piątek, 2 lutego 2024

W CZASIE ZAWODOWEJ PONIEWIERKI


Moja przyjaciółka bibliotekarka po utracie stałej pracy przed nabyciem praw emerytalnych rozpoczęła, jak się wyraziła nasza szkolna sekretarka, zawodową „poniewierkę”. Od tamtego czasu pracowała w różnych placówkach na zastępstwa za ludzi, korzystających na przykład z urlopu macierzyńskiego lub dla poratowania zdrowia. Przeszła przez różne placówki oświatowe, łatano nią dziury w zatrudnieniu na różnorodnych stanowiskach, często wymagając pełnego zaangażowania w przydzielony nadmiar obowiązków i pracy omal na cały zegar w parę przyznanych jej godzin.




Ale Iwonka to bardzo dzielna dziewczyna. Rzadko się skarży, a jej wspomnienia z tamtego czasu są zwykle pogodne i zabarwione pozytywnym ładunkiem emocjonalnym. Przyjaciółka zazwyczaj koncentruje się na wspominaniu współpracowników, do których się zbliżyła w swoich rozlicznych pracach. Miło się słucha tych opowieści. Trudno wtedy nie skomentować faktu, co zresztą zrobiłam, że cała ta poniewierka miała jednak ten jeden plus – los zetknął Iwonkę z wieloma dobrymi ludźmi, których inaczej nigdy by nie poznała.



Myślę o tym ostatnio bardzo często, bo być może teraz, gdy zakończyłam okres stałej pracy na etacie na czas nieokreślony, czeka mnie podobne doświadczenie, jak moją przyjaciółkę. Bo choć inaczej wyobrażałam sobie życie emerytki, to jednak szybko okazało się, że muszę dalej pracować, by utrzymać dom i rodzinę. A ponieważ oferty zatrudnienia dla osób na emeryturze są mocno ograniczone, to niestety nie mogę czekać na „pracę marzeń”, tylko muszę imać się tego, co jest dla mnie dostępne. W tym roku szkolnym rozpoczęłam więc zawodową poniewierkę, zahaczając się w pierwszej placówce, gdzie trzeba kogoś zastąpić na określony czas i określoną liczbę godzin.


Na pierwszy ogień poszła szkoła masowa w moim mieście. W zespole szkolno – przedszkolnym, w prawdziwym molochu na wielkim blokowisku, w pobliżu miejsca, gdzie mieszkam, pojawiło się zapotrzebowanie na psychologa. Wiedziałam, że łatwo tam nie będzie, ale gdy tylko zobaczyłam ofertę w internecie, natychmiast bez żadnego wybrzydzania złożyłam podanie o pracę. I dostałam ją niemalże od ręki. Zaledwie parę dni przed śmiercią męża...


Od września pracuję więc na pół etatu w zastępstwie psycholożki, która korzysta z rocznego urlopu bezpłatnego. Wiem, że chce wrócić na swoje stanowisko, więc raczej staram się nie wiązać zbyt emocjonalnie z nową placówką. Ale ludzi to już nie dotyczy…


Najwyraźniej mam do nich takie szczęście jak moja przyjaciółka Iwonka. Dopiero co w katolickiej szkole, gdzie pracuję od zeszłego roku na drugie pół etatu, poznałam Elę i kilka innych osób, które są dla mnie prawdziwymi darami losu. A już życie stwarza mi następną okazję i podsuwa kolejnych, interesujących ludzi do bliższego poznania…



Największym plusem pracy w nowej szkole masowej stała się dla mnie relacja z drugą zatrudnioną tam psycholożką. Madzia, co do której ktoś gdzieś wcześniej uprzedzał, że będzie mnie w pracy trzymała na dystans, okazałą się przemiłą i wyjątkowo uczynną osobą. Przyjęła mnie z całą życzliwością w swoim gabinecie i sprawiła, że czuję się tam jak u Pana Boga za piecem. Jest moim aniołem stróżem w nowym miejscu zatrudnienia. Nie wiem, jak bym sobie tam poradziła bez jej opieki na każdym kroku. Nie mam poczucia trzymania przez nią na dystans i cieszę się, że ją spotkałam na swojej zawodowej drodze.




Może to rzeczywiście jest tak, że jak wreszcie wychodzimy ze strefy komfortu, gdzie tkwiliśmy przez dziesięciolecia, to nagle przekonujemy się, że świat jest pełen wspaniałych ludzi, z którymi mamy okazję nawiązać znajomość… I możliwe, że to tak naprawdę  najważniejsza dla nas spuścizna po opuszczanych miejscach…




A które ze znajomości pozostały ze mną po rozstaniu z placówką, w której spędziłam przeszło 33 lata? No cóż, pół roku to być może za krótko, by coś było przesądzone. Ale na ten moment wcale nie widuję się z tymi, z którymi w pracy byłam najbliżej. Z Beatą, dzielącą ze mną tak długi czas jeden gabinet, mam tylko kontakt messengerowy, z pozostałymi członkami zespołu psychologiczno – pedagogicznego nie mam go od dawna (z wyjątkiem spotkań pracowniczych) właściwie wcale . Ale może nadszedł czas jakiegoś odpoczynku od siebie? Zobaczymy, jak to się dalej potoczy…



Za to dawna przyjaźń z Edi jakby odżyła na nowo. To właśnie dzięki niej spędziłam tydzień na Istrii końcem wakacji. Bardzo to dla mnie wiele znaczyło - pozwoliło mi zebrać siły na to, by rozpocząć pracę w nowym roku szkolnym i w nowej szkole. Wyciągnęło z domu, gdzie depresja próbowała mnie uwięzić na dobre. Dało namiastkę normalności w nienormalnym czasie.




A teraz Edi zaproponowała tygodniowy wyjazd do Neapolu w czasie ferii zimowych. Tylko ta wizja mnie jeszcze stawiała do pionu w okresie, w którym niedawno obchodziłam kolejną rocznicę śmierci syna i tuż przed jutrzejszymi imieninami (i urodzinami w kolejnym dniu) mojego zmarłego męża. 

Koniec semestru też dokłada swoją cegiełkę do tego, jak się obecnie czuję. Jak zwykle, szkoła staje się w takim czasie miejscem prawdziwego szaleństwa. A do tego trzeba dodać jeszcze mój problem zdrowotny. I to bardzo nietypowy.


Otóż w ostatni dzień styczniowej rehabilitacji, podczas ostatniego masażu i jednego z ostatnich ucisków moich pleców, poczułam nagle ból przeszywający mnie na wylot i finalnie skoncentrowany w końcówce siódmego żebra pod prawą piersią. Zrobiło się trochę zamieszania w przychodni rehabilitacyjnej. I pojawiło się podejrzenie pęknięcia żebra. Ból na początku rzeczywiście był nieznośny, zrobiło mi się słabo i myślałam, że zemdleję, ale z (dłuższym) czasem, gdy nauczyłam się delikatnie obchodzić z bolącą okolicą, zaczął się uspakajać.


Myślałam, że tylko ja jedna jedyna na świecie mam takie nienormalne „szczęście” do komplikacji wszelkich, wydawałoby się, normalnych sytuacji życiowych, ale nie. Pani dyrektor katolickiej szkoły zdradziła, że miała dokładnie to samo. I też podczas leczniczego masażu. No cóż, dobrze chociaż, że ten wypadek wydarzył się na zakończenie mojej rehabilitacji, bo inaczej bym z niej nie skorzystała wcale.



Ponieważ zaś sprawdziłam w internecie, że pękniętego żebra nie leczy nic z wyjątkiem czasu, to postanowiłam przeczekać. I rzeczywiście, teraz po przeszło trzytygodniowym okresie od pęknięcia jest już znacznie lepiej. Przestałam się więc niepokoić, że ominie mnie wyjazd do Neapolu i zaczęłam się do niego na poważnie przygotowywać.



Jedną zaś z pierwszych spraw załatwionych w ramach przygotowań był… zakup koszulki. Dla Edi, obchodzącej w styczniu swoje pięćdziesiąte urodziny. Koszulka z napisem „Babska wycieczka tańsza od terapii”, na której można było spersonalizować wizerunki uczestniczek wyjazdu po prostu mnie urzekła:).



Oczywiście starałam się, by koszulkowy wizerunek Edi, jako nie tylko jubilatki, ale i pomysłodawczyni podróży, był odzwierciedleniem jej roli w całym przedsięwzięciu. My zaś z Agatką, jako reszta ekipy i kobiety w słusznym wieku emerytalnym z godnością dopełniamy nadruk na przedzie koszulki. W zamyśle miałyśmy się udać na wycieczkę do Neapolu we czwórkę, ale Magda z mojej starej szkoły tak fatalnie spadła tam ze schodów, że naruszyła kręgosłup i musi teraz cały czas spędzać w gorsecie. Trudno się dziwić, że nie zdecydowała się w takiej sytuacji polecieć. Chyba więc i tak powinnam dziękować Bogu za to, że mnie tylko pękło żebro i rezygnować z wyjazdu nie muszę.



W ramach dalszych przygotowań opłaciłam bilety lotnicze, a na moim koncie na Booking.com widnieje rezerwacja apartamentu nad Zatoką Neapolitańską. Należę też do grupy pod nazwą „Zobaczyć Neapol i... nie umierać” na What’s Appie i dysponuję przewodnikiem na temat celu naszej podróży, który dostałam ostatnio w prezencie od Eli. 


Jednym słowem, jestem już omal przygotowana. Do ferii pozostał mi tydzień. Z niecierpliwością przeglądam sobie przewodnik, czytam teksty o Kampanii w internecie. Nie mogę się doczekać wyjazdu. A Neapol wielkim głosem przyzywa mnie codziennie...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz