sobota, 2 marca 2024

41.18 (TURCJA) BUŁGARIA/ RUMUNIA: Odzyskanie zdolności latania

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/02/nasz-pobyt-w-turcji-zacza-sie-z.html

Poranek w Bułgarii zastał mnie w fatalnym nastroju – głodna, niewyspana, zmęczona. A tu ani miejsca do spania, ani żadnej restauracji na horyzoncie. I tu się przyznać trzeba, że w warunkach takiego dyskomfortu fizycznego, połączonego z brakiem nadziei na rychły koniec, przestaję sobie radzić z emocjami i wychodzi ze mnie po prostu maruda. Mój wewnętrzny aniołek zaczyna się przeobrażąć w złośnicę. Mąż próbuje ją poskromić, hmm… dobrocią, ale nie za bardzo mu to wychodzi. Zwłaszcza, że dodatkowo jeszcze w mojej głowie rodzi się jakaś paranoja. Zaczynam podejrzewać, że mąż tak bardzo spieszy się do domu, że przestał zwracać uwagę na moje wyczerpanie. Tak wiem, że jestem okropna, bardzo mi wstyd z tego powodu, ale naprawdę nic na to nie mogę poradzić… Sprawy wymknęły mi się spod kontroli. Uspokajam się dopiero wtedy, gdy dostaję do ręki bułę z serkiem topionym, którą wreszcie udaje nam się kupić rano w jakimś bułgarskim słabo zaopatrzonym sklepie z zeszłej epoki, ale, o dziwo, obsługującym karty płatnicze. Do tego mąż mnie zapewnia, że już bardzo blisko do Orjachowa, gdzie czeka nas przeprawa promowa do Rumunii, więc na jakiś czas moja wewnętrzna furia zostaje obłaskawiona. Przymykam się i próbuję na dobre nad nią zapanować. Lubię Rumunię. Jestem pewna, że tam już wszystko się nam ułoży.

Tego samego niestety nie można rzec o Bułgarii. Nic nie idzie w niej zgodnie z planem...

Tak więc kilka godzin później znów jestem głodna, niewyspana, zmęczona… I to jeszcze bardziej niż rankiem. Skarżę się najbliższym:

Oj masakra z tym powrotem, już kilka godzin temu byliśmy na granicy bułgarsko-rumuńskiej (przejście promowe) i okazało się, że się nie przeprawimy, bo stan wody w Dunaju jest zbyt niski. Skierowano nas na przejście 130 km w bok. Jechaliśmy pół dnia dziurawymi bułgarskimi drogami, a teraz widzimy przed sobą kolejkę na Bóg wie ile. Niby zawsze w podróży trzeba się liczyć z taką sytuacją, ale po tych wszystkich godzinach jazdy czuję, że dopada mnie jakiś kryzys.

Pilnie potrzeba nam wypoczynku.

Na szczęście sprawy nie miały się tak źle, jak na to wyglądały. Okazało się, że osobówką można wyminąć kilometry stojących przy drodze tirów, by w miarę sprawnie zająć miejsce na promie. Ale i tak jakoś to zupełnie nie przypomina niedawnej, pełnej zachwytu przeprawy przez Dardanele. Bułgarski Widyń mnie nie zachwycił przy pierwszym podejściu na rodzinnych wczasach w tych stronach jedenaście lat wcześniej i teraz również zdaje mi się nieciekawy. Jak zresztą cała Bułgaria podczas tego powrotu. Nic mi się już w niej nie podoba, ale może to dlatego, że wciąż nie mogę się uwolnić od porównań z pobytem w kraju, gdzie dopiero co doświadczyłam tyle piękna…


Na szczęście brzeg, do którego przybijamy jest już rumuński. To napawa nową nadzieją. Od razu mi lepiej.

to było chwilowe przesilenie. Już jesteśmy w Rumunii - donoszę więc po chwili.

Sytuacja zostaje opanowana, ja też. Już nigdy więcej mi się taki stan w podróży nie powtórzy. Znów wysuwam skrzydełka z ramion i zakładam, niczym berecik, aureolkę nad główkę:).


Ale tymczasem mąż staje się coraz słabszy. Wyczerpał już siły i jako kierowca, i jako obłaskawiacz gderliwej zrzędy. Teraz ja muszę się wykazać, by zmienić nasze położenie na lepsze. Spisuję się naprawdę na medal i znajduję nam błyskawicznie nocleg. Co prawda omal 100 kilometrów dalej, ale przynajmniej w drodze przyświeca nam nadzieja na rozprostowanie nóg, łóżko, prysznic i długi, błogi sen. Już nawet na głód jestem gotowa machnąć ręką, jeśli nic nie uda się kupić po drodze. Jedziemy wzdłuż Dunaju i wkrótce również wzdłuż granicy z Serbią. Nasz pensjonat o nazwie La Ponton AdaKale znajduje się w miejscowości Vrancea. Trochę trzeba sobie zadać trudu, by go odnaleźć wśród innych obiektów noclegowych przycupniętych na brzegu Dunaju, ale w końcu, z pomocą miejscowych, jakoś udaje nam się trafić na miejsce. I to na pewno bardziej dzięki fotografiom na Booking.com, niż dzięki zamieszczonemu tam adresowi.


I tu od razu wspomnijmy, że na szczęście znów jesteśmy w zasięgu działania tego pośrednika. Niestety w Turcji został on pięć lat wcześniej zablokowany za sprawą sporu z krajowym Stowarzyszeniem Agencji Turystycznych. Konflikt trwa do dzisiaj, o czym oczywiście nie mieliśmy pojęcia, wyjeżdżając w naszą podróż. Działa to w ten sposób, że wszystkie tureckie noclegi zarezerwowane przez Booking.com jeszcze w Polsce były jak najbardziej honorowane, ale już na terenie Turcji nie mogliśmy używać do rezerwacji tego serwisu. Musieliśmy się przerzucić na lokalnych pośredników, co na początku podróży sprawiało nam trochę kłopotu. Później to ogarnęliśmy, ale jednak po wyjeździe z Turcji z radością powitaliśmy możliwość powrotu do naszych stałych podróżniczych upodobań. A także do nawiększej chyba na ten moment oferty noclegowej. I mimo że w Bułgarii nawet z pomocą Booking.com nie znaleźliśmy żadnego noclegu, to trudno byłoby obwinić za to pośrednika, skoro podziało się tak na skutek słabej lokalnej bazy noclegowej na terenach, przez które przejeżdżaliśmy. Lub też całkowitego ufortyfikowania, zabarykadowania i zablokowania dostępu do takich obiektów o później porze.


W Rumunii pod tym względem jest o niebo lepiej. I chodzi nie tylko o ilość obiektów turystycznych, ale także o jakość. Bardzo lubię czystość i standardowe wyposażenie rumuńskich pensjonatów. W ich prostocie jest jakaś bezpretensjonalność, a jednocześnie te funkcjonalne wnętrza nie sprawiają wrażenia zimnych i bezdusznych. Tym razem też, parkując pod La Ponton AdaKale, liczę na to, że zarezerwowany pokój mnie nie zawiedzie.


W pensjonacie zastajemy sporą grupę turystów, krzątających się przy zewnętrznych stolikach i grillach, ale nie właściciela. Dzwonię do niego i słyszę, że to wszystko… pomyłka? Jego dziewczyna zapomniała zdjąć ofertę ze strony pośrednika. Pensjonat jest wynajęty na imprezę. Nieee...

Nie jestem w stanie wymyślić planu alternatywnego. Nie przy tym poziomie zmęczenia. Patrzę na męża jeszcze bardziej zmęczonego niż ja i się załamuję…


Gdy przyjeżdża wreszcie właściciel, to nie jestem nawet w stanie z nim sensownie rozmawiać. Słucham kolejny raz jego tłumaczeń, tym razem na żywo i czuję, jakby do mnie nie docierały.


- Czy naprawdę ten zarezerwowany przez nas pokój jest już zajęty? - to chyba wszystko, co mnie w tym momencie interesuje.

- Nie, jest wolny. Chodzi o to, że tu dziś będzie głośna impreza i się nie wyśpicie.

Cooo?

Mielibyśmy stąd odejść nie wiadomo dokąd z takiego powodu? Przecież nawet strzały armatnie tuż nad głową nie wyrwałyby nas tego dnia z łóżek!

- Naprawdę wam to nie przeszkadza? - nasz miły gospodarz jest wyraźnie zaskoczony tym, jak się nagle uruchomiliśmy po zrozumieniu sedna jego wypowiedzi.

- Jeśli tylko możemy – w moim głosie już zaczynają pobrzmiewać błagalne tony.

- Możecie – pada wreszcie to jedno słowo, na które tak czekaliśmy.

Jestem wniebowzięta. Rumunia mnie jednak nie zawiodła.

Pokój też (dostaję dwa do wyboru na piętrze) – jest czysty, prosty i funkcjonalny:). Z okna możemy zobaczyć Dunaj, znad stoliczka na tarasie przed wejściem wpatrywać się w niego aż do zapadnięcia zmroku. Przy okazji zaliczając jeden z najpiękniejszych zachodów słońca.


"Ciesz się spektaklem natury nad brzegiem Dunaju! 🚤 Z kawą w ręku na pontonie każdy wschód lub zachód słońca staje się magicznym przeżyciem" - napisano o tym na facebooku Pensjonatu La Ponton AdaKale.

"I nie zapominajmy, że słońce zachodzi w sąsiednim kraju, Serbii!!!" - dodano też w jednym z następnych wpisów... To przywołuje miłe wspomnienia podróży, którą z mężem cieszyliśmy się trzy lata wcześniej z okazji 34-tej rocznicy ślubu...


w końcu dzień nam wynagrodził trudy

Żeby jeszcze tylko sklep był w pobliżu…



Marzenia się nasilają wraz z rozwojem imprezy na dole. Ze stanowisk do grillowania docierają do nas coraz bardziej kuszące zapachy. Przemykam się do wspólnej kuchni, by chociaż zrobić herbatę, którą zamierzam oszukiwać nasz głód. I wtedy... dostaję zaproszenie na imprezę - dla siebie i męża. Możemy spędzić miły wieczór w radosnym towarzystwie turystów z Rumunii.

Uprzejmie dziękuję, ale nie tym razem (choć tak lubię rumuńskie imprezy). Po całonocnej jeżdzie mąż czuje się naprawdę słabo, musi zadbać o to, by jego nogi były wreszcie rozprostowane

Miłe rumuńskie towarzystwo kiwa głową ze zrozumieniem, gdy im to tłumaczę, ale jednocześnie postanawia mnie obdarować… jedzeniem na wynos! O zbawiciele nasi, gdybyście wiedzieli, że właśnie ratujecie nas od śmierci głodowej… I być może nawet od odrodzenia złośnicy, która najwyraźniej gdzieś mieszka pod moją skórą…

Hojność naszych darczyńców przekracza moje wszelkie wyobrażenia. Odchodzę z talerzem zgrillowanego mięsiwa wszelakiego rodzaju, workiem pieczywa, a nawet kieliszkiem wina!

Nie dość, że mamy królewską kolację, to jeszcze królewskie śniadanie:).

I ponownie jestem wdzięczna, uśmiechnięta, szczęśliwa, a świat jest piękny i pełen dobra. Tego wieczoru znowu mogę wziąć prysznic, a potem położyć się w świeżej pościeli. I to nic, że rumuńscy turyści zachowują się głośno na podwórzu. Niech się bawią, cieszą swym towarzystwem, niech czerpią z życia pełnymi garściami. Jeśli ono jest tylko krótką podróżą między narodzinami a śmiercią, to trzeba je dobrze wykorzystywać.

Noc jednak w końcu zagania wszystkich do łóżek. A mój wewnętrzny anioł, zasypia sobie w uspokojeniu, że znów odzyskał i przywódczą rolę w tej podróży, i, co było w tym wszystkim najważniejsze, utracone na chwilę zdolności latania...




Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/03/tam-gdzie-rzeka-spotyka-sie-z-niebem.html


GALERIA - zachód słońca nad Dunajem

































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz