niedziela, 11 lutego 2024

39. 16 TURCJA: Morze Marmara - Jakby jutro miało nie nadejść wcale…

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/01/wpakowanie-sie-do-ozka-od-razu-po.html


W przeciwieństwie do poprzedniego dnia, ten był idealnie przygotowany. Przez męża, bo ja chyba w dalszym ciągu zamierzałam liczyć na szczęście, z którym, jak dotąd, nie spotkaliśmy się podczas poszukiwań plaży marzeń i pozwalającego cieszyć się jej obecnością hotelu.

Rankiem czekała nas przeprawa przez Cieśninę Dardanele. Jej nazwa pochodzi od Dardanii – krainy, która w starożytności była zlokalizowana na tym brzegu, na którym i my właśnie się znajdowaliśmy. Cieśnina to główny szlak wodny między Półwyspem Bałkańskim a Azją Mniejszą. W przeszłości był on niezastąpiony, "gdyż drogą wodną można było mniejszym kosztem transportować znacznie więcej towarów niż lądową", jak można przeczytać w artykule pod linkiem https://www.magnum-x.pl/artykul/bosfor-i-dardanele-cieniny-niezgody


I tu niezbędne wydaje się podkreślenie roli odgrywanej przez Grecję w rejonie, do którego przybyliśmy. To jej mieszkańcy skolonizowali nieodległą od miejsca naszego pobytu, turecką dziś część  Wybrzeża Egejskiego. Stamtąd, wiodący przez Dardanele szlak żeglowny prowadził dalej - przez dwa morza - Marmara oraz Czarne i łączący je Bosfor. Docierał w odległe zakątki Azji. Według przywołanego tekstu: "W czasach antycznej Hellady greccy żeglarze, nie umiejąc nawigować na pełnym morzu, podróżowali wzdłuż europejskich i azjatyckich brzegów Morza Czarnego od portu do portu – greckich miast-kolonii. Powstał w ten sposób szlak handlowy (...), aż do Kolchidy (wybrzeże Kaukazu) i dalej, przez Morze Azowskie, nazywane wtedy Meotidą, a nawet jeszcze dalej wpływającą weń rzeką Don, zwaną wówczas Tanais". Ach "Ci rewelacyjni Grecy"...


Z Wikipedii dowiadujemy się, że „Wąska cieśnina była dogodnym miejscem kontroli przepływających statków, źródło bogactwa okolicznych miast. Najwcześniejszym z nich była Troja [dotarliśmy do niej podczas poprzedniego pobytu – przyp. aut.], której zniszczenie było spowodowane najprawdopodobniej chęcią zapewnienia sobie swobodnego importu metali przez Greków” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Dardanele).

"Turcja w Sandałach" podaje, że „Grecka nazwa cieśniny - Hellespont - oznacza 'morze Helle' i pochodzi od mitologicznej postaci córki króla Atamasa o imieniu Helle. Według greckiego mitu Helle i jej brat Fryksos byli prześladowani przez złą macochę, która chciała ich zgładzić. Uciekli przed nią na grzbiecie latającego barana o złotym runie, ale podczas lotu nad cieśniną Helle spadła do wody i zginęła. Istnieje także alternatywna wersja opowieści, w której Helle zostaje uratowana przez Posejdona, który ją pokochał (Grimal 1990).” Oczywiście baran o złotym runie ostatecznie trafił do Kolchidy i stał się powodem słynnej wyprawy Argonautów (Jan Parandowski "Wyprawa Argonautów" w znanej szkolnej lekturze pod tytułem "Mitologia").


Wszystkie te mitologiczne odniesienia wiążą się oczywiście z kulturową spuścizną po zamieszkujących wybrzeże Morza Egejskiego Grekach. Przytaczam je tu, bo mam ogromną słabość do każdej z greckich opowieści, których zbór stał się ważną częścią podwalin naszej kultury. Ale nie chcę pominąć również zawartych w przywołanym powyżej tekście faktów:

„Dardanele ma 61 kilometrów długości, ale jej szerokość wynosi jedynie od 1,2 do 6 kilometrów. Średnia głębokość cieśniny to 55 metrów, a w najgłębszym miejscu równa się 103 metrom. Co ciekawe woda w cieśninie płynie w obu kierunkach: z Morza Marmara do Egejskiego z prądem powierzchniowym, a odwrotnie z prądem głębinowym" (https://turcjawsandalach.pl/content/dardanele).

Aby przeprawić się na europejski brzeg Cieśniny, trzeba znaleźć się na którymś z jej krańców. Dziewiętnaście lat temu, wracając z wybrzeża Morza Egejskiego, jako punkt przeprawowy wybraliśmy Canakkale, tym razem zaś w Lapseki byliśmy na drugim cieśninowym końcu. Planując powrót do Europy, można tu wybierać między przeprawą promową a mostem. To właśnie ten, któremu mogliśmy się przyglądać poprzedniego wieczora z tarasu restauracji. Most oddano do użytku niespełna pięć miesięcy wcześniej. Podobno pozwala on na skrócenie drogi na europejską stronę do zaledwie 4 minut Jego wymiary to 4608 długości i 318 wysokości, co czyni go ponoć najdłuższym wiszącym mostem na świecie (https://dzieje.pl/rozmaitosci-historyczne/nad-ciesnina-dardanele-otwarto-najdluzszy-wiszacy-most-na-swiecie).


Ale mąż wybrał dla nas prom, uznając, że w naszych ostatnich podróżach nie przebywaliśmy jeszcze ani chwili na wodzie i pora to nadrobić. Jako że Pensjonat Saygili jest położony w pobliżu przystani, wszystko poszło niezwykle sprawnie. Spędziliśmy więc kilka miłych chwil z wiatrem we włosach i z pięknym widokiem na zielono - niebieskie wody Cieśniny. Może jednak wcześniej zbyt łatwo się poddawaliśmy, odpuszczając podróżowanie wodnymi szlakami? Wprawdzie prom nie jest raczej rodzajem najbardziej romantycznego pobytu na wodzie, ale zawsze to jakieś zapełnienie powstałych zaniedbań. Co prawda krótkie, bo przeprawa w okolicach Lapseki trwa około 30 minut, ale przecież lepsze cokolwiek niż nic.

W dawnych czasach podobno co sprawniejsi pływacy przeprawiali się na drugi brzeg za pomocą siły swych ramion, choć Dardanele było miejscem niebezpiecznym do pływania nawet dla statków. Ale wielu śmiałków nic sobie nie robiło z tego faktu. To, co trudne, zawsze stanowiło wyzwanie dla tych, którzy po prostu lubią ryzyko. Między nimi był na przykład słynny lord Byron, który swój wyczyn opisał nawet w wierszu. Według poety przeprawa zajęła mu godzinę i 10 minut, ale w innym źródle wyczytałam, że to było ponad cztery. Podobno Byron chciał w ten sposób powtórzyć czyn mitycznego Leandra z Abydos, który wielokrotnie przepływał cieśninę dla swojej kochanki Hero - kapłanki bogini Afrodyty ze świątyni w Sestos.


I tu znów wracam do Wikipedii: „Młodzi poznali się podczas Adoniów [święto dla uczczenia Adonisa – przyp. aut] (...). Zakochali się w sobie, ale Hero była poświęcona przez rodziców dla bogini i nie mogła poślubić Leandra. By utrzymać związek w tajemnicy, uzgodnili, że Leander będzie przypływał wpław do ukochanej każdej nocy wiedziony światłem lampki, którą Hero zawiesiła w oknie swojej izby, znajdującej się na wieży. Gdy nadchodził ranek, kochanek wracał do Abydos. Pewnej burzowej nocy lampka zgasła i Leander straciwszy orientację utonął w morzu. Kiedy rankiem Hero zobaczyła zwłoki ukochanego wyrzucone na brzeg Sestos, odebrała sobie życie skacząc ze swojej wieży” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Hero_i_Leander).


To bardzo popularny (zwłaszcza wśród romantyków) mityczny motyw. Poruszali go w swych operach Alessandro Scarlatti i Karol Kurpiński, a Friedrich Schiller czy też Dante Gabriel Rossetti ujęli go w swych wierszach.

Jak można też zauważyć, historie z takim wątkiem cieszą się dużą popularnością w tej części świata. To już trzecia tego typu opowieść, z którą mamy okazję zapoznać się podczas tureckiej podróży, poprzednią, bardzo zresztą podobną do przytoczonego tu mitu, opisywałam przy okazji pobytu nad Jeziorem Van.

*

Ale zostawmy na razie mitologię i i wróćmy do historii naszej podróży, bo oto właśnie dopłynęliśmy do drugiego brzegu na półwyspie Gallipoli. Znajduje się na nim miasto o tej samej nazwie (tur. Gelibolu). Zostało ono „założone w V w. p..n. e. jako Kallipolis (po grecku 'Piękne Miasto')” – to znów „Turcja w Sandałach” (https://turcjawsandalach.pl/content/gelibolu). 


Różne były koleje jego losów, ale jedną z najważniejszych dat w jego historii jest rok 1354, kiedy to miało tu miejsce bardzo silne trzęsienie ziemi. Zniszczyło ono miasto tak dalece, że jego greccy mieszkańcy je opuścili. Jak podaje wspomniane powyżej źródło: „Nadarzającą się okazję wykorzystał Sulejman Pasza, syn sułtana osmańskiego Orhana I, który szybko zajął ten teren, ufortyfikował go i obsadził rodzinami tureckimi, sprowadzonymi z Anatolii. Cesarz bizantyjski Jan VI, pragnąc odzyskać miasto, zaproponował Turkom znaczną kwotę (...), jednakże spotkał się z odmową”. Uważa się, że Gelibolu było pierwszą miejską posiadłością osmańską w Europie. A zarazem punktem wyjścia do opanowania całego półwyspu, później terenów Tracji z Adrianopolem (dzisiejsze Edirne) i w końcu Konstantynopola.


Ale to nie ta gallipolijska historia robi na mnie największe wrażenie. Tutaj kolejny powrót do Wikipedii:

Gallipoli jest znane przede wszystkim jako miejsce desantu i późniejszych walk wojsk angielskich (także australijskich i nowozelandzkich [w ramach korpusu ANZAC – przyp.aut.]) oraz francuskich w czasie I wojny światowej, w okresie od kwietnia 1915 do stycznia 1916 roku. Operację wojsk sprzymierzonych przygotował ówczesny I lord Admiralicji, a późniejszy premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill. (…) Wskutek niedogodnych warunków i silnego oporu wojsk tureckich walki zakończyły się ostatecznie klęską wojsk sprzymierzonych i ogromnymi stratami osobowymi obu walczących stron - odpowiednio 180 i 220 tys. żołnierzy” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gallipoli_(p%C3%B3%C5%82wysep).

Tak, Półwysep Gallipoli to kolejny kawał ziemi przesiąkniętej krwią młodych chłopców. Dla wielu z nich to nawet zupełnie nie była „ich” wojna. Na przykład żołnierze (ochotnicy) z Australii i Nowej Zelandii (każde z nich to wówczas dominium brytyjskie) przed skierowaniem ich na front przebywali na szkoleniu w Egipcie (protektorat pod zwierzchnictwem Wielkiej Brytanii), skąd mieli być wysłani do Francji. Zamiast tego trafili na śmierć w tureckiej ziemi.

Zawsze w takiej sytuacji przypomina mi się genialny wiersz Juliana Tuwima „Do prostego człowieka”, który tu we fragmencie zacytuję, ale proszę, w wolnej chwili przytajcie go w całości, tak dla przypomnienia i przestrogi. Albo chociaż wysłuchajcie – pod postem jest link do przykładowej wersji muzyczno – wokalnej (Buldog, 2012):

Mój bliźni z tej czy innej ziemi! (...)

Wiedz, że to bujda, granda zwykła,

Gdy ci wołają: "Broń na ramię!",

Że im gdzieś nafta z ziemi sikła

I obrodziła dolarami;

Że coś im w bankach nie sztymuje,

Że gdzieś zwęszyli kasy pełne

Lub upatrzyły tłuste szuje

Cło jakieś grubsze na bawełnę.

Rżnij karabinem w bruk ulicy!

Twoja jest krew, a ich jest nafta!

Tego się nie da nijak podsumować, mogłabym tu użyć słów niecenzuralnych, a i tak nie oddałyby one tego, co myślę o takich historycznych "wydarzeniach". Przejdę więc za podlinkowanym powyżej tekstem z Wikipedii dalej - do jednego z wątków tej gallipolijskiej historii: „Kampania na Gallipoli stanowi jeden z przełomowych momentów w dziejach Australii i Nowej Zelandii. Do tej pory oba te kraje uważały się za wiernych poddanych Brytanii i wierzyły w brytyjską wyższość. Wydarzenia na Gallipoli zachwiały tymi przekonaniami, a trzy lata na froncie zachodnim zniszczyły je całkowicie. Na Gallipoli narodziła się także legenda „Anzacs”, braterstwa broni pomiędzy Australią i Nową Zelandią. Australijscy i nowozelandzcy żołnierze, popularnie zwani „diggers”, przekonali się, że wcale nie są gorsi od swoich brytyjskich kolegów, a pod wieloma względami nawet ich przewyższają. Gallipoli to decydujący moment w historii Australii, kiedy obudziła się świadomość Australijczyków jako odrębnego narodu.”

Nieodmiennie mnie zdumiewa, że w Turcji można znaleźć tak wiele początków rozmaitych historii… Zaś ulgę przynosi mi taki prawdziwie „ludzki” finał tego wojennego wątku. Podaję go za tym samym źródłem co powyżej: „W 1934 roku Mustafa Kemal, który zmienił nazwisko na Kemal Atatürk, będąc już wtedy prezydentem nowej Republiki Tureckiej, napisał następujące słowa o poległych żołnierzach ANZAC: Bohaterowie, którzy przelaliście własną krew i straciliście życie... Leżycie teraz w ziemi przyjaznego wam kraju. Spoczywajcie w pokoju. Nie ma różnicy pomiędzy „Johnymi” a „Mehmetami” teraz, kiedy leżą przy sobie w naszym kraju… Matki, które wysłałyście synów z dalekich krajów, obetrzyjcie łzy, wasi synowie leżą przytuleni do naszej piersi i spoczywają w pokoju. Po tym jak stracili życie na naszej ziemi, stali się także naszymi synami.”

Za każdym razem, gdy czytam te słowa, czuję nieodmiennie wzruszenie. Wzruszam się także, gdy na stronie Wikipedii oglądam jedno ze zdjęć podpisane „Żołnierz ANZAC podaje wodę rannemu Turkowi” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Australian_and_New_Zealand_Army_Corps).

W każdej nawet najbardziej nieludzkiej historii, jak widać, można odnaleźć w sobie ludzką część człowieka. Dla mnie to właśnie tacy żółnierze, jak ten ze zdjęcia, bohaterami z Gallipoli.

*


A co z dalszą historią naszej podróży? Pora chyba i ją zakończyć...

Tego dnia jechaliśmy północnym brzegiem Morza Marmara w kierunku... Stambułu. Ale tym razem mieliśmy jasno wytyczony szlak do miejsca noclegowego i nie musieliśmy co rusz zbaczać z głównej drogi, by tracić czas na przeszukiwanie wszelkich możliwych zakamarków Wybrzeża. Dzięki mężowi bowiem dysponowaliśmy rezerwacją (znów Agoda) w czterogwiazdkowym hotelu właściwie na samej plaży. I tak!!! To była właśnie ona, nasza Plaża Marzeń, jak się wkrótce okazało. Znaleźliśmy ją, dokonaliśmy niemożliwego!


W przeciwieństwie do niej, hotel, który miał również wszelkie przesłanki, by zdobyć tytuł Spełnionego Marzenia, już taki nie był. Powiedziałabym nawet więcej – obiekt zrobił na nas wrażenie najbardziej brudnej i najgorzej zarządzanej miejscówki w całej naszej tureckiej podróży. Poczułam, że coś jest nie tak już wtedy, gdy podjechaliśmy pod bramę, na której była wypisana zupełnie inna nazwa hotelu (Mavi Cati Otel) niż na naszej rezerwacji.


Moje podróżnicze doświadczenie podpowiadało, że istnieje tylko jeden zasadniczy powód dla takiej zmiany. Według mnie dokonuje się jej wówczas, gdy pod starą nazwą nazbiera się już tyle krytyki i złych ocen, iż zachodzi obawa, że nowi turyści z tej przyczyny ominą obiekt szerokim łukiem. I taka aśnie była historia Safir Beach Resort Hotel & Socail Facility z Sultanköy, o czym świadczą opinie na Tripadvisor (https://www.tripadvisor.com.tr/Hotel_Review-g3211029-d10606232-Reviews-Mavi_Cati_Sirinkoy-Marmara_Ereglisi_Tekirdag_Province.html).


Czterogwiazdkowy obiekt niestety nawet pod zmienioną nazwą nie trzymał żadnych standardów. Zaczęło się od tego, że internetowy opis był zupełnie niezgodny z rzeczywistością. Usiłowano nas na przykład zakwaterować w maleńkiej dwójce zamiast widocznego w rezerwacji 30 – metrowego pokoju - okazało się, że takiego w hotelu od strony morza w ogóle nie ma. I tak było nie tylko w naszym przypadku – przybyli po nas turyści z Rumunii, którzy zapłacili za rodzinny apartament, mieli jeszcze gorszą sytuację. Pozbawiono ich złudzeń nie tylko co do zarezerwowanego 45-metrowego pomieszczenia, ale też obiecanego w ofercie widoku na morze. No coś takiego w naszym przypadku już by nie przeszło, skoro w skład załogi wchodzi tego typu widokowa maniaczka jak ja. Zresztą nie wiem też, czy skonfrontowani z tak jawnym oszustwem Rumuni finalnie nie zwinęli żagli z Safir Beach Hotelu – już ich potem tam nie widziałam.


Nam w końcu przydzielono pokój trzyosobowy (według opisu 40 metrów - hahaha:), który był ponoć jednym z największych od strony Morza Marmara. Niestety zapchano go łóżkami tak, że ledwo można się było tam przemieszczać. Uparłam się, żeby jedno zbędne wyniesiono – w hotelu nie brakowało personelu, który mógł to zrobić, ale nie miał chęci - młodzi, silni mężczyźni obijali się i plątali bezczynnie po całym obiekcie, lecz zapędzenie ich do tego typu pracy wymagało aż interwencji u głównego menagera! 

Co prawda niepotrzebne nikomu meble po wyniesieniu (także z innych pomieszczeń) pozostawały na korytarzu tuż pod naszymi drzwiami, ale za to w pokoju wreszcie pojawiła się jakaś przestrzeń. Uznałam, że z całą resztą już mogę się pogodzić. Zwłaszcza, że z balkonu miałam najpiękniejszy widok, jaki tylko mogłam sobie wymarzyć.



Przymknęłam więc oczy na brudne okna, wymagającą pilnego remontu łazienkę z zapchanym odpływem i podłogę, którą ewentualnie można było samodzielnie domyć. Będąc w prawdziwej widokowej ekstazie postanowiłam posprzątać nawet balkon. A co tam, widok na Plażę Marzeń był tego zdecydowanie wart. 





Wyglądała ona, jakby przeniesiono ją do rzeczywistości żywcem z folderu, reklamującego wymarzone wakacje w tropikach. Szeroka połać żółtego piachu zaczynała się tuż za chodnikiem okalającym naszą restaurację na świeżym powietrzu, a kończyła szeregiem leżaków i parasoli (podobno dla nas bezpłatnych) nad samą wodą. Podwiewała je lekka bryza znad morskiej toni pokrytej na obrzeżu niewielkimi falami o śnieżnobiałych grzywkach. Jej bezkres mienił się słonecznymi refleksami i kolorami, które sprawiały wrażenie, jakby były naniesione pociągnięciami pędzla skąpanego w lazurowo – turkusowej farbie przez któregoś ze słynnych impresjonistów. Odpłynęłam… 



Nie odrywałam oczu od tego widoku aż do ostatnich chwil, gdy to było możliwe - syciłam się nim z naszego balkonu, z tarasu restauracji, ze spaceru wzdłuż brzegu. Dziękując w myślach na okrągło i naprzemiennie to Bogu, to mężowi. Za ten zachwyt, który dzięki nim mógł być moim udziałem …


Zachwycałam się zachłannie, łapczywie, pożądliwie… Jakby było tylko dziś, jakby jutro miało nie nadejść wcale… Jakbym miała już tego nigdy nie doświadczyć w życiu, choć to wcale nie moje życie dobiegało wówczas końca...


Nagrałam krótkie filmiki - bardzo nieprofesjonalnie, bo się dopiero tego uczyłam. Ze wzruszeniem oglądam teraz, jak mąż na nich macha ręką do obiektywu, pozdrawiając z uśmiechem Anię… Och życie, takie jesteś piękne i okrutne zarazem. Skąd mogłam wówczas wiedzieć, że to nasz ostatni wspólny wyjazd? I że kilka miesięcy później to ja będę musiała pomachać - na pożegnanie mężowi. ruszającemu już w swoją ostatnią podróż...




Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/02/nasz-pobyt-w-turcji-zacza-sie-z.html


P.s. dla przypomnienia i przestrogi:

https://poezja.org/wz/Julian_Tuwim/7456/Do_prostego_czlowieka

https://www.youtube.com/watch?v=SBJ8_Xo8-Kg&ab_channel=Buldog-Topic





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz