wtorek, 7 lutego 2023

21. TURCJA: Yusufeli - Wyrok z widmem zagłady




Po zrealizowaniu własnych planów i potrzeb podróżniczych, przekazuję pałeczkę organizatora tegorocznych wakacji mężowi. Przychodzi mi to tym łatwiej, że widzę jego starania logistyczne, by nasza podróż nie schodziła poniżej akceptowalnego dla mnie poziomu (mimo że generalnie chodzi o to, by było taniej:). Na tę noc, a właściwie na dwie następne, mąż wybrał dla nas przystępny cenowo hotel Barcelona. Mieliśmy regenerować siły w basenie, wdychać świeże górskie powietrze i smacznie się odżywiać - fotki przedstawiały przyzwoitą restaurację w ogrodzie i ładne pokoje.


będziemy dalej eksplorować Góry Kaçkar. - tym razem w planie gruzińska Dolina Yusufeli - informuję więc wyjeżdżając z Lazevi Pansiyon.  To okazuje się nie do końca zgodne z rzeczywistością. Czytam później, że Yusufeli jest raczej świetną bazą wypadową do eksploracji gruzińskich dolin. 

Ale to mi też całkiem pasuje. Ostrzę sobie zęby na Barhal - w internecie widziałam zdjęcie ruin przepięknego, starego, gruzińskiego kościoła, a to tylko jakaś godzina drogi od Yusufeli. W ciągu dwóch dni na pewno uda nam się poznać i tereny wokół niego. 


Na stronie https://www.gdansk.pl/wydarzenia/tao-klarjeti-zagubione-piekno-dawnej-gruzji-spotkanie-z-markiem-drzewowskim,w,25173 czytam:

Zagubione w urwistych dolinach stare gruzińskie kościoły i klasztory to prawdziwy klejnot okolic Yusufeli. Niegdyś górzysta kraina na północ od Erzurum, w stronę Artvin, należała w średniowieczu do królestwa Gruzji (Tao-Klarjeti), o czym przypominają liczne kościoły, klasztory, zamki i mosty. Niesamowity krajobraz ze wspaniałą architekturą sakralną – mieszanką stylów gruzińskiego, ormiańskiego, seldżuckiego i perskiego – na długo zapada w pamięć.”.


Niektórzy (np. https://wielkagruzja.fandom.com/pl/wiki/Wielka_Gruzja) piszą wręcz o istnieniu na tych terenach wieki temu Wielkiej Gruzji. Za cienka jednak jestem z historii, by móc wypowiedzieć się  na temat wartości historycznych dowodów w tej sprawie. Wiem tylko, że kiedyś te ziemie zamieszkiwali Gruzini i to jest faktem, skoro pozostała po nich tak bogata spuścizna. Chciałabym zobaczyć choć jej cząstkę.


Żeby to zrobić, musimy objechać w zasadzie całe Góry Kaçkar. Do tej pory oglądaliśmy je z północy. To właśnie z tej strony są pokryte zielenią, a w paśmie kosodrzewiny, jak opisują to wędrowcy, rosną rododendrony i azalie (ależ tam musi być bosko w porze kwitnienia:). “Masy wilgotnego powietrza nadciągające znad morza zbijają się w gęste chmury zalegające na zboczach do ok. 3000 m n.p.m. [najwyższy szczyt to Kaçkar Dağı o wysokości 3932 m - przyp.aut]. Natomiast opadające ku rzece Coruh Cay stoki południowe Gór Kackar są suche, porośnięte trawami oraz ostami. Panujący tu klimat sprzyja uprawie oliwek, niebywale słodkich i soczystych brzoskwiń oraz fig. Nad samą rzeką znaleźć można nawet poletka ryżu” - czytam w relacji z jednej z wypraw w te rejony (https://bezdroza.pl/relacje,Szlakami_Gor_Kackar,380.html). Nazwa gór pochodzi prawdopodobnie od ormiańskiego słowa “chaczkar” , które oznacza kamienny krzyż.



Rzeka Çoruh też jest bardzo ciekawym miejscem. Turcy postanowili bowiem przekształcić ją w jednego z głównych dostarczycieli energii elektrycznej. Wikipedia wylicza siedem tam, które wzniesiono na Çoruh do tej pory (https://pl.wikipedia.org/wiki/%C3%87oruh), a to jeszcze nie koniec. Częściowy efekt tych prac będziemy mieli okazję oglądać na naszej trasie.


Prowadzi nas ona, no tak, znów przez wybrzeże. W Hopie robimy ostatnie herbaciane zakupy. Bijemy się tam też z myślami. Z tego miejsca do granicy Sarp z Gruzją jest ledwie 18 minut (21 kilometrów) drogi. W końcu jednak rozsądek zwycięża - nasze autko jest zarejestrowane na firmę i choć w jej nazwie jest nazwisko męża, to niekoniecznie uda nam się ten stosunek własności wytłumaczyć pogranicznikowi. Pociągające Batumi (choć i tak pozbawione herbacianych pól:( musimy odłożyć na kolejną podróż. Gruzińskie zabytki też będą musiały poczekać na odrębną wizytę w Gruzji.


A tymczasem kierujemy się do doliny Çoruh. Już za Borçką widzimy wyniki ujarzmiania rzeki przez człowieka. Skala energetycznego przedsięwzięcia w tym rejonie po prostu poraża. Wodą wypełnione są całe, szerokie w niektórych odcinkach, doliny. Miejscami hula nimi wiatr, który tworzy nawet całkiem spore fale na wodzie, wijącej się się pośród pożółkłych tutaj zboczy Gór Kaçkar. I trzeba przyznać, że wygląda to urzekająco. Naszym sesjom zdjęciowym nie było końca, co rusz fotografowaliśmy - a to z drogi, a to z platform widokowych, wreszcie z przydrożnej restauracji z przeszklonym tarasem...


Nie sposób być obojętnym wobec tego krajobrazu, mimo świadomości, że jest on w znacznej mierze ukształtowany przez człowieka, a nie przez naturę. Budzi to z jednej strony podziw, z drugiej jednak zaniepokojenie o los ludzi, którzy tu od zawsze mieszkali. Prace nad przekształceniem tego terenu są ambitne, lecz przy okazji skazuje się na zatopienie całe osady. Taka przyszłość czeka właśnie Yusufeli, gdy budowa następnej z tam dobiegnie końca. Podobno w miasteczku w związku z tym nie buduje się niczego nowego już od lat siedemdziesiątych. Myślę, że ciężko się żyje w takim miejscu, nad którym ciąży wyrok i widmo zagłady.


Ale te apokaliptyczne dla miasteczka wizje nie przekładają się, o dziwo, na jego atmosferę. Nie jest w nim ani ponuro, ani przygnębiająco. Mimo, że drogi są tu rozkopane, góry pocięte, a olbrzymie filary, które kiedyś będą utrzymywały ciężar tamy, kładą swe cienie na zabudowania, to życie w Yusufeli toczy się w taki sposób, jakby mieszkańcy tych przerażających zapowiedzi zmian w ogóle nie widzieli.



Tego dnia, gdy tam przybyliśmy, było akurat Święto Demokracji i Solidarności Narodowej i przygotowania do jego wieczornych obchodów trwały w najlepsze. Podobnie jak w innych miejscowościach Turcji życie towarzyskie przeniosło się na ulice. Było gwarno i tłoczno. Z trudem przebijaliśmy się przez pełne przechodniów centrum.




Nasza droga prowadziła wzdłuż koryta Çoruh (która w miasteczku wciąż przypominała jeszcze tylko górską rzeczkę), a potem kawałek nad jej dopływem o nazwie... Barhal (Altiparmak). Ucieszyliśmy się, że nasz hotel będzie położony w zacisznej części miejscowości. I że to wyjazdówka na upragniony przeze mnie Barhal. Bez trudu dotarliśmy pod hotelową bramę. 


I...

może niech tu przemówią moje wiadomości messengerowe napisane tamtego wieczoru, bo wciąż trudno mi o tym pisać:

Dzień mieliśmy pełen wrażeń

Tych dobrych i tych strasznych. Przyjechaliśmy do wybranego hotelu Barcelona i okazało się, że... hotel spłonął tydzień temu. Zastaliśmy jedno wielkie pogorzelisko

Trudno opisać nasz szok i niedowierzanie. I ogromne współczucie dla człowieka, który stracił swój dorobek.

Przez chwilę rozmawiałam z właścicielem. Był całkiem załamany. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Do tej pory nie mogę przestać o tym myśleć

Jak spytałam, co się stało, to zrobił taki gest, jakby tego zupełnie nie rozumiał



Pierwsza odpisuje ukochana dziewczyna naszego zmarłego syna (Beata tego wieczoru hula gdzieś na jakimś weselu). Ania podchodzi do sprawy bardzo empatycznie:

To okropna historia!!!

Ale tragedia

to na pewno najgorszy moment Waszego wyjazdu

 Rzeczywiście tak wtedy uważamy. Ale bynajmniej nie ze względu na naszą sytuację. My sobie przecież damy radę, a za chwilę już nas tu nie będzie...

Właściciel skierował nas do hotelu zastępczego Almatur

Ale nic nie narzekamy, bo co tam nasze rozczarowanie w stosunku do rozpaczy właściciela pogorzeliska

 Szkoda tego człowieka - a Anią jak zwykle, rozumiemy się w lot. 

No bardzo szkoda, a nam się krzywda jakaś nie stała


Właściwie to do końca nie wiem, czy właściciel Barcelony skierował nas akurat do hotelu Almatur. Na moje pytanie o inny nocleg wskazał raczej na góry niż na centrum miejscowości. Ale nie chciałam dopytywać, widać było, że człowiek nie ma głowy ani do dalszej rozmowy, ani do racjonalnego pozbierania myśli. Wszyscy zaś pozostali mieszkańcy miasteczka zgodnie wskazywali obiekt nad rzeką Çoruh. Zresztą później przeczytałam w internecie, że to najlepszy hotel w Yusufeli.


Hotel Almatur, w którym w końcu nie spaliśmy


Rzeczywiście pod względem położenia, udogodnień (parking, winda), menu w restauracji, czy obsługi nie można nic Almaturowi zarzucić. W jego całkiem przyzwoitej recepcji, wciąż będąc myślami na zgliszczach, wdaję się w rozmowę o nieszczęściu właściciela Barcelony.

- Całe szczęście, że nie miał wtedy żadnych gości - kwituje zdarzenie młody człowiek, prowadzący Almatur. I nagle skóra mi cierpnie. No tak, to się mogło skończyć zdecydowanie większą tragedią. Na dodatek, gdybyśmy tak nie marudzili po drodze i dotarli tu wcześniej, to być może nawet z naszym udziałem. Ślimaczy bieg o kulach nie jest chyba skuteczną ochroną przed płomieniami. Pierwszy raz uświadamiam sobie, że hotele nie zawsze są tak bezpiecznymi miejscami, jak by mi się mogło wydawać.


Mimo to, jeśli nie chcemy być tej nocy bezdomni, musimy zarezerwować nocleg w kolejnym z nich. W Almaturze pozostał jeden wolny pokój, więc nie ma ani się nad czym zastanawiać, ani z czego wybierać.  Jego cena jest dużo wyższa niż w Barcelonie. Trzeba się pogodzić z faktem, że oszczędnościowy plan męża tym razem nie wypalił.

Nie to jest jednak w tej sytuacji najbardziej dotkliwe. Niestety ostatnie pokoje mają czasem to do siebie, że wszyscy goście, którzy przyjechali wcześniej, woleli wybrać inne. Nie chodzi o to, żeby w tym naszym nie można było spędzić jednej nocy, my po prostu jak zwykle porównujemy stosunek jakości do ceny. Ale cóż, zgodnie z przysłowiem, kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi...

Staram się jednak znaleźć plusy w całej tej sytuacji. Przesyłam Ani zdjęcia naszego lokum 

I widok na rzeczkę, ale trudno sfotografować, bo brzegi drzewiaste

Wiadomo że może nie najlepsze miejsce, ale dobrze, że macie gdzie spać - pociesza mnie Ania.



Co racja, to racja. Postanawiam nie myśleć o tym więcej i idę na główny plac miasta, świętować ze wszystkimi mieszkańcami. A tam... przemowy, deklamacje, a nawet poczęstunek. Załapałam się na jakieś słodkie danie z fasolą. Smak dosyć oryginalny, lecz zupełnie niezły.

Jestem też świadkiem dowodu na niezwykłą religijność mieszkańców. Gdy nagle z pobliskiego minaretu pada wezwanie na modlitwę, to wszyscy zrywają się z miejsc jak jeden mąż, zostawiając pana na mównicy ze swoim przemówieniem w pół słowa. Oczywiście natychmiast organizuje się przerwę w obchodach. Ale i tak już nie ma właściwie żadnych mężczyzn, więc nie za bardzo byłoby do kogo przemawiać. Nieliczne kobiety, które pozostały, próbują uporządkować miejsce spotkania.

Zrobiło się późno. Uznaję, że to także sygnał dla mnie do powrotu do hotelu. Mąż tam został, by odpocząć w chłodzie (klimatyzacja) po podróży, ale ja musiałam przewietrzyć głowę po dzisiejszych wydarzeniach. Jakoś nie mogłam po tym wszystkim, co przeżyłam w ostatnie godziny, dojść do siebie. Gorąca wciąż noc nie bardzo w tym pomagała.

ale mieliście przygody - z komentarzami Beaty próbuję zaprowadzić porządek w moich myślach. Są refleksyjne:

popatrz jak życie zmienia się z minuty na minutę

był hotel i już go nie ma

Rzeczywiście tego wieczora będę miała okazję na własnej skórze doświadczyć, jak życie zmienia się z minuty na minutę. Przygotowało mi niezłą “niespodziankę” po powrocie do Almaturu. Tu może znów oddam miejsce moim messengerowym wiadomościom do najbliższych:

Ten pożar miał też wpływ na nasze plany

z hotelu zastępczego wyszliśmy o 10 w nocy, gdy okazało się, że klima w naszym pokoju nie radzi sobie z temperaturą, a żadnego innego pokoju nie ma, bo wszystko zajęte


Nie było też sensu szukać czegoś innego o tej porze w okolicy, bo przecież byliśmy już ulokowani, zdaniem lokalesów, w najlepszym tego typu obiekcie. Mąż zdecydował, że przejedziemy nocą do następnego miejsca na planowanej trasie. I choć wiem, że to nie jest dobry pomysł, to nie mam w zanadrzu żadnego innego na tę okoliczność. A to nie tylko pożegnanie z Yusufeli, Barhalem (rzeczywiście gruzińskie zabytki będą musiały poczekać na odrębną wizytę w Gruzji) i Górami Kaçkar, lecz także z wizją wypoczynku po wyjątkowo męczącym dniu.

Nie dyskutuję jednak z kimś, kto ma chore płuca i nie może oddychać w upale bez sprawnej klimatyzacji, która na odmianę całkiem sprawnie działa w samochodzie. Bez słowa sprzeciwu pakuję nasze manele z powrotem do bagażnika. Czuję, że to wszystko mnie trochę przerosło. Zapinam pasy i momentalnie, gdy tylko ruszamy, zasypiam. Ten dzień przyniósł mi już dość stresów. Moje ciało postanowiło mnie na kilka godzin od nich odciąć...


Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/02/wsiadajac-do-samochodu-nie-pytaam-dokad.html



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz