Moja nowa szkoła masowa jest molochem, zajmującym sporą przestrzeń u wjazdu na pełne bloków osiedle. Oprócz czterech pawilonów i łączącego je systemu przewiązek znajdują się w niej także obiekty dedykowane rozwojowi sportu, a zwłaszcza prowadzonym tu klasom mistrzostwa sportowego.
Najbardziej lubię zajęcia w pawilonie D. W dzień swoich imienin opiekowałam się tam uczniami z niepełnosprawnością, którzy pisali próbny sprawdzian z matematyki po klasie VIII. Do pomocy przydzielono mi matematyczkę - drugą Bożenkę, w ten oto sposób stwarzając z nas szkolną komisję imieninową:). Te trzy godziny w egzaminacyjnej ciszy, spędzone na obserwacji budzącej się za oknami przyrody, ze szczególnym uwzględnieniem spacerującej po gałęziach modrzewia rudej wiewiórki, okazały się dla mnie wytchnieniem od hałasu i chaosu szkoły. Chyba więc na starość polubię pracę w takich komisjach, choć wcześniej przez cały okres pracy zawodowej uważałam to za stratę czasu, który dłuży się wówczas niemiłosiernie i nieopisaną wprost nudę.
Oprócz tego, że z pawilonu D można przyglądać się ogrodowi przy domu stanowiącym przedmurze blokowiska, mamy tam jeszcze możliwość obserwowania wejścia do miejskich obiektów sportowych: kortów i basenu. Za nimi zaś dodatkowo znajduje się skatepark. W sumie całkiem niezła baza do uprawiania sportu w dolinie rzeczki, nad którą i ja mieszkam. Z okien mojego salonu, udaje mi się czasem dostrzec za ścianą zieleni kawałek któregoś z osiedlowych budynków.
Samo osiedle jest miejscem środowiskowo trudnym i może bym nawet nie wiedziała jak bardzo, gdyby nasi uczniowie nie wnosili jego i swoich problemów w szkolne mury. Pracując w starej szkole masowej, zdawało mi się, że trudniejszego środowiska już być nie może. Myliłam się. Niestety tu dzieje się zdecydowanie więcej, oczywiście w kategoriach kłopotów i komplikacji.
Kiedyś pewnie postrzegano tę moją nową osiedlową szkołę jako mega nowoczesną, ale cóż, z biegiem lat wszystko tutaj się zestarzało. Na gruntowne remonty brak finansów, więc w wielu miejscach mimo starań, zwłaszcza w pawilonie, w którym najczęściej pracuję, zalęgła się bylejakość.
Przyznać trzeba, że nie dotyczy ona gabinetów specjalistów, co w wielu placówkach oświatowych wciąż nie jest normą. Bardzo doceniam, że zapewniono mi takie komfortowe, jak na tę szkołę, zaplecze. Choć pewnie to głównie zasługa Madzi, która bardzo dba o nasz gabinetowy wystrój i wyposażenie, włącznie z dekoracjami tematyczno – sezonowymi i świeżymi kwiatami. Ale o tym, na jaki skarb w postaci drugiej psycholożki trafiłam, już wcześniej pisałam.
13.03.
*
Już prawie święta. A ja walczę z przeziębieniem, którego nabawiłam się w ostatnich dniach, udowodniających z całej mocy, że powiedzenie: „w marcu jak w garncu” jest jednak mottem tego miesiąca. Trochę się niepokoję, że ferie świąteczne mogę spędzić w łóżku, a tyle jeszcze mam do wykonania przed wyjazdem do sanatorium.
ZUS zrobił, jak zapowiedział. Zawiadomił mnie o skierowaniu na rehabilitację trzy tygodnie przed jej rozpoczęciem, nie bacząc na to, że nie wszyscy (dotyczy to zwłaszcza starszych i schorowanych ludzi) są tak mobilni, zorganizowani i pozbawieni wszelkich planów, żeby przeniesienie ich w inną rzeczywistość w najbliższej przyszłości i to na 24 dni, nie wzbudziło stresu, obaw i nie wymagało niekomfortowych zmian, związanych chociażby z przerwaniem pracy zawodowej. No ale teraz podobno takie są przepisy i tak krótki czas musi wystarczyć, żeby wszystko ogarnąć i jeszcze nastawić się pozytywnie na sanatoryjną kurację.
Wyjeżdżam tydzień po zakończeniu ferii świątecznych. Znów, jak kiedyś, mam skierowanie do Biaweny w Wysowej i nadzieję, że tym razem nikt ani nic nie pokrzyżuje tych planów. Oczywiście już dzwoniłam do Heleny, bo to jedyna osoba, jaką znam, mająca moc załatwiania jedynek w ośrodkach sanatoryjnych:). Powiedziała, że zrobi, co będzie mogła. A to już bardzo wiele, zwłaszcza w porównaniu do możliwości tych, którzy nie mogą w tej sprawie zrobić absolutnie nic.
Ale na razie nie umiem się cieszyć tym przydziałem. Spodziewałam się, że do wyjazdu mam znacznie więcej czasu („koło siedmiu miesięcy, bo teraz takie kolejki” – przynajmniej tak wynikało z rozmowy z miłą urzędniczką z ZUS-u). A tu nagle jak grom z jasnego nieba ktoś gdzieś zadecydował o przyspieszeniu terminu, wywracając mi trochę życie na obecnym etapie do góry nogami. Jakoś nie jestem w stanie za tym nadążyć. Czy już nie wystarczy, że jeszcze trzeba w ciągu tego czasu przygotować się i przeżyć Święta? Dla osób, które tak jak ja, mają teraz problem z elastycznością, to trochę za dużo naraz do udźwignięcia. Zwłaszcza, gdy zdrowie niedomaga coraz bardziej.
26.03.
*
No i nie oparłam się świątecznej ofensywie choróbska. Niby już pozbyłam się kaszlu i bólu gardła, ale za to ogarnęła mnie taka niemoc, że Wielkanoc spędzam konsekwentnie w łóżku. Oczywiście z przygotowań nic nie wyszło. Wielkanocne ciasteczka upiekły dla mnie koleżanki z katolickiej szkoły, dzieciaki zrobiły zakupy, a prezenty dla nich na zajączka załatwił przelew blikiem. Jedyne, co mi się udało, to świąteczna dekoracja na jadalnianym stole. To zawsze poprawia mój humor. Poza tym nie wykazałam się w żadnej innej dziedzinie – wiosenne porządki leżą i kwiczą, w Wielkanoc poza żurkiem (o zgrozo - z pudełka) i bardzo spóźnioną sałatką jarzynową nie przygotowałam niczego do jedzenia, a makowiec, piernik i mazurek powstały w piekarni Lidla. Ale ponieważ też nikt się u nas do świątecznych obchodów nie pali, to nawet specjalnie się w piersi nie biję. Dzieciakom również ani humor, ani samopoczucie, ani też zdrowie nie dopisują, więc po prostu mamy takie Święta, jakie były w zasięgu naszych obecnych możliwości.
Najgorszy świąteczny moment? Gdy zorientowałam się i to wcale nie od razu, że rozłożyłam na stole zbyt wiele nakryć do wielkanocnego śniadania...
Tylko świąteczna pogoda wykazała się w tym roku na maksa. Podgrzała tak atmosferę, że oto mamy końcem marca 23 stopnie ciepła na termometrach. W kategorii wysokich temperatur zapewne marzec, wzorem lutego, pobił wszelkie rekordy w porównaniu z poprzednimi laty. I zrobiła się naprawdę piękna wiosna. Sezon na radowanie się kwiatami w ogrodzie przyszedł wcześnie jak nigdy. Krokusy, prymulki i przylaszczki zakwitły mi już w lutym, teraz zaś mogę cieszyć oczy żonkilami, hiacyntami, fiołkami, forsycją i tulipanami. I naprawdę to wielka radość. Słońce przez ostatnie dni nie schodzi z nieba. Powietrze pachnie okrytymi kwieciem krzewami i drzewami owocowymi. Nawet moja późna magnolia okryła się pąkami. Podwórko pięknie się już zazieleniło. Na naszych sosenkach uwijają się radośnie ptaki i rude wiewiórki. Całą przyroda weszła w tryb wiosennych obrotów i tylko mogę ubolewać nad tym, że ja jeszcze odstaję od tej normy. A przecież tak na tę wiosnę czekałam...
Ale nie chciałabym tu ciągle narzekać. Są i dobre nowiny. Helena po raz kolejny załatwiła jedynkę w Biawenie. Jestem niewypowiedzianie wdzięczna.
Pani wicedyrektor masowej szkoły pyta, dokąd się wybieram. Gdy słyszy, że to sanatorium w Wysowej, podsumowuje mój wybór:
- A to taka dziura, gdzieś w górach...☺
Opowiadam o tym Pani dyrektor katolickiej szkoły, cytując powyższe słowa i słyszę w odpowiedzi:
- Bo to naprawdę straszna dziura, pani Bożenko...☺
No dobrze. Niech będzie i straszna dziura. Ja akurat rozrywkowa nie jestem. Byle się wreszcie podnieść z tej wielkiej słabości, co mnie teraz tak mocno trzyma, to chętnie pojadę i do strasznej dziury... I na pewno nie będę na to narzekała...
31.03.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz