Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/11/37-wreszcie-odczuwalnie-zblizamy-sie-do.html
Wizja powrotu z wakacyjnej podróży wzbudziła w nas mnóstwo odczuć - z jednej strony wzmocniła tęsknotę za domem, z drugiej zrodziła obawy przed męczącą wielogodzinną jazdą samochodem bez gratyfikacji w postaci kolejnych przystanków w ekscytujących miejscach. Niby jeszcze się nie poddaliśmy, ślęcząc nad mapami w poszukiwaniu tego, co można zobaczyć po drodze, ale wszystko to zaczynało być podszyte żalem z powodu widocznego już na horyzoncie końca naszej tureckiej przygody.
Sił jakoś też coraz bardziej brakowało, więc z programu wycieczki wypadły zarówno zachodnie rubieże Kapadocji (Dolina Ihlary), jak i oczekiwana przez wyjazdem Konya. I po raz kolejny miejsca te powędrowały do szuflady z marzeniami oznaczonej napisem „next time”.
No trudno - tego dnia chcieliśmy przede wszystkim pokonać spory odcinek drogi w kierunku domu. Ciężko nam było wybrać, czy jej całodziennym celem ma być Eskişehir czy Kütahya - w obydwu tych miastach mieliśmy możliwość zanocować w hotelach sieci Hilton, co miało wpływ na naszą decyzję. Na hiltonowskim koncie miałam jeszcze punkty, które chcieliśmy wykorzystać przed powrotem do kraju.
W końcu zdecydowaliśmy się na Eskişehir - trasa do niego wydawała się nam wygodniejsza i prostsza. No i jednak czas spędzony w samochodzie miał być krótszy niż podczas podróży do Kütahyi. Google maps informowały o pięciu godzinach i czterech minutach jazdy (475 kilometrów), co było jak najbardziej do przyjęcia. Szkoda tylko, że ostatecznie uznały (za nas), że wolimy jednak pojechać do celu najbardziej zatłoczonymi, najpopularniejszymi drogami kraju, przez co znacząco wzrosły i czas (korki), a nawet i liczba kilometrów (objazdy).
Ale znieśliśmy to dzielnie, bo udało nam się przy okazji zobaczyć parę interesujących miejsc, które znajdowały się przy wybranej dla nas przez nawigację trasie. Były to kolejno:
1. Skalny kościół (a właściwie cały kompleks) Aynali (jeszcze pomiędzy Göreme i Ortahısar) - na niektórych oznakowaniach wciąż można zobaczyć jego starszą nazwę - Fırkatan Church.
To był dla nas poniekąd taki miły sposób na pożegnanie z Kapadocją. Kościół położony zaledwie kilometr od Göreme Open Air Museum jest znacznie mniej uczęszczany od tych, które znajdują się w skansenie i można w nim pobyć sobie sam na sam z historią nawet w szczycie sezonu turystycznego. To stanowi prawdziwe wytchnienie od zadeptanych kapadockich szlaków, a sceneria w niczym im nie ustępuje.
Oryginalność kościoła przejawia się w jego zdobieniach - na przeciwległych, bielonych ścianach symetrycznie rozmieszczono proste czerwone malowidła, które na stronie https://www.cappadociahistory.com/post/aynal%C4%B1-church nazwano ziemistymi (earthy). Są to przeważnie wzory geometryczne: zygzaki, paski, krzyże, romby, kostki domina, tworzące kratkę kwadraty, trójkaty, ale także stylizowane pochodnie, ptaki czy medaliony. Taki symetryczny sposób zdobienia znalazł odbicie w nazwie - Kościół Lustrzany (mirror), zwany też Symetrycznym, a po turecku właśnie Aynali.
2 Tuz Gölü - czyli miejsce, które od dawna pragnęłam odwiedzić w Turcji, ale przed rozpoczęciem tegorocznej podróży właściwie nie miałam nadziei, że to pragnienie może się ziścić. Bo Jezioro Słone znajduje się właściwie poza utartymi przez turystów szlakami.
Kiedyś przed dziewiętnastu laty widzieliśmy je majaczące o świcie w drodze z Kapadocji na południe, ale nie zrobiliśmy nad nim wówczas nawet krótkiego przystanku, spiesząc stamtąd nad morze, które się marzyło chłopakom podczas wakacji . Choć to mi się teraz wydaje zabawne, to przez słabą znajomość tureckich realiów, początkowo na poprzednim wyjeździe poszukiwaliśmy plaży marzeń właśnie w przemysłowym, portowym Mersin:).
Teraz od kilku lat podróżujemy już z mężem sami. I priorytety też są inne. Choć tak naprawdę znów zmierzamy w kierunku morza - tyle, że obecnie nie Śródziemnego, ale Marmara:).
Lecz tym razem Tuz Gölü jest wysoko w naszym rankingu tureckich atrakcji. Zdążyliśmy nadrobić zaległości i doczytać wszystkie opowieści z zamieszkującymi te tereny flamingami w roli głównej, a one zawsze działały na moją wyobraźnię. Skoda tylko, że wiele z tych historii (szczególne umieszczonych w sieci rok wcześniej), było związanych z tragedią gniazdujących tu ptaków. Na stronie https://podroze.onet.pl/aktualnosci/turcja-masowa-smierc-flamingow-powodem-wysychajace-jezioro-tuz/v8wzfs7 czytaliśmy wówczas:
„Jezioro Tuz to drugie co do wielkości jezioro w Turcji [po Van - przyp. aut.] i jedno z największych jezior hipersalinowych na świecie [zasolenie wody 33% - dla porównania w Morzu Martwym 28% - przyp. aut]. Jest płytkie, ale jego słona natura sprzyja gniazdowaniu ptaków wędrownych. To także dom dla kolonii flamingów, w której co roku wykluwa się do 10 tys. młodych ptaków. Jednak susza wynikająca przede wszystkim ze zmian klimatycznych doprowadziła do recesji wód, co sprawia, że znalezienie pożywienia jest wyzwaniem dla flamingów.”
Na szczęście rząd Turcji podszedł do sprawy bardzo poważnie. Już rok później, czyli podczas naszej podróży, można było znaleźć na stronie: https://pl.rayhaber.com/2022/07/turkiyenin-en-onemli-kus-turlerinden-flamingolar-koruma-altinda/ yakie stanowisko tureckiego Ministerstwa Środowiska, Urbanizacji i Zmian Klimatu:
„Pisklęta flamingów, które wychodzą z wylęgu, uzupełniają swój rozwój wodą i składnikami odżywczymi pochodzącymi z kanału zwanego kanałem Konya w okresie rozwoju. W przeszłości niektóre zgony flamingów miały miejsce z powodu przerwy w dostawie czystej wody do Słonego Jeziora z kanału Konya w celach rolniczych. Jednak dzięki działaniom podjętym przez nasze ministerstwo w tym roku zaobserwowano znaczny wzrost liczby młodych flamingów. (...) Uçan [Dyrektor Generalny Ochrony Zasobów Naturalnych - przyp. aut] poinformował, że odpowiednie ministerstwa i gminy otrzymały ostrzeżenia, aby nie odcinać bez pozwolenia wody pochodzącej z kanału Konya do nawadniania upraw”.
Dzięki Bogu, można więc spojrzeć w przyszłość optymistycznie. I mieć nadzieję, że Jezioro Tuz pozostanie bezpieczną wylęgarnią wyjątkowych ptaków, które od wieków znajdują tu schronienie. A także spokojnie czekać na kolejne pokolenia flamingów nieodmiennie rozpalające wyobraźnię. No bo oczywiście na spotkanie oko w oko nie liczę - już podczas podróży po Czarnogórze przekonałam się, że to nie takie łatwe.
Ale tym razem Jezioro Tuz kusi mnie czyś innym - wizją tafli soli na swojej powierzchni. Znowu jest gorąco i, jak zwykle w takim czasie, na skutek parowania wody część terenu zamienia się w wielkie solnisko. W internecie można zobaczyć całe mnóstwo turystów przechadzających się po solnej skorupie. I ja też miałam w planie zrobić dokładnie to samo:). Bardzo mnie ucieszyła myśl o możliwości solnego peelingu dla moich intensywnie używanych na wakacjach stóp:). Na szczęście można je umyć po opuszczeniu solniska w przygotowanym dla turystów miejscu i nie trzeba zabierać zużytej soli z sobą w dalszą podróż:).
Fajna taka biała, przeogromna pustynia - ucieszona przesyłam fotki znajomym.
Amatorów darmowego peelingu jest sporo, w tym też na przykład młoda para, która przybyła tu na swoją sesję zdjęciową. Dla turystów uruchomiono na brzegu jeziora specjalne centrum, oferujące wyroby z soli i wszelkiego innego rodzaju pamiątki, a także testowanie kosmetyków z solnymi minerałami. Ledwo można się przecisnąć między oferentami i zainteresowanymi.
”Tuz Gölü to bogactwo aż dwudziestu dwóch minerałów, które dobroczynnie wpływają na naszą skórę! Wśród nich odnajdziemy między innymi magnez, żelazo, brom, sód, potas i jod. Które świetnie wpływają oczyszczająco i nawilżająco na naszą skórę. Podczas pobytu nad jeziorem warto skorzystać z kąpieli błotnych i wysmarować się od stóp do głów w glince Tuz Gölü. I to wszystko całkowicie za darmo :), teren jeziora jest ogólnie dostępny, żadne opłaty nie są pobierane” - jak można przeczytać na stronie https://www.skarbieclynia.pl/index.php/2022/12/28/jezioro-tuz-golu-rozowy-cud-natury/.
No cóż, glinki nie widziałam, ale i tak trudno byłoby mi sobie wyobrazić, że się nią smaruję podczas krótkiego przystanku w naszej podróży na północ:). Zresztą, autorki stronki podają więcej takich informacji, których na miejscu nie jestem w stanie zweryfikować: „Zimą akwen przybiera szaro-błękitną barwę, zaś latem zachwyca wszystkimi odcieniami różu! Swój bajkowy kolor jezioro zawdzięcza mikroalgom Dunaliella salina oraz halobakteriom. W ciepłych miesiącach produkują one czerwony beta-karoten. Sprawiają, że woda w jeziorze zaczyna mienić się całą paletą cyklamenu – od łososiowej aż po ciemnoróżową”. To wszystko brzmi oczywiście bardzo pięknie, ale zapewniam, że białe solnisko, które można zobaczyć w sierpniu jest równie atrakcyjne:).
„O jeziorze pisali już starożytni’ - czytam w kolejnym blogu. „Nosiło wówczas nazwę Tatta. Znajdowała się na nim granica między Likaonią a Galacją (obie krainy były wspomniane w Dziejach Apostolskich, to tu chrześcijaństwo krzewili św. Paweł i św. Barnaba), zaś w większości należało do Frygii (tu zwłaszcza w czasach bizantyjskich pojawiała się inna nazwa jeziora – Attaea). Zapiski z tamtego okresu mówią, że jezioro było tak słone, że nie dawało się go przebyć. Każdy przedmiot zanurzony w wodzie, natychmiast był pokryty solą. Ptaki, które się tu pluskały, z powodu osadzającej się soli nie mogły latać i stawały się łatwą zdobyczą. (...) Solnisko i jezioro znalazły się także na tymczasowej liście UNESCO” (https://www.filmowe-szlaki.pl/2021/05/28/jezioro-tuz-tureckie-solnisko-okresowe/).
No i na koniec po tej garści ciekawostek dodatkowo podaję kilka faktów o Tuz Gölü z Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Tuz): „powierzchnia: 1600-2500 km² (zmienna), głębokość maksymalna: 5 m”. I jeszcze notka: „wydobycie soli kamiennej”. To stąd pochodzi 60% tego surowca w Turcji. Uzyskuje się go tutaj w ilości około 300 tysięcy ton rocznie (informacja ze strony biura podróży Excursion Mania w Turcji).
Początkowo trafiliśmy właśnie na teren jakiegoś zakładu wydobycia soli. Zebraliśmy tam kilka pięknych, skamieniałych okazów tego surowca. A kolejną pamiątką, która wyjechała znad Tuz Gölü z nami w dalszą podróż, był przepiękny, podłużny melon o skórce koloru dojrzałej dyni w zielone paski. Wszyscy przy trasie wzdłuż jeziora handlowali właśnie takimi, więc może to jakaś lokalna odmiana? Tym samym melon dołączył do arbuza pod moimi stopami, właściwie całkowicie blokując jakąkolwiek możliwość ruchu. No ale ponieważ nie zamierzałam już wysiadać po drodze aż do samego Eskişehir, to uznałam, że wszystko jest okej. I można jechać dalej...
3. No i nie wysiadłam po drodze aż do samego Eskişehir, bo przez Ankarę tylko przejechaliśmy (choć wcale nie mieliśmy takiego zamiaru, co w niczym nie przeszkodziło naszej nawigacji). Ale i tak turecka stolica widziana z okien samochodu zrobiła wrażenie. Ankara jawi się jako miasto na wskroś nowoczesne, zbudowane z wielkim rozmachem. Raczej nie miejsce do spędzania wakacji, ale na pewno wizytówka kraju, z której jego mieszkańcy mogą być naprawdę dumni.
W końcu dotarliśmy do samego Eskişehir i z niemałym trudem udało mi się wygramolić z samochodu pod Hiltonem spomiędzy zgromadzonych pod nogami owoców.
Wreszcie odczuwalnie zbliżamy się do Polski - napiszę tego wieczoru do najbliższych.
Patrzę na mapę... Kawał drogi za Wami. Faktycznie, do domu już coraz bliżej - odpowie mi Beata.
Niesamowita ta Wasza podróż... I Wy jesteście niesamowici...
Więc cóż, jak na Niesamowitych Podróżników przystało, tego wieczoru padliśmy do wyra zaraz po tym, jak przekroczyliśmy próg hiltonowskiego pokoju. Tak naprawdę, to zdołałam tylko jeszcze przed snem obejść nasz hotel dookoła. I tyle było naszego zwiedzania nowego miejsca, do którego jechaliśmy prawie cały dzień. No bo czasem Niesamowici Podróżnicy po prostu tak mają;).

















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz