Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/12/37-wizja-powrotu-z-wakacyjnej-podrozy.html
Wpakowanie się do łóżka od razu po przyjeździe do hotelu ma swoje dobre strony - wyspaliśmy się. A na dzień dobry czekała na mnie miła niespodzianka - okazało się, że do karty do pokoju dołączono voucher na kawę w hotelowej restauracji. Zdaje się, że taki bonus był związany z faktem dostąpienia zaszczytu członkostwa typu silver w programie Hilton Honors:). Jakby nie było, spędziliśmy właśnie piątą noc w hiltonowskich hotelach.
Z Hiltonem o tyle dobra sprawa, że tu jest tak, jak być powinno i żadne dziwne niespodzianki się nie zdarzają - wygoda i wszystko, co może być przydatne w podroży. W sam raz dla takich zmęczonych ludzi, jak my - napisałam do Najbliszych.

Tym samym puściłam w niepamięć hiltonowskie wpadki z dnia poprzedniego. Po przyjeździe zakomunikowano nam bowiem, że nie ma dla nas miejsca parkingowego, mimo że prosiłam mailowo o jego rezerwację ze względu na męża. Recepcjonista niefrasobliwie zaproponował nam, abyśmy zaparkowali pod pobliską galerią handlową i podeszli sobie spacerem do hotelu. Gdy spojrzałam przy tym na męża, który ledwie trzymał się na nogach, czy raczej na obu kulach, to prawie się zagotowałam. Wówczas na szczęście okazało się, że jakiś pracownik hotelu zaparkuje tam za nas.
Również nasza druga prośba skierowana mailowo do Hiltona w Eskişehir (a jakże, o ładny widok z okna) została kompletnie zignorowana. Myślę że nikt w tym hotelu żadnych maili nie czyta, albo też się nimi zupełnie nie przejmuje. Z naszego okna mieliśmy więc widok na drugą część budynku hotelowego i łączący je beton. Trochę szkoda, ale tamtego wieczoru nie miałam już sił na żadne wymiany. Mąż tym bardziej. Żeby nie popsuć sobie humoru, po prostu woleliśmy uznać, że nasz pokój to była jedyna możliwość na zakwaterowanie dla osób z niepełnosprawnością.
Ostatecznie więc nasz pobyt w mieście miał charakter jedynie tranzytu. Ale być może jednak powinniśmy rozważyć „sprawdzenie „cudu na stepach” — „Wenecji Anatolii”, jak mówią, raczej hiperbolicznie”, co można przeczytać również w tekście pod podanym powyżej linkiem. Bardzo ładnie i zachęcająco opisuje swoje wrażenia z Eskişehir na przykład student z Bangladeszu, który przyjechał tam w ramach studenckiej wymiany z Erazmusa. Monzur Morshed zachwyca się parkami, gdzie nie brakuje zbiorników wodnych oraz dobrym jedzeniem (https://erasmusu.com/pl/erasmus-eskisehir/erasmus-doswiadczenia/doswiadczenia-z-eskisehir-turcja-oczami-monzura-morshed-693776).
Po drodze przejeżdżamy przez Bursę - miasto, które na pewno należy do kategorii tureckich „must see’. Ale tym razem odpuszczam - mam teraz takie potrzeby jak nasi synowie po opuszczeniu Kapadocji dziewiętnaście lat temu... Nad morze, proszę, nad morze...
No i wreszcie tam docieramy. Lecz niestety nic w tej okolicy nie przypomina miejsca z moich marzeń... Mąż stara się jak może, zawija do kolejnych miejscowości, odbija w jakieś lokalne dróżki, ale wciąż nic i nic... Nieciekawe wybrzeże, hotele brzydkie lub drogie, a przeważnie brzydkie i drogie jednocześnie... Niestety, nie znajdujemy plaży marzeń... I to niemal na długości całego południowego brzegu Morza Marmara.
Postanawiamy więc zostać w Lapseki do następnego dnia. Zresztą i tak już nie bardzo mamy gdzie pojechać, jeśli nie chcemy się znów kierować w głąb kraju. Podjąć postanowienie łatwo, zrealizować plan trudniej - poszukiwania hotelu pozbawiają nas resztek optymizmu. Wreszcie decydujemy się na Pensjonat Saygili - prosty i tani pokój wydaje się być przyzwoitą opcją na spędzenie pod dachem nocy, która już się zaczyna w najlepsze. Ale tego dnia wszystko idzie jak po grudzie. Na miejscu okazuje się, że Pensjonat Saygili, choć nic nie stracił ze swej prostoty, to tani już nie jest - recepcjonista podaje nam dużo wyższą cenę niż widzieliśmy wcześniej na każdej z turystycznych stron internetowych. O negocjacjach nie ma mowy, facet ewidentnie sprawia wrażenie jakby fakt, że ma nas zakwaterować w jakimś pokoju za inną kwotę niż podał, wręcz uwłaczał jego godności.
No cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko skorzystać z triku, którego nauczyliśmy się wcześniej w Malatyi - szukamy lokalu z internetem, by zrobić... rezerwację online w Pensjonacie Saygili. I tym sposobem znajdujemy przemiłe miejsce o nazwie Lapseki Teras Restaurant. Jest tu i bezpłatny internet, i przemiła gościna, natrafiamy nawet na muzykę na żywo. Przy sąsiednim stoliku grupa muzyków wykonuje utwory rebetiko, a to przecież tak bardzo ukochany przez męża gatunek.
Podczas planowania wyjazdu do Turcji wiele wieczorów upłynęło nam w ich towarzystwie. Mnie szczególnie przypadła do gustu twórczość Cafe Aman Istanbul. Polecam na przykład przepiękne wykonanie utworu „Gülbahar” z teledyskiem, na którym znajduje się nie tylko klimatyczna sesja zdjęciowa członków zespołu, ale też zdjęcia Stambułu z zeszłej epoki (https://www.youtube.com/watch?v=Y-CqlJtRVlE&ab_channel=CafeAman%C4%B0stanbul).
Przed przyjazdem do tureckiej stolicy byliśmy przekonani, że Cafe Aman to jakieś konkretne miejsce w dawnej stolicy Turcji, gdzie koncertują nasi ulubieni muzycy. Mąż próbował je nawet odnaleźć na planie miasta:). Z pomocą przyszedł jak zwykle nieoceniony internet.
„Nie wiadomo dokładnie, gdzie i kiedy narodziło się rebetiko - w dziewiętnastowiecznych kawiarniach Smyrny (dzisiejszy Izmir) i Stambułu, greckich więzieniach, czy też na przedmieściach Aten, Pireusu i Salonik. Wiadomo natomiast, że już w początkach XIX wieku istniały w miastach Grecji oraz egejskiego wybrzeża tureckiej Anatolii pieśni popularne, wykonywane w małych kawiarniach” napisano pod linkiem: https://pismofolkowe.pl/artykul/rebetiko-grecki-folklor-miejski-3113.
Inną nazwą Cafe Aman jest Cafe Chantour, w odróżnieniu od nich Cafe Chantan była lokalem luksusowym - przynajmniej tak wynika z pierwszego przywołanego tekstu na temat rebetiko.
Z kolei Cristian z Rumunii w plusach recenzji ujmuje „Widok z tarasu, bezpośrednio na port”. No cóż, nawet taka widoczkowa maniaczka, jak ja, czasem coś przeoczy. Ale któż miał nas poinformować o tarasie? Jeśli chodzi o recepcjonistę, to on na pewno przecież nie zamierzał uprzyjemniać nam pobytu.
Ale nic to, ważne, że dobrze przespana noc przyniosła nam nowe siły. Obudziliśmy się w przekonaniu, że nowy dzień to nowi my:). Odsuwam dziurawą firankę i dokonuje jednego z najlepszych i najmniej spodziewanych odkryć w podróży. Przesyłam Najbliższym fotkę wykonaną z naszego okna wraz z podpisem:
A widok na morze też jest... tam gdzieś między budynkami miasteczka:)
I rzeczywiście po wpatrzeniu się w te miejsca (również na zdjęciach) można dostrzec za zabudowaniami ciemnoniebieskie wody Cieśniny Dardanele. Chciałam pokój z widokiem na morze, no to mam:), los w taki właśnie sposób postanowił spełnić moje marzenia:).
Nic więcej z tego pobytu nie wycisnę, więc pora się zbierać dalej.
Poranek nie poprawił humoru zaspanemu recepcjoniście. Mimo że po nocy dzięki naszej determinacji wpadła na konto hotelu kasa, której by nie było, gdybyśmy odpuścili. Nomen omen tłumacz google tłumaczy mi słowo „saygili” jako „pełen szacunku”:).
Przed nami przeprawa na drugi brzeg Cieśniny Dardanele.
Do zobaczenia w Europie - piszę do Najbliższych. I nie czekając na odpowiedź, rozpoczynam kolejne podejście do poszukiwań plaży marzeń. Bo są dni, w które trudno mnie zniechęcić do ich spełniania...
Przypis: ” Do połowy lat 50. XX wieku nagrywano w Grecji wiele tureckojęzycznych piosenek. O spadku popularności tego języka w greckiej muzyce zadecydowały między innymi względy polityczne w okresie nasilającego się konfliktu wokół Cypru. W późniejszym okresie kilkakrotnie jeszcze sięgano w muzyce rozrywkowej do języka tureckiego (przeważnie na zasadzie pojedynczych zwrotów). Wiele turcyzmów odnaleźć można w muzyce ludowej Wysp Egejskich, Krety, Tracji, Macedonii.”
GALERIA - zachód słońca nad Cieśniną Dardanele











































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz