czwartek, 11 stycznia 2024

38. 15 TURCJA: Lapseki - Do zobaczenia w Europie!

Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/12/37-wizja-powrotu-z-wakacyjnej-podrozy.html




Wpakowanie się do łóżka od razu po przyjeździe do hotelu ma swoje dobre strony - wyspaliśmy się. A na dzień dobry czekała na mnie miła niespodzianka - okazało się, że do karty do pokoju dołączono voucher na kawę w hotelowej restauracji. Zdaje się, że taki bonus był związany z faktem dostąpienia zaszczytu członkostwa typu silver w programie Hilton Honors:). Jakby nie było, spędziliśmy właśnie piątą noc w hiltonowskich hotelach.


Z Hiltonem o tyle dobra sprawa, że tu jest tak, jak być powinno i żadne dziwne niespodzianki się nie zdarzają - wygoda i wszystko, co może być przydatne w podroży. W sam raz dla takich zmęczonych ludzi, jak my - napisałam do Najbliszych.

Tym samym puściłam w niepamięć hiltonowskie wpadki z dnia poprzedniego. Po przyjeździe zakomunikowano nam bowiem, że nie ma dla nas miejsca parkingowego, mimo że prosiłam mailowo o jego rezerwację ze względu na męża. Recepcjonista niefrasobliwie zaproponował nam, abyśmy zaparkowali pod pobliską galerią handlową i podeszli sobie spacerem do hotelu. Gdy spojrzałam przy tym na męża, który ledwie trzymał się na nogach, czy raczej na obu kulach, to prawie się zagotowałam. Wówczas na szczęście okazało się, że jakiś pracownik hotelu zaparkuje tam za nas.

Również nasza druga prośba skierowana mailowo do Hiltona w Eskişehir (a jakże, o ładny widok z okna) została kompletnie zignorowana. Myślę że nikt w tym hotelu żadnych maili nie czyta, albo też się nimi zupełnie nie przejmuje. Z naszego okna mieliśmy więc widok na drugą część budynku hotelowego i łączący je beton. Trochę szkoda, ale tamtego wieczoru nie miałam już sił na żadne wymiany. Mąż tym bardziej. Żeby nie popsuć sobie humoru, po prostu woleliśmy uznać, że nasz pokój to była jedyna możliwość na zakwaterowanie dla osób z niepełnosprawnością.


Bo taką właśnie opcję zarezerwowałam. Ale na miejscu zaczęłam się zastanawiać, czy to miało sens. Co prawda bowiem pokój miał poszerzony ciąg komunikacyjny, ale zrobiono to kosztem wyniesienia kącika wypoczynkowego. I o ile jeszcze na stolik kawowy łatwo mi machnąć ręką, to fotela, w którym można by odpocząć po podróży naprawdę brakowało. Czy osoba z niepełnosprawnością ruchową musi być w podróży skazana na siedzenie albo w wózku inwalidzkim, albo na krześle przy biurku? A co z kimś, kto jej towarzyszy? Też tak bardzo liczącym na wypoczynek? I nawet zrozumiałabym taką sytuację, gdybyśmy byli w podrzędnym, tanim miejskim hoteliku, ale w drogim, czterogwiazdkowym Hiltonie jakoś to wyglądało słabo. Już o tym pisałam podczas pobytu w Bolu, ale im bardziej jestem zmęczona podróżą, tym mocniej mi to dopieka.


No ale oczywiście to nie są żadne niewybaczalne grzechy. Szybko o nich zapominam, delektując się kawą na restauracyjnym tarasie. Spoglądam z góry na okolice hotelu. Eskişehir to raczej zbyt duże i zbyt nowoczesne miasto, by mogło mnie uwieść. Nie wygląda źle, ale też niczym specjalnie nie zachęca do dalszej penetracji. Według strony Wikivojage jego „nazwa oznacza po turecku „stare miasto” — nazwa odpowiednia, ponieważ miasto w pełni obejmuje nowoczesne życie przy jednoczesnym zachowaniu poczucia tradycji i starożytnych wartości. (...) Pomimo swojej nazwy większość miasta to nowa konstrukcja, a najstarsze budynki mają nie więcej niż 50 lat, z wyraźnym wyjątkiem dzielnicy Odunpazarı” (https://pl.wikivoyage.org/wiki/Eski%C5%9Fehir).


Podobno można tam znaleźć kolorowe osmańskie domy, ale po przeszło miesięcznym pobycie w Turcji, konieczność ich oglądania raczej nie należy do moich priorytetów. Zwiedzałam już przecież pozostałości po Osmanach naprawdę z najwyższej półki. Co zatem jest dla mnie priorytetowe na tym etapie podróży? No cóż, trzeba się przyznać, że w Eskişehir znów wyszło ze mnie dziecko. Takie, które zwietrzyło bliskość morza.

Ostatecznie więc nasz pobyt w mieście miał charakter jedynie tranzytu. Ale być może jednak powinniśmy rozważyć „sprawdzenie „cudu na stepach” — „Wenecji Anatolii”, jak mówią, raczej hiperbolicznie”, co można przeczytać również w tekście pod podanym powyżej linkiem. Bardzo ładnie i zachęcająco opisuje swoje wrażenia z  Eskişehir na przykład student z Bangladeszu, który przyjechał tam w ramach studenckiej wymiany z Erazmusa. Monzur Morshed zachwyca się parkami, gdzie nie brakuje zbiorników wodnych oraz dobrym jedzeniem (https://erasmusu.com/pl/erasmus-eskisehir/erasmus-doswiadczenia/doswiadczenia-z-eskisehir-turcja-oczami-monzura-morshed-693776).


Z Wikipedii wynika , że miasto to ważny „ ośrodek akademicki (Osmangazi Üniversitesi i Uniwersytet Anadolu – jeden z największych na świecie).” Poza tym „znany jest z produkcji chałwy (między innymi gatunków met helvası i nuga helva), czebureków [„złote pierogi” - jak tytułuje je jedna z internetowych stron z przepisami - przyp. aut] oraz wydobywania sepiolitu [pianka morska, przed wystawieniem na słońce miękki minerał, w którym na przykład rzeźbi się piękne fajki - przyp. aut.] . Na pobliskich wzgórzach można znaleźć gorące źródła” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Eski%C5%9Fehir).
I wszystko to brzmi pięknie, ale Drogi Mężu, ja chciałabym nad morze...


Żegnamy więc Eskişehir i jedziemy szukać szczęścia dalej. Poranna obsługa Hiltona nadrabia wszelkie braki wieczornej zmiany, pozwalając zabrać ze sobą dobre wspomnienia w dalszą podróż. Do najbliższej miejscowości nad Morzem Marmara (Mundanya) mamy według Via Michelin 2 godziny i minutę drogi, więc wstępuje we mnie optymizm, że oto wkrótce będę wypoczywać w prawdziwie wakacyjnej scenerii.

 Po drodze przejeżdżamy przez Bursę - miasto, które na pewno należy do kategorii tureckich „must see’. Ale tym razem odpuszczam  - mam teraz takie potrzeby jak nasi synowie po opuszczeniu Kapadocji dziewiętnaście lat temu...  Nad morze, proszę, nad morze...

No i wreszcie tam docieramy. Lecz niestety nic w tej okolicy nie przypomina miejsca z moich marzeń... Mąż stara się jak może, zawija do kolejnych miejscowości, odbija w jakieś lokalne dróżki, ale wciąż nic i nic... Nieciekawe wybrzeże, hotele brzydkie lub drogie, a przeważnie brzydkie i drogie jednocześnie... Niestety, nie znajdujemy plaży marzeń... I to niemal na długości całego południowego brzegu Morza Marmara.  


Słońce już zaczyna zachodzić, gdy dojeżdżamy do kończącej je Cieśniny Dardanele. Tu wreszcie, na skraju miejscowości Lapseki udaje nam się namierzyć miejsce, gdzie w ładnej scenerii plażują wczasowicze. Ze względu na ilość osób (a także podstarzały sprzęt i szarawy piasek) przygotowana pod użytkowników instagrama plaża niezupełnie spełnia moje oczekiwania, ale do zachwytu nad zachodem słońca jest idealna. Znajdująca się na niej Cafe’SS Beach Club też ma bardzo dobre opinie w internecie.

Postanawiamy więc zostać w Lapseki do następnego dnia. Zresztą i tak już nie bardzo mamy gdzie pojechać, jeśli nie chcemy się znów kierować w głąb kraju. Podjąć postanowienie łatwo, zrealizować plan trudniej - poszukiwania hotelu pozbawiają nas resztek optymizmu. Wreszcie decydujemy się na Pensjonat Saygili - prosty i tani pokój wydaje się być przyzwoitą opcją na spędzenie pod dachem nocy, która już się zaczyna w najlepsze. Ale tego dnia wszystko idzie jak po grudzie. Na miejscu okazuje się, że Pensjonat Saygili, choć nic nie stracił ze swej prostoty, to tani już nie jest - recepcjonista podaje nam dużo wyższą cenę niż widzieliśmy wcześniej na każdej z turystycznych stron internetowych. O negocjacjach nie ma mowy, facet ewidentnie sprawia wrażenie jakby  fakt, że ma nas zakwaterować w jakimś pokoju za inną kwotę niż podał, wręcz uwłaczał jego godności.

No cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko skorzystać z triku, którego nauczyliśmy się wcześniej w Malatyi - szukamy lokalu z internetem, by zrobić... rezerwację online w Pensjonacie Saygili. I tym sposobem znajdujemy przemiłe miejsce o nazwie Lapseki Teras Restaurant. Jest tu i bezpłatny internet, i przemiła gościna, natrafiamy nawet na muzykę na żywo. Przy sąsiednim stoliku grupa muzyków wykonuje utwory rebetiko, a to przecież tak bardzo ukochany przez męża gatunek.

Podczas planowania wyjazdu do Turcji wiele wieczorów upłynęło nam w ich towarzystwie. Mnie szczególnie przypadła do gustu twórczość Cafe Aman Istanbul. Polecam na przykład przepiękne wykonanie utworu „Gülbahar” z teledyskiem, na którym znajduje się nie tylko klimatyczna sesja zdjęciowa członków zespołu, ale też zdjęcia Stambułu z zeszłej epoki (https://www.youtube.com/watch?v=Y-CqlJtRVlE&ab_channel=CafeAman%C4%B0stanbul).

Przed przyjazdem do tureckiej stolicy byliśmy przekonani, że Cafe Aman to jakieś konkretne miejsce w dawnej stolicy Turcji, gdzie koncertują nasi ulubieni muzycy. Mąż próbował je nawet odnaleźć na planie miasta:). Z pomocą przyszedł jak zwykle nieoceniony internet.


„Cafe Aman (nazwa pochodzi od tureckiego Manny’ego Kavesi) była jedną z przedwojennych kawiarni ludowych, w których dwaj lub trzej śpiewacy (wokaliści pochodzenia greckiego, żydowskiego, ormiańskiego i romskiego), zwani amanetzytami recytowali improwizowane teksty, często w formie dialogu, zawsze w rytmie i melodii. Cechą charakterystyczną był powtarzający się [zaczerpnięty z Bliskiego Wschodu - przyp. aut] wykrzyknik „aman, aman”, który śpiewacy używali by zyskać na czasie i zaimprowizować nowe teksty”, jak możemy przeczytać na stronie https://memoriesoftheinnocentage-blogspot-com.translate.goog/2010/07/cafe-aman.html?_x_tr_sch=http&_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc.


"Stanowi on odpowiednik stosowanych w bluesie zwrotów Oh, Lord!, gdy wokalista układa na poczekaniu kolejne wersy tekstu” - to już cytat z następnego, bardzo ciekawego artykułu pod tytułem: „Rebetiko - grecki folklor miejski”. Przedstawiona w nim historia tego gatunku muzycznego brzmi pociągająco i romantycznie, choć tak naprawdę to opowieść o nędzy, smutku i desperacji.

 Nie wiadomo dokładnie, gdzie i kiedy narodziło się rebetiko - w dziewiętnastowiecznych kawiarniach Smyrny (dzisiejszy Izmir) i Stambułu, greckich więzieniach, czy też na przedmieściach Aten, Pireusu i Salonik. Wiadomo natomiast, że już w początkach XIX wieku istniały w miastach Grecji oraz egejskiego wybrzeża tureckiej Anatolii pieśni popularne, wykonywane w małych kawiarniach  napisano pod linkiem: https://pismofolkowe.pl/artykul/rebetiko-grecki-folklor-miejski-3113.


Rebetiko to muzyka grana i śpiewana przez rebetes, mieszkańców przedmieść i portowych dzielnic Aten, Pireusu czy Salonik. Termin ten oznacza jednak znacznie więcej niż samo miejsce zamieszkania. Określa pewien typ mentalności i stylu życia. Etymologia słowa rebetis nie jest jasna. Najczęściej wywodzi się je ze słownictwa języka tureckiego: rebet - nieustępliwy, buntowniczy lub harabati - przedstawiciel bohemy, pijaczek, mieszkaniec slumsów” - czytamy dalej. 
Przeciętny dzień życia w portowych dzielnicach z pewnością nie prezentował się różowo. Nieliczni, którym udało się znaleźć pracę, tyrali w pocie czoła za marne pieniądze. Reszta, przytłaczająca bezrobotna większość, pozbawiona nadziei i złudzeń co do swego losu, musiała walczyć o przetrwanie za pomocą mniej legalnych środków. Szare, zaniedbane, niedostępne dla obcych dzielnice slumsów zmieniały jednak swój charakter po zmroku. Biedota miejska gromadziła się wówczas w małych, zazwyczaj ukrytych w podwórkach i zaułkach, knajpach, zwanych cafe aman lub tekedes, szukając pociechy w alkoholu lub haszyszu. Zgromadzona wokół fajek wodnych (nargile) publiczność wsłuchiwała się w muzykę wykonywaną przez opłacanych muzykantów. (...) Teksty odzwierciedlające dole i niedole życia w portowych dzielnicach, często wyrażające rezygnację, rozpacz i osamotnienie, wykonywane były w różnych językach (przypis w oryginalnym tekście), stosownie do mieszanki etnicznej zamieszkującej ówczesne Ateny, Pireus oraz Saloniki. 

Inną nazwą Cafe Aman jest Cafe Chantour, w odróżnieniu od nich Cafe Chantan była lokalem luksusowym - przynajmniej tak wynika z pierwszego przywołanego tekstu na temat rebetiko.


Ach, jak bardzo mąż mógłby się cieszyć tym wieczorem, gdyby miał jeszcze na to siły. Urzekająca muzyka, wyjątkowa gościnność i przepiękny widok na oświetlony most spinający oba brzegi cieśniny miała uczynić tę noc magiczną. Ale tym razem nad magią górowała potrzeba snu i niestety musieliśmy powrócić  (na szczęście z rezerwacją) do Pensjonatu Saygili. A także obudzić obrażonego już wcześniej na nas recepcjonistę, który zdążył zapaść w głęboki sen na zapleczu. Wiedzieliśmy, że się nie ucieszy na nasz widok i istotnie ilość westchnień i pełnych złości posapywań była proporcjonalna do jego „życzliwego” nastawienia do takich turystów jak my. Ale nic nam to nie robiło - ważne, że mieliśmy tej nocy gdzie spać. Nawet nas trochę bawiła ta sytuacja - przechytrzyliśmy niegościnnego typa. Jedyne, czym mógł się nam zrewanżować, to zakwaterowanie w pokoju, gdzie na „dobry wieczór” przywitała nas ogromna dziura w firance. Poza tym było w porządku i nadspodziewanie czysto. Właściwie to mogłabym się podpisać pod opinią Semira z Bośni i Heregowiny, opublikowaną na „Booking.com.: „Pokoje były przestronne, nowo umeblowane i czyste. Pamiętaj jednak, że nie jest to hotel pięciogwiazdkowy, ale hotel na krótki pobyt, oferujący doskonały stosunek ceny do jakości.

Z kolei Cristian z Rumunii w plusach recenzji ujmuje „Widok z tarasu, bezpośrednio na port”. No cóż, nawet taka widoczkowa maniaczka, jak ja, czasem coś przeoczy. Ale któż miał nas poinformować o tarasie? Jeśli chodzi o recepcjonistę, to on na pewno przecież nie zamierzał  uprzyjemniać nam pobytu.

Ale nic to, ważne, że dobrze przespana noc przyniosła nam nowe siły. Obudziliśmy się w przekonaniu, że nowy dzień to nowi my:). Odsuwam dziurawą firankę i dokonuje jednego z najlepszych i najmniej spodziewanych odkryć w podróży. Przesyłam Najbliższym fotkę wykonaną z naszego okna wraz z podpisem:

A widok na morze też jest... tam gdzieś między budynkami miasteczka:)

I rzeczywiście  po wpatrzeniu się w te miejsca (również na zdjęciach) można dostrzec za zabudowaniami ciemnoniebieskie wody Cieśniny Dardanele. Chciałam pokój z widokiem na morze, no to mam:), los w taki właśnie sposób postanowił spełnić moje marzenia:).

Nic więcej z tego pobytu nie wycisnę, więc pora się zbierać dalej. 

Poranek nie poprawił humoru zaspanemu recepcjoniście. Mimo że po nocy dzięki naszej determinacji wpadła na konto hotelu kasa, której by nie było, gdybyśmy odpuścili. Nomen omen tłumacz google tłumaczy mi słowo „saygili” jako „pełen szacunku”:).

Przed nami przeprawa na drugi brzeg Cieśniny Dardanele.

Do zobaczenia w Europie - piszę do Najbliższych. I nie czekając na odpowiedź, rozpoczynam kolejne podejście do poszukiwań plaży marzeń. Bo są dni, w które trudno mnie zniechęcić do ich spełniania...

Przypis: ” Do połowy lat 50. XX wieku nagrywano w Grecji wiele tureckojęzycznych piosenek. O spadku popularności tego języka w greckiej muzyce zadecydowały między innymi względy polityczne w okresie nasilającego się konfliktu wokół Cypru. W późniejszym okresie kilkakrotnie jeszcze sięgano w muzyce rozrywkowej do języka tureckiego (przeważnie na zasadzie pojedynczych zwrotów). Wiele turcyzmów odnaleźć można w muzyce ludowej Wysp Egejskich, Krety, Tracji, Macedonii. 




Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/02/w-przeciwienstwie-do-poprzedniego-dnia.html

GALERIA - zachód słońca nad Cieśniną Dardanele














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz