnątrz oraz przy rzuceniu okiem na wnętrze otwartych pokoi) nie zachęca nas do zakwaterowania. Obiekt wygląda jak drewniane schronisko górskie (ale z czasów naszej młodości) i możliwe, że pełni taką właśnie rolę. Dla miłośników wędrówek po górach, którym potrzebna jest dobrze zlokalizowana baza wypadowa, to może być oferta całkiem w porządku. 



No ale my tutaj nie będziemy uprawiali turystyki wysokogórskiej. Cóż, okazuje się, że jednak (zakładana) czystość i widok nie w każdej sytuacji wystarczają. Potrzebujemy czegoś z większym komfortem, a także ze względu na stan zdrowia męża, z jakimikolwiek udogodnieniami.





Niestety z tego, co widzimy, inne obiekty w okolicy mają podobny standard. Na dodatek trzeba za niego sporo zapłacić - okolice Gór Kaçkar nie należą do tanich w porównaniu z innymi rejonami Turcji. Dlatego też nie uważam, żeby cena komfortowego noclegu, który ja wybrałam na tę noc była zbyt wygórowana. W tej okolicy należy sobie po prostu zarezerwować trochę więcej funduszy na opłacenie pobytu. Trzeba było, żeby mąż sam się o tym przekonał.



- No dobrze, pojedziemy tam, gdzie chciałaś dziś nocować - padają w końcu słowa, których już od jakiegoś czasu się spodziewałam. Yes, yes, yes!


Ale wcześniej jeszcze zamierzamy zobaczyć rekomendowane Ayder. Jesteśmy już tak blisko, że szkoda byłoby odpuścić. Podążamy więc dalej doliną, lecz nie widzimy właściwie niczego nowego. Podobne krajobrazy z podobnymi zabudowaniami jak na wcześniejszych kilometrach. Zresztą później dowiemy się ze strony http://www.turcja-lastminute.pl/ayder/, że Ayder to właśnie “typowa ulicówka ciągnąca się przez ok. 2 km”.


Rzeczywisty rozmiar talerzyka określa wyrażenie mały:)

Wreszcie dojeżdżamy do końca drogi. Albo raczej nam się tylko tak wydaje, bo być może jej zastawienie było związane z pobieraniem opłat za wjazd na teren Parku Narodowego Gór Kaçkar. Ale o takiej możliwości, czy raczej praktyce, przeczytam dopiero po powrocie do domu.


Tamtego lipcowego dnia po prostu zawracamy, zostawiając za sobą całe Ayder z jego nieodnalezionymi termalnymi źródłami za sobą. I tak byśmy z nich pewnie wówczas nie skorzystali. Gdy już po podróży czytam pod podanym powyżej linkiem, że: Łaźnie (Hamam) znajdują się tuż za hotelem Ayder Hilton (schodkami w dół) “, a wbrew tej nazwie chodzi podobno o wyjątkowo skromny i tani obiekt z niezbyt przyjemnymi ubikacjami, to zaczynam mieć wątpliwości, czy byliśmy wówczas gotowi na taki standard.  


Zwłaszcza, że jak wynika z dalszej części tekstu, znajdują się tam osobne baseny dla kobiet i dla mężczyzn. A my chyba wyobrażaliśmy sobie takie miejsce raczej jak koedukacyjne luksusowe łaźnie w prawdziwych Hiltonach. Ale być może inni turyści po męczącej górskiej wędrówce będą spragnieni takiej formy wymoczenia, jaką proponuje Ayder. 


My wolimy zadbać o siebie w inny sposób. Wracając z powrotem na wybrzeże doliną Firtiny, decydujemy się zatrzymać na posiłek w restauracji Pinar Alabalik Tesisleri. I choć to fantastyczne miejsce widokowe nad samą rzeką, to jednak raczej nie dla ludzi naprawdę głodnych. No chyba że ktoś lubi zjeść pstrągowe narybki zamiast ryby w przyzwoitym rozmiarze:). 


My, na szczęście w tej sytuacji, nie popisaliśmy się tego dnia żadną większą aktywnością ruchową. Nasz głód był więc bardzo umiarkowany, a zawartość talerzy (albo raczej talerzyków:) tylko nas rozbawiła. Z przyjemnością za to poobserwowaliśmy podczas obiadu popisy turystów na tyrolce ponad wodami Firtiny.


Dalsza droga też była ucztą dla oczu. Dzień chylił się już ku końcowi, więc mieliśmy okazję zobaczyć, co się dalej dzieje z owocem całodniowej pracy zbieraczy herbaty. Zapoznaliśmy się chyba ze wszystkimi możliwymi ogniwami procesu pozbiorowego: ładowanie na samochody worków z liśćmi, wysypywanie ich w punkcie przeładunkowym, transport do herbacianych fabryk, których podobno w regionie jest około trzystu. 



Wszystko to było dla mnie niezmiennie ekscytujące, cieszyłam się jak dziecko z możliwości (i pozwolenia) fototografowania pracujących, zresztą bardzo ciężko, w tym przemyśle ludzi. Nawet, gdy już wyjechaliśmy z powrotem na nadmorską autostradę to raz po raz mijały nas załadowane świeżymi liśćmi herbaty pickupy.



I znów trzeba było znaleźć się nad morzem, żeby stamtąd skręcić w kolejną górską dolinę. Ale dla mnie był to powód do wielkiej radości. Na zakończenie dnia mogłam bowiem obejrzeć piękny zachód słońca, który nie był mi dany w ostatni dzień pobytu w hotelu na wybrzeżu. W ten oto sposób Morze Czarne wyrównało ze mną rachunki:).



Zostajemy nad nim do chwili, gdy gasną ostatnie promienie słońca. Ale możliwe, że nie podjęlibyśmy takiej decyzji, wiedząc, jaka jeszcze czeka nas droga do wybranego przeze mnie miejsca noclegowego. O ile o dojeździe do Pana Hayatiego pisałam, że trudny, o tyle tutaj muszę ująć w tekście słowo ekstremalny! To była niekończąca się jazda po okolicznych szczytach, urwiskach, pustkowiach, wybojach i zakrętach. 




Google maps w końcu się poddały i gdyby nie życzliwość nielicznych mieszkańców tej okolicy, to tego dnia na pewno byśmy na nocleg nie dotarli. O dziwo, wszyscy wiedzieli, o który obiekt mi chodzi i słowo “pansiyon” zawsze skutkowało instrukcjami dojazdu (choć niestety po turecku). Ale przynajmniej mogliśmy ustalić kierunek na niezliczonych rozdrożach. A gdy dotarliśmy wreszcie na miejsce, to okazało się, że do Pensjonatu Lazevi prowadzi też inna, całkiem prosta w porównaniu z naszą, trasa. Eh...




No nic, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Więc zanim zasnę mogę jeszcze zameldować tym, z którymi chciałam być blisko w tej podróży:

dojechaliśmy do Tepecik za Finikle.




Mamy tu do dyspozycji dla siebie:) cały! 200-letni domek (to raczej trochę przeszacowana liczba, wpisana po pobieżnym rzuceniu okiem na pierwsze cyfry daty powstania obiektu:).

Lepsze zdjęcia zrobię rankiem, bo teraz już lecę z nóg


I zanim ktokolwiek zdążył mi odpisać, już chrapałam w najlepsze w moim wymarzonym jeszcze w Polsce, najkosztowniejszym, jak do tej pory w podróży, pensjonacie u podnóża Gór Kaçkar...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz