Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/02/w-przeciwienstwie-do-poprzedniego-dnia.html
Nasz pobyt w Turcji zaczął się z zachwytem i z zachwytem się kończy. Ranek budzi nas wschodem słońca nad Morzem Marmara, znów jakby żywcem przeniesionym z reklamy wakacji marzeń. To jest niesamowite, że mogę go oglądać nawet z łóżka. Zaczyna się kolejny piękny dzień naszej podróży.
Niestety jednocześnie jej nadmorski etap nieodwołalnie się kończy, choć jeszcze poprzedniego dnia nosiliśmy się z zamiarem przedłużenia pobytu, bo wciąż mieliśmy (to znaczy ja) wakacyjny niedosyt. W tej sytuacji machnęliśmy ręką na to, że jakość hotelu wyraźnie rozmija się z ceną oraz na jego "niedoskonałości";). Przecież dopiero co osiedliśmy na czterech literach po objeździe omal całej Turcji, uznaliśmy zatem, że potrzeba nam pięknego i niespiesznego finiszu.
Lecz cóż z tego, gdy nieoczekiwanie przydarza się nam przygoda, która każe inaczej spojrzeć na dalsze przebywanie w Safir Beach Hotelu.
Sprawa jest o tyle poważna, że dotyczy naszego bezpieczeństwa. Otóż gdy mąż wyszedł z kąpieli (tak, niedosuszony, bo ręczników kąpielowych też brakowało w tym, mającym pretensje do czterech gwiazdek, obiekcie), to poraził go prąd. Nie, to nie było z powodu dotykania jakichś urządzeń elektrycznych. Mąż nie zrobił niczego ryzykownego. Ot, zwyczajnie stanął mokrą stopą na płytkach w pokoju, gdzie musiało zrobić się jakieś przebicie. Było to bardzo bolesne i jednocześnie przerażające. Zdaliśmy sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiemy, jakie jeszcze niebezpieczeństwa czyhają na nas z powodu niedbałości właścicieli. I zmieniła nam się zupełnie optyka patrzenia na przestrzeganie wszelkich norm i zasad w Turcji.
Do tej pory na przykład mąż wprost nie mógł się nachwalić takiego chyba nie do końca (przynajmniej w praktyce) sformalizowanego procesu zatwierdzania i przeprowadzania kontroli tureckiej działalności biznesowej w zakresie budowy i remontowania różnego typu obiektów. W mężowej opinii prowadziło to do niespotykanej na tak wielką gdzie indziej skalę eksplozji budownictwa i związanych z nim gałęzi przemysłu. A co za tym idzie do szybkiego rozwoju kraju i bogacenia się jego obywateli. Mąż porównywał to oczywiście do długotrwałych, ciągnących się w nieskończoność polskich procedur w tym zakresie i wspominał doświadczenia, które były jego udziałem na etapie projektowania i nadania konkretnego kształtu zarówno naszemu budynkqwi mieszkalnemu, jak i pomieszczeniom firmowym. Rzeczywiście w tamtym czasie dostosowywanie się do wyśrubowanych norm i utrudniających prace na każdym kroku przepisów jawiło nam się jako koszmar, bardzo skutecznie przedłużający oddanie obiektów do użytku. Ale z drugiej strony, ktoś czuwał nad tym, żebyśmy potem mogli spać spokojnie. I byśmy, nie znając się przecież na budownictwie, nie ryzykowali swoim bezpieczeństwem, a być może i życiem.
W Turcji to działa chyba trochę inaczej. Mam wrażenie, że tu każdy robi to, co mu pasuje, uważając się za specjalistę od wszystkiego. Rzeczywiście skutkuje to często niedoróbkami i różnego typu błędami. Pół biedy, jak odbijają się one na estetyce, czy na wykończeniu, gorzej, gdy stwarzają, jak w przypadku naszego hotelu, realne zagrożenia dla użytkowników. I nie jest to chyba tylko moje gdybanie, skoro sprawa trzęsienia ziemi na tureckim Południu pół roku po naszej podróży ujawniła bardzo wiele takich sytuacji i zaniedbań. Ale nie chcę tu wybiegać tak daleko w przód, dotykając tragedii, do której nie sposób wręcz zbliżyć się żadnymi słowami…
Przez cały pobyt w Turcji staraliśmy się niczego nie oceniać pochopnie i zbyt szybko. Ale w sytuacji porażenia prądem ocena i decyzja pojawiły się prawie na biegu. Żegnamy się z Safir Beach Hotelem na dobre. Tym samym to pożegnanie z morzem, całym rejonem Marmara, a nawet niestety z Turcją. Szkoda, że nie możemy tu zostać jeszcze tej dodatkowej nocy, bo już się na to nastawiłam, ale nie ma co niepotrzebnie się narażać. Przestraszyliśmy się nie na żarty.
Na odchodnym opowiadam sprzątającej pokój Rosjance, co nam się przydarzyło, to ona będzie wkrótce myła podłogę w naszym pokoju, więc niech lepiej na siebie uważa. Ale kobieta najwyraźniej mi nie dowierza, patrzy na mnie jakbym wymyślała niestworzone historie - nie wiem, czy to tak naprawdę, czy tylko z obaw o wizerunek hotelu, którego właściciele są z nią w bardzo dobrej komitywie (choć nie ma ona zbyt dobrego zdania o Turkach). No cóż, została ostrzeżona, a co z tym zrobi, to jest jej sprawa. Na poznaną poprzedniego dnia, od niestety nie najlepszej strony, męską część obsługi szkoda mi nawet zachodu, nie przyjechałam przecież do tego hotelu, by codziennie kopać się z końmi. Proszę Rosjankę, by przekazała panom informację od nas i wynoszę walizki do auta.
Opuszczamy z ulgą pokój, ale jeszcze nie hotel. Próbujemy jakoś ogarnąć sytuację, w której się nagle znaleźliśmy. Ale szybko się poddajemy, bo trudno stworzyć cały plan powrotu do Polski zaledwie w parę chwil przeznaczonych na zjedzenie śniadania. Szkoda nam być myślami już w drodze, podczas gdy można jeszcze się cieszyć tym, co wciąż mamy. A naprawdę jest czym.
Piękna pogoda, cieplutka woda w kolorowym morzu, pusta, piaszczysta plaża - wakacje idealne – piszę znad śniadaniowego stolika.
Nie chcę zapamiętać naszego hotelu jedynie z niekorzystnej strony. Przecież nazbierałam tu też mnóstwo dobrych wspomnień. Poza tym smakuje mi śniadanie i restauracja na świeżym powietrzu również mi się podoba. Co prawda poprzedniego dnia zaserwowano nam tam w ramach zapisanego w ofercie powitalnego drinka… plastikowy kubeczek z wodą, rodem z najtańszego marketu, ale ponieważ w sumie nie oczekiwałam niczego konkretnego, to wypiłam bez dyskusji to, co mi podano:). Jakby nie było, pragnienie ugasiłam:).
Ale nawet samo spędzenie czasu na tarasie pełnym pomalowanych na niebiesko sprzętów też było przyjemnością. To miejsce takie trochę jakby z greckich wakacji. Jak dobrze było czuć tam na skórze orzeźwiający wietrzyk od morza. Jak dobrze było znajdować się w jego bezpośredniej bliskości. Zbierać z piasku muszelki. Rozkoszować się południowym światłem i porannym blaskiem słońca...
I jak trudno się od tego wszystkiego oderwać, by pojechać dalej…
nasze wakacje się kończą, teraz będę się cieszyła Waszymi - piszę jeszcze na pożegnanie do Beaty, która postanowiła spędzić swój urlop nad Bałtykiem.
Jak to się wszystko poukładało - Wy dziś jedziecie nad morze, my będziemy znad niego wyjeżdżać...
teraz Ty będziesz mi przysyłać relacje
Ale choć obiecuję sobie, że pozwolę odetchnąć koleżance z pracy od mojej podróży, by mogła skupić się na swojej, to i tak będę ją spamować aż do powrotu do domu. Może jedynie z mniejszym natężeniem, ale trudno byłoby mi zrezygnować zupełnie z codziennego nawyku, który podczas naszego wyjazdu chyba zdążył mi już wejść w krew…
*
Przed przybyciem nad Morze Marmara raczej nie spodziewałam się, że coś, co wygląda tak skromnie na mapie, jest w stanie w pełni zaspokoić wszelkie, mocno napompowane zresztą, nadmorskie potrzeby i pragnienia. W stosunku do innych mórz, ten akwen jest po prostu maleństwem. Liczy sobie zaledwie 11473 km² powierzchni, w najwęższym zaś miejscu mierzy tylko 80 km. Z powodu swojego rozmiaru uzyskał nawet wpis do Księgi Rekordów Guinnessa jako najmniejsze morze świata. Ale za to ma 1355 metrów w najgłębszym miejscu.
Jego nazwa pochodzi od wyspy Marmara, która jest miejscem występowania złóż białego, nakrapianego, a także niebieskiego marmuru (gr. marmaros). W przeszłości materiał ten był wykorzystywany przez budowniczych Konstantynopola. W pobliżu Marmary położone są również inne, mniejsze wysepki. Na przykład Imrali stanowiąca ośmiokilometrowe, jednoosobowe miejsce dożywotniego uwięzienia lidera Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) - Abdullaha Öcalana.
Kiedyś rolę więzienia pełniły również Wyspy Książęce. Jak sama nazwa wskazuje, w czasach bizantyjskich zsyłano na nie utytułowanych arystokratów, którzy czymś podpadli oficjalnej władzy. Więziono tu nawet cesarzowe – na przykład Irenę i Zoe oraz samego cesarza (Roman IV Diogenes). W czasach osmańskich na wyspy trafiali wygnani członkowie rodziny sułtana. Później miejsce to obrali sobie za cel bogaci amatorzy wypoczynku, a sporo majętnych mieszkańców Stambułu zbudowało tam swoje letnie wille. Ciekawostką może być fakt, że w jednej z nich na Büyükadzie (największa z Wysp Książęcych) mieszkał przez kilka lat po ucieczce z Rosji Lew Trocki z żoną.
We wpisie, na który już wcześniej wielokrotnie się powoływałam pt „Pomoc dla niezdecydowanych podróżników” Turcji w Sandałach, wyspy Morza Marmara uznano za niegodne uwagi. Tytułem wyjaśnienia podano, że są „niestety zdominowane przez masową turystykę w wydaniu tureckim”. I chyba cała okolica Morza Marmara trochę w ten sposób wygląda. Nic więc dziwnego, że zagraniczni turyści wybierają raczej Wybrzeże Egejskie czy też Śródziemnomorskie.
Ale nam zupełnie nie przeszkadza tureckie wydanie turystyki znad Morza Marmara. Wprost przeciwnie, cieszymy się bardzo, że mogliśmy na jego wybrzeżu spędzić swój wakacyjny czas na zakończenie podróży.
„Grecy nazywali to morze Propontydą, czyli przedsionkiem do Pontu — Morza Czarnego” (https://bazhum.muzhp.pl/media//files/Ochrona_Zabytkow/Ochrona_Zabytkow-r2001-t54-n3_(214)/Ochrona_Zabytkow-r2001-t54-n3_(214)-s292-297/Ochrona_Zabytkow-r2001-t54-n3_(214)-s292-297.pdf). I tu kolejny raz wkraczamy w obszary, które już przewinęły się na tym blogu.Tak, historia tego rejonu pełna jest greckich odniesień.
Znowu więc trzeba by powrócić do wpisu o pontyjskim helleniźmie - poruszałam to zagadnienie w tekście dotyczącym Amasyi i czasów Mitrydatesa. Do tego dołóżmy jeszcze wątek skolonializowanych przez Greków wybrzeży tureckich mórz, o którym wspomniałam poprzedniego dnia. A teraz, po dodaniu do siebie tych faktów, spróbujmy wyobrazić sobie ogrom, znaczenie i wielkość greckiej mniejszości narodowej w Turcji. Temat to znów drażliwy, ale pominięcie go byłoby utratą szansy na zrozumienie tutejszych dziejów.
Jest to też ważne, by w pełni zrozumieć używane przez Greków określenie „Megali Idea” (Wielka Idea), które pojawiło się podobno w czasach napoleońskich, a z dużą siłą odżyło w okresie I wojny światowej. „Idea ta dotyczyła zjednoczenia w jednym państwie wszystkich Greków, a faktycznie wskrzeszenia średniowiecznego państwa greckiego – Cesarstwa Bizantyńskiego. Cele polityczne królestwa sformułował Ioannis Kolettis, premier Grecji [1834–1835 oraz 1844–1847 – przyp. aut] . Celem nadrzędnym Grecji miało być zjednoczenie wszystkich Greków rozsianych od wielkiej rzeki Eufrat po pasmo gór Starej Płaniny na Bałkanach. Poza terytorium Grecji właściwej za czasów premiera Kolettisa miało rzekomo pozostawać aż 5 milionów Hellenów. Grecy uważali, że mają pełne prawo moralne i historyczne do tego, aby sięgnąć po ziemie Azji Mniejszej, którą przodkowie Turków niegdyś zagarnęli” można przeczytać na stronie https://histmag.org/Stanislaw-Rek-Turcy-prowadzili-wojne-totalna-z-Grecja-w-sposob-maksymalnie-brutalny-25167.
Polecam
przeczytanie całego podlinkowanego tekstu, żeby zapoznać się zarówno z przyczynami, jak i przebiegiem grecko - tureckiego konfliktu zbrojnego, który rozgorzał niebawem po zakończeniu pierwszej wojny światowej (1919 - 1922).
Ja nie chciałabym tego
tematu, jak zresztą żadnych wątków wojennych, tutaj rozwijać. Tak
wiele razy spotykałam się z nimi, poszerzając swą wiedzę na temat
historii Turcji, że już mi naprawdę wystarczy. Aby więc zakończyć sprawę wojny Greków z Turkami (jak również w temacie jej zakończenia) oddam tylko na
chwilę głos Wikipedii:
„Rozejm,
który wszedł w życie 15 października (…),
został potwierdzony traktatem z Lozanny. Grecja utraciła na korzyść Turcji wschodnią Trację,
kontrolę nad cieśninami (wyspy Imroz i
Tenedos) i opcję na okręg Smyrny (Izmiru).
Grecy zapewnili sobie jednak potwierdzenie niemal całości stanu
posiadania na Morzu Egejskim…”
(https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojna_grecko-turecka_(1919%E2%80%931922)
Ale nie polityczne następstwa robią największe wrażenie. Według tego samego źródła „Traktat z Lozanny rozstrzygnął jednocześnie o wymianie ludności między Grecją i Turcją (…) Traktat zakładał wysiedlenie z Azji Mniejszej, wszystkich prawosławnych Greków (wyznanie było kryterium narodowości, niezależnie od języka, jakim posługiwała się ludność[przypis]) w liczbie ok. 1,1 mln, a z Grecji większość muzułmanów (ok. 300 tys.). Obligatoryjność procesu wysiedleń nie objęła muzułmanów greckiej części Tracji, prawosławnego Patriarchatu Konstantynopola, Greków z Konstantynopola, wysp Imbroz i Tenedos”. Ale nawet w takim przypadku wielu mieszkańców ze strachu przed następstwami wojny opuściła swoje siedziby.
Cały ten proces to następna krwawa opowieść z Turcji… A także w kolejnym rozdziale historia o przyczynach zakorzenienia się rebetico w Grecji.
„Do liczącego wówczas pięć milionów ludności państwa greckiego napłynęła półtoramilionowa rzesza uchodźców, osiedlających się głównie na przedmieściach świeżo rozwijających się Aten, Pireusu i Salonik. Odmienna kulturowo, często posługująca się wyłącznie językiem tureckim, napływowa ludność nie była w stanie zasymilować się z rdzennymi mieszkańcami miast. Dodatkowo musiała stawić czoła wielkiemu bezrobociu, nędzy i chorobom. Uchodźcy - zarówno prosta ludność wiejska, jak i dawni anatolijscy mieszczanie, nierzadko stanowiący w Turcji elitę intelektualną - stali się grupą ludzi gorszej kategorii” – to cytat z polecanego już artykułu we wpisie o Lapseki (https://pismofolkowe.pl/artykul/rebetiko-grecki-folklor-miejski-3113). Pewne opowieści się wreszcie domykają.
Oto również domknięcie innej historii (za podlinkowanym powyżej wpisem w Wikipedii): „W wyniku przegranej wojny i dokonanego transferu ludności, Grecja zarzuciła politykę Wielkiej Idei, która determinowała działania kraju przez prawie sto lat [przypis w oryginalnym tekście]. Dla społeczeństwa katastrofa armii na froncie małoazjatyckim i jej całkowita utrata (z tureckiej niewoli prawie nikt nie wrócił), masakra mieszkańców Smyrny, pogromy oraz deportacja Greków były doświadczeniami wstrząsającymi”.
*
Ostatni rzut oka na Morze Marmara i już jesteśmy w dalszej drodze. Domknięciem naszego pobytu w Turcji mają być z kolei … zakupy, których na naszych wakacjach (oczywiście poza artykułami spożywczymi i drobnymi souvenirami) jeszcze nie mieliśmy okazji zrobić. Przez tereny z rolniczym krajobrazem w roli głównej jedziemy więc do Çorlu. Dlaczego tam? Po prostu miasto jest po drodze na granicę, w jego internetowych opisach nie doszukałam się żadnych innych powodów do spędzenia w nim większej ilości czasu. Wprost przeciwnie, na Wikitravel znalazłam na przykład taki wpis:
„Çorlu nie ma wiele do zaoferowania, ponieważ niegdyś elegancki krajobraz starego miasta, składający się głównie z drewnianych domów, został zburzony na rzecz bezdusznych bloków betonowych z powodu presji urbanizacyjnej” (https://wikitravel-org.translate.goog/en/Corlu?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc). Niestety mam wrażenie, że te słowa odnoszą się także do wielu innych miejsc w Turcji. W Corlu pozostał meczet zbudowany w czasach Sulejmana Wspaniałego, ale, jak podaje to samo źródło, „nie jest to perła architektoniczna”. Gdy do tego dodamy jeszcze jedną zamieszczoną w Wikitravel informację: "powietrze w Çorlu jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych w kraju”, to tak naprawdę odechciewa się dłuższego pobytu w tym miejscu, nawet biorąc pod uwagę (tak jak my to robiliśmy) luksusowy Hilton naprzeciwko galerii handlowej.
Z zakupami uporaliśmy się szybko i sprawnie (bo też za dużo nie kupowaliśmy:), z posiłkiem przed drogą powrotną do domu również (bo też i dużo nie zjedliśmy:). I mimo tych wszystkich nieprzychylnych opinii w internecie, pobyt w mieście zapisał mi się miłym wspomnieniem. Ale może to też dlatego, że z całych sił jeszcze starałam się złapać ostatnie tureckie okruchy tej podróży, by wciąż się nią cieszyć.
Potem został nam już tylko przejazd przez Edirne – miasta bardzo przez nas niedocenionego podczas pierwszej podróży dziewiętnaście lat wcześniej. Zapamiętaliśmy z niego przede wszystkim nocleg w Pensjonacie Ayvazoğlu, który przez lata był dla nas symbolem turystycznej tragedii (spaliśmy na karimatach rozłożonych na łóżkach z brudną pościelą i oczywiście w swoich śpiworach), choć nasze okna wychodziły wówczas centralnie na najpiękniejszy zabytek miasta – meczet Selima II. Teraz już bym pewnie nie poznała miasta w ogóle. Mam nadzieję, że również nasz ówczesny obiekt noclegowy zmienił swoje oblicze i dostosował się do tego poziomu w turystyce, z którym mieliśmy obecnie w Turcji do czynienia.
Wyjazd z Edirne to tak naprawdę koniec naszej tureckiej przygody. Nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się na granicy. Niby nic w tym dziwnego, bo odległość, która ją dzieli od miasta to tylko 18 kilometrów, ale i tak mnie to bardzo zaskoczyło. Bo jednak mimo wszystko nie byłam jeszcze gotowa na pożegnanie z Turcją. I chyba ten brak gotowości przełożył się na mój późniejszy nastrój i postrzeganie kolejnego odcinka drogi.
Zatem tym razem Bułgarię będę postrzegała w sposób okropny. I w ogóle nie będę potrafiła się w niej odnaleźć. Tym bardziej, że z każdą chwilą robi się coraz później i coraz ciemniej, więc coraz mocniej odczuwamy całodzienne zmęczenie, a żadnego przyzwoitego miejsca na nocleg nie widzimy.
Powoli organizujemy się w nowym wakacyjnym miejscu. Zastanawiam się, jak sprawnie potrafisz dostosowywać się do zmiany miejsca praktycznie codziennie - przychodzi wiadomość na temat wczasów Beaty.
No Kochana, to nie tym razem. I jakby tego dnia całkiem nie o mnie:(.
Tym razem nawet nie mam się do czego dostosowywać. Bo miejsca na nocleg jak nie ma, tak nie ma. Już późno w noc dojeżdżamy co prawda do jakiegoś przyzwoitego obiektu noclegowego, ale jest on tak szczelnie pozamykany i odgrodzony od świata, że mimo wszelkich naszych starań nie udaje nam się dostać na jego teren. Objeżdżamy go wielokrotnie, ale i tak musimy odjechać z kwitkiem. Rodzi się w nas pytanie, czy gdybyśmytam przyjechali wcześniej, to udałoby nam się zanocować w takim miejscu? A także wątpliwość, czy to naprawdę tak niebezpieczny rejon, że aż trzeba podejmować takie środki bezpieczeństwa? Trudno się spodziewać odpowiedzi, jadąc przez najbliższe godziny już w zupełnej głuszy. Nawigacja wiedzie nas wówczas nad Dunaj. A Bułgaria, w której początkowo chciałam spędzić nawet całe wczasy (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/06/blog-post.html), z uporem odmawia nam gościny i noclegu tej nocy…
P.s. Zainteresowanym bliższym zapoznaniem się z historią Greków Pontyjskich można polecić stronę https://www.odysseas.pl/historiapontu. Według tego źródła „Obecnie w Grecji żyje około miliona wysiedleńców z Pontu, głównie w prowincji Macedonia i Tracja Zachodnia”.
Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/03/40.html
GALERIA: Wschód słońca nad Morzem Marmara







































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz