Jestem podekscytowana wyjazdem do Ani od chwili otrzymania zaproszenia. Tak bardzo cieszę się z planowanego spotkania. Wprost nie mogę się doczekać wyjazdowego weekendu i odliczam dni do jego nadejścia.
W międzyczasie wypożyczam „Ziemię obiecaną” Reymonta i wieczorami przed zaśnięciem „wczuwam się” przy jej lekturze w łódzki klimat. Nie byłam (z wyjątkiem przejazdów) w tym mieście już ponad osiem lat. Z Anią zaś ostatni raz widziałam się w okolicznościach pogrzebu męża:(. W jej życiu zaszły ostatnio zmiany - moja ukochana dziewczyna znów jest sama i nie dzieląc z nikim swojego życia (wierzę, że chwilowo), zdecydowała się podzielić ze mną swoim czasem w te trzy marcowe dni.
Zajmuję więc wraz ze swoją „Ziemią obiecaną” miejsce w wagonie i z powodu wielkiej ekscytacji podróżą zupełnie nie mogę się skupić na czytaniu. Ania wyjeżdża po mnie na dworzec. Zakupiła ostatnio małego Citroena i z dumą prezentuje się jako świetny, miejski kierowca.
Mieszkanie, które zajmuje z dwoma króliczkami ma dwa pokoje. Właściwie nic się w nim nie zmieniło od chwili, gdy się tam wprowadziła. Właściciel w nie kompletnie nie inwestuje. I nie robił tego na długo przed wynajęciem swojego lokalu Ani.
Trochę to dołujące, że dziewczyna nie może mieszkać w lepszych warunkach. Ale Ania znajduje sobie plusy tego zakwaterowania. Mieszkanie jest w samym centrum Łodzi, od skrzyżowania z Piotrkowską dzielą je trzy kamienice, a i odległość od miejsca pracy jest zaledwie kilkuminutowa. No i co najważniejsze – właścicielowi nie przeszkadza obecność zwierząt w pomieszczeniach.
Witam się z króliczkami i zagospodarowuję się w jednym z pokoi. Z dumą prezentuję Ani lekturę, którą z sobą przywiozłam. Mam przeświadczenie o jej adekwatności do charakteru mojej podróży. A Ania podczas naszego wieczornego spaceru pokazuje mi w zamian jeden z łódzkich murali. Na wyjściu z Off Piotrkowska można przeczytać na murze jeszcze bardziej adekwatny do sytuacji napis. Głosi on, że jest to... „ZIEMIA OBESRANA”.
No i to by było na tyle, jeśli chodzi o wysoką kulturę:).
*
Z powodu niedawnej wizyty w Neapolu porównania z tym miastem nasuwają mi się w Łodzi same. Z przemieszaniem miejsc ładnych i luksusowych z brzydkimi i zaniedbanymi mamy tu do czynienia w sposób omalże ciągły. Niestety tych ostatnich, w moim odczuciu, jest wciąż znacznie więcej. Zastanawiam się, jak czują się ich mieszkańcy. Przecież otaczanie się brzydotą i dziadostwem na każdym kroku musi wyciskać na nich jakieś piętno. Ze względu na to Bartek nie lubił Łodzi. Przyjechał tam z pięknego osiedla w pięknym Krakowie i czasem mam wrażenie, że w łódzkich klimatach czuł się chwilami jak na zesłaniu.
Ania się z takim stanem rzeczy godzi. Ponieważ Łódź nie okazała się tylko krótkim przystankiem na drodze życia, trzeba było jakoś sobie z tym poradzić. Dziewczyna wybrała, moim zdaniem, najlepszy na to sposób. Koncentruje się na pozytywnych stronach miasta. A tych jest rzeczywiście wiele. Łódź zmienia się na lepsze i to rzuca się w oczy nawet tym, którzy ją tak rzadko odwiedzają jak ja. Poza tym, miasto ma naprawdę ciekawą ofertę kulturalną i gastronomiczną. Z Anią pochodziłyśmy trochę po licznych, choć niewielkich parkach (z pięknie rozkwitającymi wiosennymi kwiatami) i całkiem dobrze zjadłyśmy w jednej z wielu restauracji (podobno wraz z pubami na samej tylko Piotrkowskiej jest ich około setki). Do teatru wprawdzie nie udało nam się w ostatniej chwili kupić biletów, ale to może tylko dlatego, że okazałyśmy się wybredne i nie miałyśmy (morderczego) nastroju na spektakl, na którym publiczność miała wybrać, kto z bohaterów sztuki zostanie zamordowany:).
Byłyśmy za to na cmentarzyku dla zwierząt. Odwiedziłyśmy grób Helenki, która wraz z Bogusiem stanowiła pierwszą króliczą parkę pod opieką Ani. Cmentarzyk okazał się taki, jak opowiadała wcześniej – przepełniony miłością, czyli, wbrew logice, napawający optymizmem. Oprócz typowo „ludzkich” atrybutów cmentarnych, takich jak: kwiaty, znicze, marmurowe pomniki, znajdujemy tam kolorowe wiatraczki, kręcące się na wietrze, zabawki ulubieńców i ich figurki, a także fotografie. Dowiadujemy się tym sposobem, że każde zwierze może być najlepszym przyjacielem, którego śmierć powoduje dotkliwe poczucie utraty. Na cmentarzyku pochowano wespół w zespół konia, świnkę, krokodyla wraz na przykład z chomiczkiem, koszatniczką czy też szczurkiem. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu, ale odjeżdżam nie tylko z radością, że ono jest, ale też z rozbrzmiałym w sercu jego hasłem reklamowym: „Nie opuszczaj mnie, gdy odejdę”.
*
Aby dostać się z ulicy Malowniczej, na której mieści się zwierzęcy cmentarzyk, do Uniejowa, trzeba przejechać przez całą Łódź. Przeprawa trwa ponad godzinę, a ja, zmęczona ostatnimi emocjami, co chwilę przysypiam po drodze. Przejeżdżamy przez całkiem ładne zielone tereny, wszędzie można zauważyć oznaki rozpoczynającej się wiosny. Z mostu na Warcie widać już uniejowskie atrakcje, które do tej pory mogłam oglądać jedynie w internecie: Zagrodę Młynarską, wieżę kolegiaty z XIV wieku, a także zamek z tego samego okresu. No i oczywiście termy – to dla nich tu przede wszystkim przyjechałyśmy. Ania stara się jak tylko może, by mi sprawić przyjemność, a nic jej nie jest w stanie sprawić tak bardzo, jak kąpiele w termalnych wodach.
Od razu czuję się jak na najlepszych wakacjach. Nie mogłabym sobie wymarzyć wspanialszego relaksu. Nawet zaniedbywane od miesięcy kolana przestają mnie boleć. Tak dawno nie byłam w takim miejscu. I dopóki tu nie przyjechałam, to nawet nie do końca miałam świadomość, że tak bardzo mi się tego chciało.
Oczywiście Uniejów ma do zaoferowania znacznie więcej turystycznych możliwości. Snujemy z Anią plany o spacerach brzegiem rzeki, po zamkowym parku i uniejowskim rynku. Ale w końcu okazuje się, że na wszystko poza kąpielami zabraknie nam czasu. Ledwie jeszcze go starcza, żeby podjechać do miejscowego browaru. Nie, nie tylko na piwo, obiad też tam zjadłyśmy:).
Dzień, jak poprzedni, zakończył wieczór filmowy z pogaduchami i sycylijskim winem (było też takie polecane przez sommeliera z Lidla:) – ach, jak szybko mija dobry czas w miłym towarzystwie. Ten wyjazd to mój najlepszy imieninowy prezent.
*
Lata po.
Być może przyszła pora, by zrobić jakiś porządek w przeszłości. Choć częściowo się z nią rozliczyć. Zapytać, czemu w pewien słoneczny marcowy ranek 2011 roku dała mi tyle nadziei i optymizmu, skoro tak naprawdę było to tylko preludium do tragedii, która miała się dla mnie wydarzyć w tym mieście?
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/03/ziemia-obiecana-zakupy-grupowe-gdybym.html
Tak, 13 lat temu siedziałam w tym samym miejscu i czułam ogromną radość, wynikającą z samego tylko oczekiwania na spotkanie z Bartkiem. Co z tego zostało, gdy jego już z nami nie ma? Gdy żadne antydepresanty, ani żadne żałosne próby zapełnienia pustki po nim jej nie zapełniają?
„nie zapominajmy jak bardzo jesteśmy delikatni
Deszcz pada, ciągle będzie padał
jak łzy spadające z gwiazd, jak łzy spadające z gwiazd
Deszcz pada, ciągle będzie mówił
jak bardzo jesteśmy delikatni”
https://lyricstranslate.com/pl/fragile-delikatni.html
W innych przekładach słowo „delikatność” zastąpione jest przez „kruchość”. Jak tyle razy w ostatnich latach i teraz też myślę o tym, jak kruche jest zawarte w nas życie. I jak bardzo nie chcemy o tym pamiętać.
Czekam teraz aż Ania skończy pracę. Na moją prośbę, pojedziemy później na miejsce, z którym również chcę się rozliczyć podczas tego pobytu. Tam, gdzie trwają prace rozbiórkowe dawnego akademika Akademii Medycznej. To w nim właśnie umarł mój syn. Bez względu na to, jak to przeżyję, chcę raz jeszcze w tamtym miejscu spotkać się z jego śmiercią. To dla mnie trochę jak wizyta na cmentarzu.
Żegnam się już z Manufakturą. Pora wracać do mieszkania Ani. Otulić się ciepło i wyjść na zewnątrz w sam środek zimy, która nagle postanowiła powrócić. Zamiast deszczu zaczął padać śnieg, ale to wciąż łzy, choć zamarznięte - spadające z gwiazd. Te, które mają nam przypominać o naszej kruchości.
*
Mimo że, jak dowiedziałam się z wyświetlonego w Manufakturze napisu, na 18 marca przypadał Międzynarodowy Dzień Słońca, (NASA), to jednak wyprawa pod akademik była wyprawą omal na biegun. Zimno, wiatr i padający śnieg dały nam się mocno we znaki. Zwłaszcza, że miałyśmy do przejścia spory kawałek drogi. Przedzierałyśmy się przez uniwersytecki kompleks Centrum Kliniczno – Dydaktycznego, nawigując między kolejnymi budynkami przeznaczonymi zarówno dla pacjentów, jak i dla studentów. Ledwo wyszłyśmy poza wyjazd z kampusowego parkingu, gdy Ania z zaskoczeniem stwierdziła, że budynku akademika, do którego maszerujemy, już... nie ma.
- Stąd byłoby go widać – zaznaczyła po chwili.
Rzeczywiście wkrótce doszłyśmy do ogrodzonego placu, na którym zniknęły już nawet ślady rozbiórki. Na świeżo wzruszonej warstwie ziemi wypuszczały pierwsze kiełki nasiona wiosennych traw. Jakby nigdy nic innego tam nigdy nie było.
Ania popatrzyła na mnie z obawą. Nie wiedziała, jak to przyjmę. Ale mnie widok młodziutkich, kruchych ździebełek roztkliwił. W miejscu, gdzie wcześniej królowała śmierć, kiełkowało nowe, zielone życie. Jakby zasiane nasiona czerpały energię z tego, co tu zastały. Z poprzedniego życia, które się już skończyło.
Poczułam taki rodzaj radości ,jak wówczas, gdy zobaczyłam, że na grobie Luny zakwitła posadzona przeze mnie róża. Trudno to wytłumaczyć, ale wolę kontynuację życia w jakiejkolwiek bądź formie od rozrachunków ze śmiercią, choćby tylko myślowych. To jakby zwycięstwo nad nią, widoczne w takich oznakach.
- Jakaś historia się domknęła – próbuję o tym opowiedzieć Ani. Ale tak naprawdę mam na myśli wiele zakończeń. - To dla mnie koniec historii tego miejsca, koniec historii akademika, koniec historii Bartka…
Jeśli jakaś część jego duszy unosi się tam jeszcze nad tą kiełkującą trawą, to teraz znalazła się naprawdę w ładnym otoczeniu. Na przeciwko ogrodzonego placu powstał nowy budynek użytkowany przez Uniwersytet Medyczny. Przechodzimy koło niego w momencie, gdy opuszcza go rzesza studentów. Zostawiam Bartka między nimi. Myślę, że teraz dla niego to najlepsze miejsce, skoro możliwość doświadczenia jakichkolwiek późniejszych etapów życia zamknęła się przed nim bezpowrotnie.
My z Anią zaś powracamy do rzeczywistości, która dzieje się przeszło osiem lat później. Przemarznięte odpuszczamy spacery po parkach w okolicy, choć taki był zamiar przed wyjazdem do akademika. Po powrocie do mieszkania nie chce nam się ponownie nawet nosa wychylić za próg. Odpuszczamy kolejne punkty programu: wizytę na termach w Poddębicach, a nawet wyjście do restauracji na obiad. Czas płynie niespiesznie na pogawędkach, a ja łapię ostatnie chwile spotkania z Anią.
*
Żegnam się już z Łodzią. Myślę, że nie będę za nią tęskniła (co nie dotyczy oczywiście Ani). Widoków z okna nie fotografuję. Z obu pokojów u Ani widać tak naprawdę to samo – parking, plac po wyburzonej budowli, za nim mury szarych bloków. Różnica jest tylko taka, że z jednego można jeszcze zobaczyć ciąg garaży, a z drugiego całkiem ruchliwą ulicę. Myślę o swojej zieleni za wszystkimi oknami salonu i zastanawiam się, czy mogłabym się przyzwyczaić do zmiany na tego rodzaju krajobraz dokoła siebie. Ale coś mi się zdaje, że czułabym się wówczas równie uwięziona w tym mieście jak kiedyś Bartek.
Żegnam się już z króliczkami. To wyjątkowo miłe, grzeczne i czyściutkie zwierzątka. Nietulaśny Boguś w dalszym ciągu stroni od jakichkolwiek pieszczot, ale Miruś już chwilami pozwala się głaskać po mięciutkim futerku. Nawet we dwójkę są mniej absorbujący od jednego pozostawionego w domu podstarzałego kota, któremu w marcu nieodmiennie odpala się tryb młodości:).
W końcu żegnam się z Anią. Wyruszymy w dwie różne strony – ona na spotkanie w Manufakturze, ja po spakowaniu do walizki swojej „Ziemi obiecanej” pojadę taksówką na dworzec. Z nieba wciąż będą spadały łzy ronione przez gwiazdy. W pociągu znów nie będę mogła czytać, tym razem z powodu nadmiaru wrażeń i cisnących się do głowy refleksji. Słodko – gorzkich. Dokładnie takich, jak ten pobyt w Łodzi.
Całej słodyczy Ani i jej niezwykłej, troskliwej i ukierunkowanej na moje potrzeby gościnie, towarzyszyła jednak gorycz, płynąca z przeszłości. Wiedziałam, że to nieuniknione i że kiedyś muszę się z nią zmierzyć. Zrobiłam to i dzięki wspierającej, czułej obecności przy boku mojej łódzkiej przewodniczki wyszłam z tego obronną ręką. Dziękuję Ani z całego serca. Dziękuję słodko – gorzkiej Łodzi.
Wracam do domu bogatsza o to doświadczenie. I bardzo zadowolona z pobytu. Chyba udało mi się domknąć też jakąś swoją historię.
Na korkowej tablicy u Ani znajduję hasło księdza Tischnera: "Gdy człowiek nie wie, co zrobić, sumienie mówi mu tylko jedno: szukaj”. Szukam. Staram się radzić sobie z moją stratą na wszelkie możliwe sposoby.
W Łodzi Ania opowiedziała mi historię pana, który wykonywał na murach stemple swojego pieska w różnych ujęciach. Starał się go w ten sposób uwiecznić po śmierci i ocalić od zapomnienia. Urzekło mnie to i skłoniło do wypatrywania jego murali. Cóż, każdy musi sobie znaleźć swój własny sposób...
P.s. Moje łódzkie portrety zrobiła Ania💖































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz