niedziela, 11 lutego 2024

SNY, POŻEGNANIA I TĘSKNOTY

Musiało mi się to aż przyśnić, żeby do mnie dotarło. Wczorajszej nocy miałam sen o tym, że jestem ponownie w swojej dawnej szkole masowej, choć mnie tam być nie powinno. Z byłymi współpracownikami, w których działania znowu się włączyłam (choć też nie powinnam:(. Jako intruz, ukrywający się przed nową dyrekcją.

Czasem chyba dopiero coś takiego pozwala sobie uświadomić od dawna wypieraną tęsknotę. Zagłuszaną nowymi pracami, notorycznym zmęczeniem, brakiem czasu.

Myślałam, że uda mi się wraz z odejściem na emeryturę pożegnać się ze wszystkimi uczuciami, związanymi z zamknięciem kolejnego etapu w moim życiu. Ale niby jak miałam zostawić w starej szkole także tęsknotę za nią? Dopiero teraz powoli do mnie dochodzi, że postawiłam przed sobą zadanie nie do wykonania.

A jednocześnie sen uzmysłowił mi to, do czego się nie przyznawałam nawet przed samą sobą. Mianowicie, że moja tęsknota wcale nie jest odwzajemniona. Nie chcę tu uderzać w jakieś płaczliwe tony, pisząc, że już nikt mnie nie potrzebuje w starej pracy i nie pragnie w niej ani mojego towarzystwa, ani nawet zainteresowania tym, co się teraz tam dzieje, ale taka jest prawda. To dlatego konieczność jakiejkolwiek wizyty w byłym miejscu zatrudnienia budzi mój wewnętrzny opór - czuję, iż teraz tam tylko przeszkadzam, że jestem intruzem właśnie. I trochę mnie smuci fakt, że zostałam po tylu latach pracy z takim poczuciem, choć trudno byłoby powiedzieć, że jestem tym zaskoczona. Wiem, że inni przede mną też pożegnali się z tą szkołą w podobnych emocjach.

A czy można inaczej? Tak, można. Każdemu, kto w to nie wierzy, polecam korepetycje u pani dyrektor mojej katolickiej szkoły.

Gdyby nie ona, to też bym nie wiedziała, że można użyć tak chwytających za serce słów, by podziękować pracownikowi za czas, w którym dzień po dniu, od młodości do starości, poświęcał siły i jakiś kawałek życia, by wykonywać swoje zawodowe obowiązki. Że można tak docenić (i wyrazić to) starania i wysiłki, nawet te bez spektakularnych efektów. Że można w odchodzących na emeryturę ludziach wzbudzić tę niezwykłą ufność, że mają do czego wracać, bo miejsce, które dziesiątki lat było ich, do końca takim pozostanie. "To zawsze będzie wasza szkoła", powiedziała pani dyrektor katolickiej szkoły do świeżo upieczonych emerytów, zachęcając ich, by nas w przyszłości odwiedzali. Czy można się dziwić, że popłynęły łzy wzruszenia?

W tym samym czasie, gdy kończyłam pracę w placówce masowej, ze szkoły katolickiej odchodzili na emeryturę pani woźna i jej mąż pan konserwator. Żegnaliśmy ich w pracowniczym gronie na konferencji pedagogicznej, a uczniowie mieli możliwość powiedzieć "dziękujemy" na specjalnym apelu z tej okazji. Były laurki od nich, kwiaty i prezent od nas. Te chwile wzruszały nawet tego rodzaju świadków jak ja, którzy poznali panią Bogusię i pana Mariana zaledwie parę miesięcy wcześniej. I zdecydowanie bardziej przeżyłam ten moment, niż moje własne przejście na emeryturę.

No bo jak się to odbyło w moim przypadku? Niby też przecież dostałam kwiatka, ale nawet nie zdążyłam się nim nacieszyć. Krucha begonia niestety połamała się już w drodze do domu, a pozostałe resztki zmarniały na biegu, choć to na pewno nie była to wina obdarowujących. Zamiast prezentu zaś dostałam kopertę z pieniędzmi – fajny gest, tyle że od razu połowę kasy (a były naciski ze strony odchodzącej również na emeryturę wicedyrekcji na więcej) wpłaciłam na poczęstunek dla grona pedagogicznego, które się na ten „fundusz emerytalny” złożyło. To trochę działa jak w systemie naczyń połączonych:). I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, czy też dziwnego, gdyby nie fakt, że to moje kulinarne pożegnanie miało się odbyć beze mnie. Nie miałam w planach załapania się na swój własny poczęstunek.

To prawda, że mogłam. Ale byłam w tamtym okresie, gdy mój mąż leżał ostatni raz przed śmiercią w szpitalu, zbyt zmęczona i zbyt zalatana, by planować spędzanie czasu na emeryckich przyjęciach. Nie miałam też siły ani chęci na wizytę w szkole podczas swoich wakacji. Moje zatrudnienie kończyło się wraz z zakończeniem roku szkolnego (piątek, 23 czerwca) i jakoś nikt nie wpadł na to, że można do tego czasu mnie pożegnać podczas godzin pracy, zwłaszcza w sytuacji, gdy opieka szpitalna nad mężem pochłaniała wszystkie moje pozaszkolne chwile. Zamiast tego zaproponowano mi, żebym przyszła do szkoły urządzić swoje oficjalne pożegnanie już jako emerytka w okresie wakacyjnym (poniedziałek, 26 czerwca). Odmówiłam. Chciałam spędzić ten wolny od pracy dzień w całości z coraz słabszym mężem. Nie żałuję ani trochę. Nasz wspólny czas na ziemi, jak się później okazało, dobiegał końca i nie zostało nam go już zbyt wiele.

Moja odmowa zaskutkowała wielką improwizacją. Z popisową wariacją w temacie pożegnania. Żeby się nie okazało, że odeszłam bez niego, w naprędce zaproponowano mi nowy termin (czwartek, 22 czerwca). Niby nieźle, bo jeszcze wciąż w okresie, gdy byłam pracownikiem tej szkoły. Ucieszyłam się, myśląc, że to będzie chociaż długa (dwudziestominutowa) przerwa obiadowa, ale nie. Pożegnanie wyznaczono 10 minut przed rozpoczęciem wszystkich lekcji (godzina 07.50). Dziesięć minut, by mnie odprawić po przeszło 30 przepracowanych latach? I to w najbardziej newralgicznym momencie w szkole, no bo kto się nie spieszy o poranku przed rozpoczęciem pracy? Na co taki czas ma niby wystarczyć? Przewidywałam, że przecież nawet nie zdążymy się zebrać.

Ale cóż, uznałam, że jakoś i tak trzeba przez to przejść. Nie odmówiłam. Choć wszystko wyglądało tak, jakby liczono na to, że nikt się na tym pożegnaniu nie zjawi. I wówczas cała  sprawa będzie z głowy bez żadnego zachodu. Liczyłam się z tym i ja, ale na szczęście się przeliczyłam:). Przyszedł tłum ludzi, którzy nie mieścili się w dyrektorskim gabinecie. Beata upiekła tort (niespodzianka), Małgosia napisała przemowę (też niespodzianka, że ona:). Pani dyrektor ograniczyła się do oddania jej głosu. Poczułam, jakby to nie była oficjalna uroczystość, lecz jedynie pożegnanie ze strony koleżanek i kolegów, z którymi spędziłam mnóstwo wspólnych lat.

Małgosia wygłosiła wiele dobrych słów o mnie jako nauczycielce, bo też i wcześniej nie miałyśmy relacji jako przyjaciółki. Będę sobie mogła zaglądać do tekstu tej przemowy, gdy mi spadnie poczucie zawodowej wartości:). Tortu nie zjadłam. Przyszło tyle ludzi, że go dla nas z Beatą zabrakło:). Jakoś się zorganizowali po koleżeńsku w opiece nad dziećmi, gdy przysługujące mi dziesięć minut zaczęło się znacznie przeciągać:). I w sumie, dzięki moim współpracownikom, to spotkanie okazało się całkiem udaną imprezą pożegnalną. Bardzo doceniam ich starania. Napisałam im o tym na Librusie, ale któż tam zagląda po zakończeniu roku szkolnego? Może więc podziękuję im teraz z tego miejsca, cytując tamten pożegnalny tekst:

Dzień dobry i bardzo już wakacyjny:)

Na zakończenie mojej pracy zawodowej w SP8 chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy znaleźli czas i chęć, by się pożegnać ze mną w czwartek tydzień temu w gabinecie Pani Dyrektor. Wiem, że wyznaczona pora (7.50! rano) była zaskakująca, ale nie ja taką wyznaczyłam i nie zależało to ode mnie (mnie też zaskoczyła:).

Wy natomiast zaskoczyliście tak licznym przybyciem. Bardzo to było dla mnie miłe i wzruszające.

Wszystkim Wam, a także tym z Państwa, z którymi się wówczas nie udało spotkać, chciałam jeszcze raz podziękować za wszystko - za całe dobro, które wydarzyło się w ciągu tych trzydziestu spędzonych z Wami lat, a nawet za to, co było trudne, bo to też mnie wiele nauczyło.

Życzę udanych wakacji i wszystkiego, co najlepsze w życiu. Na pewno miło mi będzie, jeśli kiedykolwiek jeszcze los skrzyżuje nasze ścieżki.

Pozdrawiam serdecznie i ściskam mocno,

Wasza (już była) koleżanka z pracy Bożena

Ale był jeszcze jeden moment pożegnalny (i tu już zupełnie nieoficjalny), który zapadł mi głęboko w pamięć i serce. Zdarzył się w przeddzień spotkania w gabinecie dyrektorki (środa, 21 czerwca). Myślę o nim jak o skarbie, który otrzymałam na odchodne z mojej starej szkoły. Otóż zostałam zaproszona przez koleżanki na próbę występu przed oficjalnym przyjęciem emeryckim. Tak, tym, które zamierzałam opuścić. Ale w ten sposób przygotowująca je czteroosobowa grupa nauczycieli wystąpiła w sali muzycznej wyłącznie dla mnie! Dziękuję Edi, Moniu, Beatko, Andrzeju… Pozostaję w wielkiej wdzięczności. Do dziś wspominam piosenkę o tym, jak Wam będę na emeryturze machać z daleka. I macham. Ze wszystkich moich nowych szkół.

Ale do starej się na razie nie zbliżam. Wolę nie tylko machać z daleka, ale też z daleka tęsknić. Niestety nikt mnie na odchodnym oficjalnie nie zapewnił, że to będzie zawsze moja szkoła. A w cudzej raczej nie mam już prawa czuć się i zachowywać tak, jak u siebie...


Ps. Kilka dni później, już na wycieczce w Neapolu, przyśnią mi się moi byli uczniowie. Zgadza się, za nimi też tęsknię, to akurat sobie świetnie uświadamiam. A po zakończeniu wycieczki (i ferii) wrócę znów do leków i po raz kolejny pożegnam moje wyraziste sny, które udaje mi się zapamiętać...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz