Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/03/40.html
„Tam, gdzie rzeka spotyka się z niebem, zawsze jest piękny dzień!” - głosi wpis na facebooku pensjonatu La Ponton AdaKale. Czy mogłabym się z tym nie zgodzić?
„Skąd nazwa AdaKale?” - to pytanie widnieje w jednym z kolejnych wpisów. I od razu mamy tam odpowiedź: „Ada Kaleh (wyspa Fortăreață) była wyspą na Dunaju, zalaną w 1970 roku wodami zbiornika elektrowni wodnej Portile de Fier I (Żelazne Bramy).
Z rumuńskiej Wikipedii możemy się dowiedzieć znacznie więcej na temat historii miejsca, od którego pensjonat zaczerpnął swą nazwę: „Zamieszkiwało ją około 600 Turków. Wyspa Ada Kaleh była dla mieszkańców regionu popularnym miejscem turystycznym ze względu na niższe (będące zwolnione z podatku) ceny zakupu tureckich przysmaków, biżuterii i tytoniu [przypis w oryginalnym tekście]. Wyspa słynęła także z uprawy róż, z których miejscowi pozyskiwali olejek różany i perfumy” (https://ro-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Insula_Ada_Kaleh?_x_tr_sl=ro&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc).
Niestety, ta opowieść nie ma happy endu: „przed utworzeniem zbiornika Iron Gates (Żelazna Brama) zburzono główne zabytki wyspy. Próba odbudowania ich w dole rzeki na wyspie Šimian w kolejnych latach nie została ukończona, a większość mieszkańców wolała przenieść się do innych regionów Rumunii, np. Dobrudży, lub wyemigrować do Turcji. Pomysł odbudowy wyspy Ada Kaleh nie został jeszcze porzucony, istnieje projekt przywrócenia głównych zabytków i budowli na wyspie Šimian”.
Nie napawa to wyjątkowym optymizmem, ale pozwala wierzyć, że jest jakaś szansa. Mam nadzieję, że kolejne zabytkowe miejsce, stworzone przez poprzednie pokolenia, nie zniknie jednak bezpowrotnie, jak wiele innych, o których słyszeliśmy w tej podróży, z powodu uwzględniania jedynie współczesnych interesów.
A póki co, jak możemy przeczytać w dalszej części wspomnianego powyżej facebookowego wpisu: „Ada Kaleh zniknęła, ale nie została zapomniana. Postanowiliśmy zabrać do naszego pensjonatu wszystkie atrakcje, jakie wyspa ma do zaoferowania. Dobre samopoczucie, relaks i piękna sceneria”.
Korzystamy z tych przymiotów La Ponton AdaKale na maksa. I do tego niespiesznie. Mamy świadomość, że przed nami długa droga i tym bardziej staramy się przed wyjazdem doładować do pełna akumulatory w tym urokliwym miejscu. Jak na prawdziwych wczasach doświadczamy więc beztroski, cieszymy się bliskością natury, olśniewa nas przestrzeń, której poza pensjonatem nie zakłóca obecność innych ludzi...
Pogoda też nam sprzyja - choć po serbskiej stronie gromadzą się ciemniejące chmury, na naszym brzegu kąpiemy się cały czas w blasku słońca.
Dzisiaj, oczywiście, PADA – donosi Beata znad Bałtyku. A ja uświadamiam sobie, że w czasie czterdziestu dni tej podróży, poza króciutkim siąpieniem podczas przeprawy przez chmury w Górach Pontyjskich, nie doświadczyliśmy deszczu. To naprawdę jest czas wyjątkowy, choć już powoli schodzący ze sceny...
szkoda, że nasze wakacje się kończą. Teraz będę się cieszyła Waszymi – odpowiadam Beacie.
Ale oczywiście, zanim to nastąpi, staram się jeszcze wycisnąć na maksa to, co nam zostało do przeżycia przed powrotem do domu. Wychodzę z kubkiem kawy na taras zawieszony nad wodami Dunaju i patrzę jak rumuńscy turyści zarzucają wędki. Złowionych ryb przybywa w mgnieniu oka , nic dziwnego, że właściciele pensjonatu zapraszają do niego na wędkowanie. Poza tym, odbywają się tutaj różnego rodzaju uroczystości: zaręczyny, chrzciny, wesela - przypomina o tym sprzęt zgromadzony w otwieranej pewnie na takie okazje przytarasowej restauracji. Jest też miejsce do zabawy dla dzieci i basen – również uznaję, że dla nich, bo mimo iż wielki, to rozporowy. Chociaż... już na nowszych zdjęciach obiektu z jesieni widzę wpuszczoną w ziemię betonową nieckę basenową.
Bardzo gorąco kibicuję właścicielom pensjonatu i rozwojowi ich interesu, więc te modernizacje w udogodnieniach cieszą mnie niezmiernie. Docenia je również pośrednik, dzięki któremu zarezerwowaliśmy tu nocleg. I tak podczas ferii zimowych można było przeczytać na Pontonowym facebooku: „Z radością i wdzięcznością chcemy podzielić się z Wami wspaniałą wiadomością! 🤗 La Ponton Adakale została uhonorowana nagrodą „Traveller Review Award 2024” przyznawaną przez Booking.com! To prawdziwa radość, że doceniono nasze wysiłki w zapewnieniu niezapomnianych wrażeń”.
I tu następny z cytatów z tego samego źródła: „Każdy gość jest wyjątkową częścią historii Ponton Adakale! Nie możemy się doczekać ponownego spotkania z Państwem podczas kolejnego wypadu nad brzeg Dunaju”.
Nigdy wcześniej nie czułam się wyjątkową częścią historii, więc teraz pękam z samozadowolenia. Nie tylko pensjonat, jak widać, dostał swoją nagrodę. Chociaż i bez niej miałam w sobie głęboką wdzięczność, że mogę tak zachwycająco spędzić ten dzień powrotu do Polski.
„Dziś zostawiamy zmartwienia w domu i skupiamy się na chwili obecnej.🤞” przeglądam dalej konto obiektu. Jestem więc w "tu i teraz". Obserwuję, słucham, smakuję… Życie wokół mnie toczy się powoli, nie poganiane do przodu. Promienie słońca delikatnie wnikają w moją skórę. Woń świeżej kawy miesza się z zapachem rzeki i obrastających ją traw. Rumuńscy turyści uruchomiają jedną z łodzi przycumowanych do naszego tarasu i robią dzieciakom wycieczkę po Dunajowych falach. Ja wolę cieszyć się ich widokiem z brzegu, na wodzie cykor jestem po prostu i tyle...
*
Naddunajska droga jest po prostu przepiękna i do tego bardzo ciekawa. Mijamy przystanie żeglugi rzecznej, przyglądamy się ogromnym barkom załadowanym przeróżnymi towarami i zaczynamy zdawać sobie sprawę z roli tej rzeki w życiu całych narodów. O ile jeszcze podczas zwiedzania Turcji udawało nam się co nieco poczytać na temat miejsc, przez które przejeżdżaliśmy, to już w drodze przez Rumunię nie mieliśmy czasu, by choć rzucić okiem na stronę jakiegokolwiek przewodnika. Jakież więc było nasze zdumienie, gdy naraz znaleźliśmy się w miejscu zwanym rumuńskim Przełomem Dunaju, dla którego przyjeżdżają w te strony ludzie z całego świata. Tam, gdzie rzeka rozdziela Karpaty Południowe od Gór Wschodnioserbskich. Gdzie widoki nie mają sobie równych.
Dopiero po powrocie mogłam przeczytać na stronie https://idealbonieide.com/2023/10/17/zelazna-brama-rejs-totalnie-pieknym-przelomem-dunaju/ piękny tekst na temat tej okolicy: „Rzeka niezwykła, o dziesiątkach twarzy, pozwalająca na delektowanie się nią na niezliczone sposoby. I (...) jestem gotów się założyć, że przeszło 100-kilometrowy odcinek pomiędzy Serbią i Rumunią jest fragmentem najbardziej widowiskowym. Albo takim, który powinien wylądować w ścisłej czołówce”.
I jeszcze jeden blogowy cytat: „Na przełomie Dunaju rozróżnia się pięć osobnych kanionów: Gornja Klisura, Gospodin Vir, Veliki Kazan, Mali Kazan i Sipska Klisura. Najbardziej efektowny jest 7 km odcinek Veliki Kazan (Wielki Kocioł), gdzie koryto rzeki zawęża się do 147 m, a wapienne ściany wznoszą się na 800 m. (...) w miejscu o nazwie Gospodjin Vir głębokość Dunaju sięga 82 metrów, co czyni Dunaj najgłębszą rzeką na świecie” (https://turystykaizdrowie.wordpress.com/2018/03/29/serbia-zelazne-wrota/).
Nie mogę się jednak powstrzymać przed zacytowaniem tutaj ostatniego już, (choć może nie na pewno;), blogera (http://balkany.travel.pl/widokowa-trasa-34-przelom-dunaju/): „Przełom Dunaju to jedno z ciekawszych miejsc w Karpatach i na Bałkanach. Rzeka przedziera się tu przez potężne góry tworząc potężne przełomy. Kiedyś były to najbardziej zdradzieckie i niebezpieczne miejsca dla pokonujących Dunaj statków”. Zgodnie z legendą, to za namową swej żony - nimfy wodnej Sieglinde, duch skał i wirów wodnych ukształtował okolicę w taki sposób, by stanowiła zaporę dla żeglarzy.
„Dopiero po wybudowaniu Żelaznej Bramy – potężnej zapory i śluzy, wody w tym miejscu stały się bardziej bezpieczne. Podziwiać to miejsce można na kilka sposobów, ze statku, z okolicznych szczytów lub z widokowych tras poprowadzonych brzegiem zarówno po stronie rumuńskiej jak i serbskiej” kontynuuje autor wspomnianego bloga.
Teren ten jest chroniony zarówno w Rumunii, jak i w Serbii. Po rumuńskiej stronie rzeki znajduje się Park Krajobrazowy Żelazne Wrota, a po serbskiej Park Narodowy Derdap.
Na dotarcie tam wówczas, gdy byliśmy w Serbii, po prostu zabrakło czasu. Od tamtej pory jednak pozostało nam w głowach marzenie choć o łypnięciu okiem na naddunajską twierdzę Golubac, położoną na serbskim brzegu rzeki i wyznaczającą zachodnią granicę parku narodowego. Lecz obiekt jest też widoczny podczas przejeżdżania trasą rumuńską. I my właśnie nią zmierzamy w tamtym kierunku.
Ale po drodze mamy jeszcze jedno miejsce, w którym zatrzymują się wszyscy turyści. Dojeżdżamy do obiektu oznaczonego napisem Viaductul Mraconia. Przejeżdżając nim, po lewej stronie można zauważyć nad wodą wykutą w skale ogromną twarz (42.9 m wysokości i 31,6 m szerokości). To wizerunek Decebala, ostatniego z dackich królów. Według Wikipedii Dakowie to „starożytny lud pochodzenia trackiego zajmujący Dację – tereny lewobrzeżnego Dunaju, na obszarze mniej więcej obecnego państwa rumuńskiego i częściowo węgierskiego” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Dakowie).
Decebal panował w latach 87- 106. Wsławił się w dackiej historii tym, że walczył przeciwko Rzymianom, chcąc zachować niepodległość swego kraju. Lecz ta historia nie ma szczęśliwego końca. Jak można się dowiedzieć również z Wikipedii, rzymski cesarz Trajan „W 106 roku okrążył stolicę, zmuszając Decebela do ostatecznej kapitulacji. Ten jednak wraz z częścią oddziałów zdołał uciec z okrążonego miasta, jednak podczas zmierzania do twierdzy Ranisstorum został dogoniony przez żołnierzy rzymskich. Chcąc uniknąć schwytania, popełnił samobójstwo, po czym jego głowę i prawe ramię wysłano do Trajana. Cesarz upamiętnił swoje zwycięstwo, wznosząc Kolumnę Trajana w Rzymie” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Decebal).
Bohaterstwo Decebala zostało docenione przez potomnych. Według informacji na stronie https://imperiumromanum.pl/ciekawostka/potezna-rzezba-glowy-decebala-krola-dakow/: „Władca ten po dziś dzień jest czczony. (…) Ku jego pamięci zdecydowano się wykuć w skalnej ścianie jego olbrzymi wizerunek. Pomysł pojawił się w roku 1985, w głowie bogatego rumuńskiego [zamieszkującego Włochy – przyp. aut] biznesmena, Iosifa Constantina Drăgana. Jego uwagę przykuła olbrzymia skała o 128 metrach wysokości, znajdująca się w tzw. Żelaznej Bramie. Czynnikiem decydującym o wyborze miejsca był także fakt, że po drugiej stronie Dunaju znajduje się Tabula Trajana – pomnik wspominający podbicie przez Rzymian Dacji. Prace rzeźbiarskie zaczęły się w 1993 roku, kiedy to góra skalna została zakupiona przez biznesmena.”
Do wstępnego uformowania skały użyto tony dynamitu. Zatrudniono tam też alpinistów. Jak można przeczytać dalej pod wspomnianym linkiem: „Przy projekcie pracowała grupa specjalistów pod kierownictwem włoskiego rzeźbiarza Mario Galeotti’ego. Przed rozpoczęciem właściwych prac, trzeba było zebrać próbki skalne, aby określić wytrzymałość materiału. Problemem przy rozpoczęciu prac było dostarczenie maszyn i narzędzi dla robotników, które ostatecznie przetransportowano na łodziach. Robotnicy musieli wspinać się na podstawę skały, by potem poruszać się po zamontowanych rusztowaniach. Był to zdecydowanie najbardziej niebezpieczny moment prac i zabierał dziennie pół godziny”. To jednak nie koniec trudności, na które byli narażeni robotnicy. W internecie wymieniono jeszcze ciepło i gniazda żmij. Nic więc dziwnego, że prace trwały dziesięć lat. Dwunastu robotników wykonywało rzeźbę od marca do października na dwie zmiany przez sześć godzin dziennie.
Głowa Decebala jest obecnie jedną z atrakcji turystycznych rejonu. Nie sposób przy niej zaparkować w pogodny, sierpniowy dzień. Miejsce parkingowe znajdujemy dopiero za Monastyrem Mraconia, który stanowi następny cel odwiedzających tę okolicę turystów. Mogłabym wprawdzie podejść z tego miejsca do wiaduktu, by sfotografować Decebala, ale szkoda mi męża, który musiałby na mnie w upale dłuższą chwilę czekać. Dla niego przebycie tej drogi jest niemożliwością, ze względu na konieczność pokonania znacznie krótszej trasy odpuszcza nawet zwiedzanie monastyru. Zdaje mi się, że niewiele traci - świątynia jest nowa (w 1993 roku położono pod nią kamień węgielny, w 1955 roku założono klasztor w miejsce poprzedniego, w 2000 roku zakończono przy nim prace), odtworzona powyżej poprzedniej. Poza bajecznym położeniem nie wyróżnia się niczym szczególnym.
Ciekawa jednak jest jej historia. Pierwotna świątynia powstała prawdopodobnie w XV wieku, później wielokrotnie była zdobywana przez tych, którzy władali tymi terenami. Podczas wojny rosyjsko – austriacko – tureckiej w latach 1787 i 1792 została zburzona, lecz ją odbudowano. „Budowa hydroelektrowni Żelazne Wrota I ukończona w 1967 roku spowodowała, że klasztor został zniszczony, a jego ruiny zalane zostały wodami rzeki. Przez jakiś czas, monastyr był znany pod nazwą „Podwodny Monastyr Mraconia” (https://rumunia.travel.pl/monastyr-mraconia/). Podobno przy niskim poziomie wody w Dunaju mogą się odsłaniać częściowo jego ruiny wraz z zatopionymi wsiami (podaję za https://tropster.pl/rumunia/przelom-dunaju), ale zdaje mi się, że przy tej głębokości rzeki to raczej jakaś legenda miejska. Sama nazwa Mraconia znaczy „ukryte miejsce” albo też „ciemne wody”. Oprócz tego, że dotyczy monastyru, to odnosi się również do oznaczenia zatoki z głową Decebala.
*
Polecam, polecam, polecam… Jeśli ktoś będzie zwiedzał Rumunię, to okolice Żelaznych Bram (Wrót) są naprawdę godne odwiedzenia. My też obiecujemy sobie jeszcze tu powrócić. Eh, życie, jakieś ty nieprzewidywalne…
W porównaniu do trasy kończącej się na Wschodzie Turcji, dojazd z domu nad Dunaj jawi nam się w tamten dzień jako bułka z masłem. Zatem jesteśmy przekonani, że na pewno uda nam się znów przyjechać. I nawet w dalszej drodze wybieramy sobie pensjonaty nad wodą, w których moglibyśmy się wówczas zatrzymać. Wygląda na to, że jest ich tutaj bez liku i na dodatek w większości wyglądają naprawdę jak z folderów reklamowych.
I na tym upływa nam następna część podróży, aż dojeżdżamy do miejsca, gdzie rzeka rozlewa się tak szeroko, iż właściwie przypomina jezioro. To właśnie tam umiejscowiona jest twierdza, która była obiektem naszych westchnień od czasów podróży z okazji 34 rocznicy ślubu. I to nic, że jest na przeciwległym brzegu – marzenie się spełniło i my to spełnienie czujemy...
Na dodatek jest już na tyle późno, że zaczyna się zachód słońca. I choć widziałam ich w tej podróży bardzo wiele, to przyznać muszę, że ten jest najpiękniejszy ze wszystkich. Specjalnie dla nas słońce dało popis wirtuozerii najwyższej klasy. Staliśmy oczarowani feerią kolorów rozlanych na niebie i wodzie, póki nie skrył się w niej ostatni promyk. Nie byliśmy w stanie oczu od tego widoku oderwać, zwłaszcza, że mieliśmy przed nimi na tym czerwono płomiennym tle naszą wymarzoną twierdzę.
Jej nazwa nawiązuje do gołębia (gołębiec?) i jest związana z pięknymi legendami.
„Niektórzy miejscowi uważają, że miejsce to nazwano w ten sposób, ponieważ pewna uwięziona w wieży królowa z nudów zajmowała się dokarmianiem gołębi, które później „na dziko” zagnieździły się w zamku” napisano na stronie https://nawakacje.eu/zamek-twierdza-golubac/.
Inne wyjaśnienie głosi, że niektóre wieżyczki przypominają te ptaki przycupnięte na skałach. „Pierwsze fortyfikacje w tym miejscu pojawiły się już w I wieku naszej ery, kiedy to Rzymianie wybudowali tutaj niewielką osadę, w której jeśli wierzyć legendom, bywał również sam cesarz. Została ona jednak zniszczona przez Hunów i jej pozostałości nie przetrwały do dzisiejszych czasów. Obecne umocnienia pochodzą z drugiej połowy XIII w. Zamek ten został wybudowany przez Węgrów. (…) Obecnie forteca jest częściowo zalana wodą Dunaju, ponieważ po wybudowaniu zapory, rzeka podniosła swój poziom nawet o 30 metrów” kontynuują autorzy wspomnianej powyżej strony.
W roku 1391 twierdzę tę zdobyli Turcy. Według kolejnej legendy „Osmański dowódca miasta zakochał się w pięknej miejscowej dziewczynie o imieniu Golubana. Dziewczyna odmówiła wejścia do jego haremu za co została okrutnie ukarana. Została przykuta do skały, aby odpokutować, co doprowadziło do jej śmierci. Ku jej pamięci twierdza została nazwana Golubac, a skała, która wystaje na środku z dna Dunaju „Baba-kaj”, co po turecku znaczy „skrucha” (https://www.gdziesloncedlanaswschodzi.pl/twierdza-golubac-serbia-zawisza-czarny/).
Przechodząc znów od legend do historii, za Wikipedią można podać tu informację, że twierdza „Przez wieki przechodziła z rąk do rąk Węgrów, Turków, Serbów i Habsburgów, by w 1867 roku znaleźć się w posiadaniu Serbii” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Twierdza_Golubac).
Według tureckiej legendy dwóch janczarów miało się pokłócić o to, który z nich wziął Zawiszę do niewoli, aż w końcu jeden z nich miał ściąć rycerzowi polskiemu głowę” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Golubac).
A wracając do faktów - w twierdzy znajduje się tablica upamiętniająca Zawiszę Czarnego w dwóch językach – polskim i serbskim. Rycerza nazwano tam symbolem odwagi i prawości.
My niestety jej nie zobaczymy. Choć mamy bardzo blisko do przejścia granicznego z Serbią, to nie jesteśmy jednak przygotowani na przekroczenie granic Unii Europejskiej. Nie wiemy, ile to mogłoby zająć czasu, a robi się coraz później. Obieramy kurs na Timișoarę i z czułością żegnamy się z pięknym i modrym Dunajem...
Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/05/na-potrzeby-noclegu-tranzytowego-i-paru.html
GALERIA - Najpiękniejszy zachód słońca pod Twierdzą Golubac




































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz