Tekst pochodzi z marca 2011 roku - to do opisywanej w nim wizyty w Łodzi odnoszę się w poprzednim poście.https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/03/poprawy-jeszcze-jestem-podekscytowana.html
ZIEMIA OBIECANA
Zakupy grupowe
Gdybym nie stała się fanką zakupów grupowych, nigdy by mi się to nie przydarzyło. Ale od niedawna zaczęłam systematycznie przeglądać serwisy Groupona. Grupera, MyDeala, Sweetdeala, Okazika itp.... i czekać na swoją okazję... Jednocześnie skupuję vouchery, które wydają się mieć naprawdę korzystną cenę. Przeglądam oferty z całej Polski, z Krakowa (najchętniej tam jeżdżę) i Wrocławia ( bo jeździ tam Bartek), ze Śląska (bo to też blisko) oraz z Łodzi, co ma największe znaczenie dla tej historii. Początkiem roku założyłam bowiem, że tam spędzimy ferie zimowe. Chyba w moim myśleniu zaszła prosta analogia do ubiegłych lat szkolnych. Miałam jakieś dziwne przekonanie, ze tam się spędza ferie zimowe, gdzie w danym roku przebywa nasz starszy syn. Gdy w czasach podstawówki był na Białej Szkole w Gliczarowie, to uważałam, że powinniśmy jeździć właśnie tam pod Tatry, później w okresie licealnym żeby cieszyć się naszym dzieckiem przyjeżdżaliśmy do Krakowa, a zeszłej zimy byliśmy u niego w odwiedzinach w Olsztynie. Ponieważ zaś Bartek aktualnie studiuje w Łodzi, to w styczniu zaczęłam układanie planów na przemiły feryjny pobyt w tym mieście.
Nic nie jest tak miłe, jak układanie planów przemiłego pobytu. Tylko ceny mogą popsuć takie planowanie, więc tu pora, by wkroczyć z obniżkami cenowymi, czyli zakupami grupowymi. A że plan zakładał mnóstwo przyjemności i wrażeń, to należało zapolować na jak najwięcej internetowych okazji.
Kupiłam więc w styczniu chyba wszystko, co wydawało mi się w Łodzi okazyjne i atrakcyjne zarazem. Zniżkowe vouchery do restauracji pełnych pyszności oraz kawiarni o fantastycznie brzmiących nazwach, czekoladowe masaże w orientalnym SPA, zabiegi fryzjerów nakładających nawilżające i odżywcze maseczki na włosy, a nawet wstępny kurs nurkowania z podwodnymi zdjęciami – s’il vous plais. Oczywiście to wszystko dla moich dzieci, bo jak zwykle zapomniałam sobie, że ja też mam ferie. Niestety, bycie matką przez ponad dwadzieścia lat czasem tym właśnie skutkuje.
Gdy napisałam powyżej, ze nasz plan mogą zepsuć tylko ceny, to się oczywiście myliłam. Nawet one okazały się możliwe do ujarzmienia i zakupy grupowe sprawiły, że im podołałam. Tak naprawdę wszelkie plany przemiłego pobytu z dziećmi są do zepsucia tylko i jedynie przez dzieci same w sobie. To one zawsze mają akurat właśnie zaplanowane coś zgoła całkiem odmiennego niż my. Wymyślają swoje własne plany przemiłego pobytu akurat dokładnie w innych miejscach niż my to zaplanowaliśmy i na dodatek niekoniecznie nas w nich uwzględniają. Dla Bartka oczywiście najważniejszy był przedłużony weekend we Wrocławiu, a dla Kacpra wyjazd na Białą Szkołę z rówieśnikami.
I choć z łatwością dwutygodniowa przerwa szkolna pomieściłaby to, co dla nich ważne i to, co ja zaplanowałam, to jednak moi panowie uznali, że w zupełności ich plan im wystarczy. Resztę ferii postanowili spędzić na obijaniu się bez żadnego planu. Mnie zaś przypisano w udziale rolę, którą zawsze dostaję w podobnych sytuacjach, bo przecież nie ma prawdziwego obijania bez kompleksowej obsługi, którą zapewnia ktoś inny. Fajny plan na ferie? A jednak okazało się, że przyniósł mi on ogromną korzyść - uświadomienie sobie tego wszystkiego pomogło mi zmienić myślenie o własnej samorealizacji, dzięki czemu mogłam wkroczyć na swoją camino.
Tak więc ostatecznie wyszło na to, że i moje ferie wcale nie były bezsensowne, choć zgoła odmienne od planowanych. Tyle, że po ich zakończeniu zostałam z wielką pulą niewykorzystanych kuponów i to na dodatek w Łodzi. A ponieważ mają one ograniczoną w czasie ważność, trzeba było zacząć zastanawiać się, w jaki sposób je teraz zrealizować.
Najkrótszy termin realizacji miały dwa kupony do Shanti SPA na pakiet Czekoladowa pokusa. Zarezerwowałam ją na ostatni dzień ważności. Czy pomyślałam wówczas o sobie? Ależ skądże, z początku była wersja, że to zabiegi dla moich dwóch chłopaków. Było dobrze do czasu telefonu do Shanti SPA. Dziewczyna z recepcji najpierw nie widziała przeciwwskazań, żeby wykonać masaż mojemu młodszemu synowi (“przecież to tylko czekolada, proszę pani”), ale potem coś ją tknęło i zapytała o taką możliwość masażystę, który się zdecydowanie sprzeciwił. Kacper okazał się za młody, w zamian relaksującego zabiegu zaproponowano mu tylko strefę relaksu i filiżankę czekolady. Przystał na to z dużym rozczarowaniem, bo to on był autorem pomysłu z masażem.
Zaczęłam więc szukać innych możliwości zrealizowania jego kuponu. Czy może wtedy wreszcie pomyślałam o sobie? Ależ skąd, próbowałam namówić telefonicznie Bartka, aby sprowadził z Wrocławia do Łodzi na tę przyjemność osobę, która gościła go w ferie Ale mój pierworodny był wtedy przed swoim najgorszym egzaminem w sesji, więc w ogóle ze mną rozmawiać nie chciał, nie tylko zresztą na temat czekoladowych masaży, ale w ogóle na żaden temat. W końcu, gdy do zarezerwowanego terminu pozostało zaledwie kilka dni, BYŁAM ZMUSZONA pomyśleć o sobie!
I to właśnie dzięki temu przeżyłam cudowny, pełen wrażeń weekend, który mi i zastąpił, i wynagrodził brak wyjazdu feryjnego. Czasem nie trzeba wiele, czasem nie trzeba długo, żeby naładować się radością i chęcią życia. Tak się ze mną właśnie stało w Łodzi. I choć od wczoraj już wróciłam do swoich zwykłych obowiązków, to jeszcze tę chęć życia i radość w sobie czuję. Od dawna nie przytrafiło mi się coś takiego. Odczuwam to jak odnalezienie się po długim błądzeniu. Doświadczenie z gatunku bezcennych.
Trzy dni w Manufakturze z torbą podróżną w roli głównej
Ten podtytuł prawie w pełni oddaje istotę mojego pobytu w Łodzi. Że wcale nie brzmi jako coś atrakcyjnego czy kuszącego? Za to pewnie odwołuje się do moich prawdziwych potrzeb. Jak się okazuje, nie potrzeba mi bowiem żadnych wyszukanych atrakcji ani pokus. Z wyjątkiem wrześniowego grzybobrania od początku roku szkolnego nie byłam nigdzie w podróży, więc może stałam się już minimalistką.
Tylko początek wyjazdu wyłamuje się podtytułu. I to być może on sprawił, że cokolwiek by nie nastąpiło potem, to wszystko było i tak i szczęściem, i przyjemnością. Mówiąc o początku, nie mam na myśli czterogodzinnej podróży. Po nocy spędzonej na sprzątaniu domu, gdzie mieli imprezować pod nieobecność moją i Kacpra koledzy mojego męża i wczesnym poranku, kiedy byłam kłębkiem nerwów, który odchodził od zmysłów na myśl, że nie zdąży się spakować, jazdy pociągiem omal nie pamiętam. Również Kacper niewiele wtedy wiedział o Bożym świecie, bo przespał prawie całą drogę.
Według słów Bartka, Shanti Spa, do którego skierowaliśmy się po wyjściu z pociągu, miało być niedaleko od dworca Łódź Fabryczna. Umówiliśmy się więc na spotkanie bezpośrednio na miejscu. Nie przewidziałam tylko w tym wszystkim reakcji mojego młodszego syna, gdy spytałam pierwszą z napotkanych osób o ulicę Jaracza. Ale, jak mówi Beata z mojego gabinetu, która w tym miesiącu wróciła z urlopu macierzyńskiego do pracy, dorasta nam już nowe, całkiem inne pokolenie. Jego przedstawiciele w takiej sytuacji raczej nie mają skojarzeń ze sztuką wysoką, sceną, teatrem czy czymkolwiek w tym rodzaju.
Jak zwykle okazało się, że Bartek jest moim nieodrodnym synem, z podobnym jak ja podejściem do punktualności. Spotkaliśmy się z nim więc nie w Shanti Spa, gdzie powinien być od dziesięciu minut na masażu, lecz na ulicy ( Jaracza!). Ale dobry humor spowodowany był teraz nie tylko jej nazwą. Na widok Bartka moja macierzyńska miłość wylała się z serca taką falą, że zatopiła nie tylko tęsknotę toczącą mnie od ferii zimowych, ale także mnie całą.
I w takim właśnie uniesieniu, czując się Miłością każdym centymetrem kwadratowym, wkroczyłam z moimi dziećmi do Shanti Spa. Tak oto nastąpiło pierwsze zderzenie luksusu, przepychu i wyciszenia wnętrz o orientalnym charakterze z naszymi ogryzionymi przez Lunę torbami podróżnymi, zamieszaniem związanym z pobytem niespełna dwunastolatka w miejscu, które jak określiła dyżurująca recepcjonistka jest przeznaczone dla osób pełnoletnich oraz kompletnym brakiem umiejętności znalezienia się w takich okolicznościach przez kogoś, kto w wieku pięćdziesięciu lat absolutnym przypadkiem dostał się na masaż czekoladowy całego ciała i na dzień dobry otrzymał przy wejściu po raz pierwszy w życiu jednorazowe stringi! Na szczęście jako rodzina wykazaliśmy spore zdolności przystosowawcze do otoczenia, dzięki którym udało nam się z zabiegów masażysty wyciągnąć czystą, żywą przyjemność, z całego pobytu w Shanti Spa także. Shanti Spa miało chyba trochę trudniej z przystosowaniem do nas, dlatego, jak mi się wydawało przy wyjściu, pożegnało nas z pewną ulgą. Choć oczywiście także z elegancją i uprzejmością, które trwały do samego końca. Dzięki temu nasze ego i pachnące czekoladą ciała czuły się prawdziwie po królewsku i zrelaksowane, mogły kontynuować realizację planu przemiłego pobytu, który dociągnął się jeszcze do kolejnego punktu (kawiarnia Czekoladowe Obłoki przy Piotrkowskiej) i gwałtownie umarł, żeby nigdy później nie zmartwychwstać.
Potem było już tak jak w podtytule, bo gdy Kacper po raz pierwszy zobaczył Manufakturę, to się w niej na zabój zakochał, co jest niezwykłe w przypadku dziecka, nie zakochującego się zwykle w żadnych miejscach, gdzie było, a zwłaszcza od pierwszego wejrzenia. Od tamtej pory zresztą jego marzeniem numer jeden stał się pobyt w znajdującym się w Manufakturze Andel’s Hotelu. Bardzo ładnie teraz o tym mówi:
- Kiedyś będę tam mieszkał.
Jakie piękne zdaje mi się takie patrzenie na świat przez pryzmat możliwości, które są w nim zawarte. Muszę też to przećwiczyć.
Oczywiście, byłoby bardzo miło spędzić noc w Andel’s Hotelu, ale my mieliśmy zarezerwowany nocleg w Alcatraz (chodzi tu tylko o akademik Uniwersytetu Łódzkiego). To była jedyna opcja wolnych miejsc noclegowych w tym terminie, a także najtańsza. Nie narzekamy, gdy następnym razem przyjedziemy do Łodzi, to też tam będziemy mieszkać (czyżbym już odrobiła ćwiczenie? ;-)
Bartek odwiózł do akademika nas i naszą ogryzioną torbę, a potem, co było urocze, wyciągnął ze swojej, całkiem nowej, zakupione w Manufakturze wino, którym postanowił oblać ze mną swój dopiero co zdany najgorszy egzamin. I choć z powodu zmęczenia bałam się nim zbytnio uraczyć, to poczułam się trzydzieści lat młodsza. Akademik i wino.....cóż, to jak powrót do przeszłości. A do tego dwa łączniki z teraźniejszością w postaci ukochanych dzieci, czy może być coś bardziej cudownego? Po wyjściu Bartka napisałam do Beaty sms-a z opisem mijającego dnia, pod którego tak wielkim byłam urokiem - o tym, że jestem w Łodzi, że Bartek zdał biologię, że mieliśmy dużo wrażeń. Przyszła odpowiedź: - Wiem Mamo, wyślij to do kogoś innego.
I choć, jak widać, wino przeszkodziło mi w poprawnym rozczytaniu listy kontaktów w swoim telefonie, to spało mi się po nim cudownie i...długo. Bartkowi chyba też, bo rano się spóźnił na spotkanie z nami przeszło godzinę, przez co nie zdążyłam już do fryzjera, który był w moim planie. Ponieważ więc nie miałam już czego realizować, to wykwaterowałam nas z akademika, mimo że wcześniej zrobiłam rezerwację na dwa dni (opcja oszczędnościowa, by nie płacić już niepotrzebnie za drugi nocleg) i wraz z torbą rozpoczęliśmy drugą podróż do Manufaktury. Wcześniej chłopcy pojechali jeszcze do innego fryzjera, który był w ich planie i choć też nie zdążyli na umówioną godzinę, to jednak w przeciwieństwie do mnie, im udało się włosy ściąć.
Spotkaliśmy się na powrót już późnym popołudniem, więc i nasz dzień w Manufakturze przeciągnął się do późna. Moi synowie ruszyli w pogoń za jakimiś lokalnymi atrakcjami: eksperymentatorium, Arena Laser Games, czytelnia w MPiK-u, ja zostałam w fioletowym foteliku przy oknie w roli stróża naszej nieodłącznej torby. I tak też wyglądał dzień trzeci naszego pobytu w Łodzi, bo jak się łatwo domyślić, opcja oszczędnościowa upadła i nie chcąc wracać do domu nocnym pociągiem, musieliśmy się przeprosić z kolejnym noclegiem w Alcatraz. I oczywiście znów dotaszczyć tam pilnowaną cały czas przeze mnie torbę.
Czy czułam się pokrzywdzona rolą bagażowego strażnika, która mi przypadła w udziale? Boże Broń! To było najmilsze nicnierobienie na świecie, pobyt sam na sam ze sobą, w towarzystwie tylko i wyłącznie nie wymagającej ode mnie niczego torby i promieni wreszcie wiosennego słońca, których działanie wyraźnie już czułam zza szyby. Mogłam czytać, pisać, czy też nawet spacerować, (choć akurat nie bardzo miałam pomysł, co zrobić wówczas z bagażem), ale wolałam się cieszyć i delektować wyglądaniem przez okna lub rozglądaniem dookoła. Zobaczyłam wiele ciekawych ludzkich typów, ale największą frajdę mi sprawiało wyobrażanie sobie spacerujących po dziedzińcu osób jako ludzi, dla których to miejsce nie było jeszcze dzisiejszą Manufakturą, lecz jedynie dającą im pracę fabryką Izraela Poznańskiego. Wyobraźnia jest cudownym darem, który potrafi przezwyciężyć czas. Napisałam o tym sms-a do Dorotki, z którą ostatnio bardzo mi się znajomość zacieśnia. “Łódź miłości, tęsknoty i wrażeń...” podsumowała w odpowiedzi. Chyba trafiła w sedno.
- Czy podoba Ci się Łódź? Jaka ona jest? - spytała mnie po powrocie Beata.
- Przy pierwszym spotkaniu z nią, gdy we wrześniu zawoziliśmy Bartka do akademika, miałam mieszane uczucia – wspominałam. - Nie rozumiałam wówczas do końca poprzednich słów Dorotki, która mówiła o fascynacji tym pełnym życia i energii miastem. Wtedy jedynie mogłam przymierzyć moje przekonanie o proletariackim charakterze miasta do wrażeń z miejsc, które przelotem zobaczyłam: ulicy Piotrkowskiej, Manufaktury, pałacu Poznańskiego. To trochę jakbym miała puzzle, których nie umiem jeszcze ułożyć. Teraz w to wszystko weszły uczucia, o których napisała w sms – ie Dorotka oraz moja myślowa podróż w czasie. I po przedarciu się przez swoje pierwotne wyobrażenia poczułam klimat Łodzi. Klimat Ziemi Obiecanej...
Choć teraz wciąż jeszcze zastanawiam się, czy dobrze wytłumaczyłam Beacie to, co myślę. Bo u mnie zrodziła się idea Ziemi Obiecanej jako rodzaj swoistego miksu – to nie tylko klimaty Reymontowskiej powieści, ale też wplecione w nie wyobrażenia odczuć biblijnych Żydów, którzy do takiego miejsca zmierzali.
W każdym razie jeśli wędrówka moim camino już jest rozpoczęta, to bardzo się cieszę, że wiodła przez Łódź. To cudowne i dające siłę uczucie, przejść po drodze przez swoją Ziemię Obiecaną bez względu na to, gdzie ktoś ją ma. Cieszę się również, że do Łodzi muszę wkrótce wrócić (co ma związek z kuponem na nurkowanie dla dzieci). Widać potrzeba mi zebrać więcej sił na dalszą drogę. A przecież żadne miejsce nie nadaje się do tego tak dobrze jak osiągnięta przez nas Ziemia Obiecana.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz