Wiedziałam, że niektórzy ludzie pierwsze Święta po śmierci Bliskiej Osoby przeżywają na autopilocie. To rodzaj zaspokajania potrzeby, aby tym razem też było tak, jak zwykle, jak wcześniej.
Taką właśnie refleksję zapamiętałam z obejrzanego kilka dni przed Wigilią live'a Agnieszki Walczak pod tytułem: „Wykluczona samotność czyli na myśl o świętach mam ochotę je odwołać”. Autorka zajmuje się problemem przeżywania żałoby i działa w tym obszarze dosyć skutecznie w mediach społecznościowych - stąd nawet „pożyczałam’ sobie jej wpisy (to znaczy udostępniałam je na swoim koncie) po śmierci Andrzeja.
Live'a obejrzałam w okresie, gdy świadomość zbliżających się Świąt była już tak nieznośna i przygniatająca, że właściwie nie miałam pewności, czy w ogóle je przeżyję. Nawet antydepresanty, do których wróciłam w czasie żałoby, nic mi nie były w stanie pomóc.
Nie, nie myślałam o odwoływaniu Świąt, wiem, że aż tak omnipotentna nie jestem. Po prostu kolejny raz w życiu chciałam, żeby ich nie było w tym roku, żeby nagle ktoś wymazał je z kalendarza, żeby choć raz zniknęły z ludzkiej pamięci bez śladu.
A jednocześnie byłam świadoma, że nic takiego się zdarzyć nie może i będę musiała się z tym zmierzyć bez względu na to, czy tego chcę, czy też nie. I w tym wszystkim jeszcze chodziło nie tylko o mnie, ale dodatkowo o Zuzię i Kacpra, którzy mieli ten czas spędzać ze mną. Czułam na sobie wielką odpowiedzialność za swój nastrój, posiadający tendencję i siłę do infekowania innych.
Przeżyłam więc ten czas właśnie na autopilocie. I zrobiłam wiele rzeczy z tego, co zwykle uważałam za tradycję w dni świąteczne i w okresie, który je poprzedza. Udało mi się zatem:
- Umyć okna w salonie, jadalni i kuchni. Całe szczęście, że zabrałam się za to wiele tygodni wcześniej;
- Posprzątać na cmentarzu. Usuwanie pozostałości po Wszystkich Świętych zawsze jest dla mnie szczególnie trudne;
- Zamówić prezenty dla dzieci oraz najbliższych przyjaciół i współpracowników. Oczywiście nie wszystko ogarnęłam tak, jakbym chciała, ale też nie zostałam Mikołajem z zupełnie pustymi rękoma;
- Uczestniczyć w trzech Wigilijkach zakładowych: w zespole katolickim, a także w poprzedniej i nowej szkołach masowych. I tu przyznać muszę, że choć wszędzie wszyscy bardzo się starali, to było to dla mnie chyba najtrudniejsze przedświąteczne doświadczenie;
- Upiec pierniczki i to z dwóch porcji ciasta (oczywiście te z przepisu „last minute”) oraz ciasto czekoladowe. Dokupiłam seromak i miodownik z masą krówkową i uznałam, że to nam powinno wystarczyć. Ale oczywiście nieoceniona Bratowa dodała do tego po Wigilii i ciasto z galaretką, i drożdżową chałkę z budyniem, i kremówkę z alkoholem, i makowiec w cieście francuskim, i nawet sernik z jabłecznikiem. Zatem było i słodko, i pysznie;
- Udekorować stół. Rzecz jasna znów nie do końca zgodnie z koncepcją, bo mój złoty obrus gdzieś zaginął w akcji (i nawet nie ma na kogo zrzucić winy), ale i tak wyszło nieźle, bo od jakiegoś czasu jestem szczęśliwą posiadaczką naprawdę zachwycającej świątecznej porcelany. Nawet jeśli musiałam się bardzo spieszyć z rozkładaniem jej na stole (wróciłam dość późno z wigilijnej wieczerzy u Brata i miałam czas na dekorację ograniczony zaledwie do momentu, aż Zuzia zagotuje pierogi, które w międzyczasie z Kacprem przygotowali na naszą domową Wigilię), to jednak jedliśmy na pięknej zastawie. Co prawda bardzo niekonwencjonalnie i nietradycyjnie - z zupą ogórkową (bo Zuzia taką lubi najbardziej, choć byliśmy też przygotowani i na inne zupowe wybory) oraz paluszkami rybnymi (bo to dla Kacprowej dziewczyny jedyny możliwy do spożycia rodzaj ryby) w roli głównej, ale też smakowało. No i, jeszcze raz to podkreślę, w naprawdę ładnej oprawie.
Tegoroczna dekoracja utrzymana była w charakterze vintage - koniki na biegunach, królowie według konwencji dziadków do orzechów, brokatowe świece, jakby otulone starymi, tłoczonymi, weneckimi tkaninami. I tu trzeba przyznać, że o rekwizyty zadbałam wcześniej.
Przede wszystkim choinka. Nie czułam się na siłach przytargać przed Świętami ciężkiej donicy z żywym drzewkiem. Zuzia zakomenderowała więc, że ubierzemy (to znaczy oni z Kacprem) w tym roku naszą wieloletnią, sztuczną choinkę. Tyle, że jej nie odnaleźliśmy. Nie wiem nawet, czy Andrzej jej wcześniej nie wyrzucił - w końcu ostatnimi laty w ogóle z niej nie korzystaliśmy.
Cóż było robić, gdy nie mieliśmy już możliwości niczego zakupić przed Wigilią? Udekorowaliśmy (to znaczy Zuzia) malutkie sztuczne drzewko przyniesione do domu z myślą o dekoracji cmentarza. Myślę, że Andrzej z Bartkiem się o to nie obrazili, choć dla nich został tylko zeszłoroczny stroik. No i światełka zapalone we wszystkich zniczach pozostałych po Wszystkich Świętych.
To takie straszne, gdy nie można naszym Najbliższym ofiarować w Święta nic z tego, co byśmy im naprawdę chcieli ofiarować...
Zuzia z Kacprem też najlepszego nastroju nie mieli - jeszcze w listopadzie był plan, że na cały okres świąteczno - noworoczny przyjadą do nich przyjaciele z Warszawy. Nic z tego nie wyszło, choć może dzieciakom by było łatwiej z wspierającą obecnością u boku. A z drugiej strony w domu na pewno pojawiłoby się też jeszcze więcej stresu.
Ale jakoś przetrwaliśmy. Tyle, że to wszystko na autopilocie. Podobno dopiero drugie Święta po śmierci Bliskiej Osoby mogą być tymi pierwszymi naprawdę świadomymi. Lecz na szczęście do nich jeszcze daleko. Jeszcze się tyle może wydarzyć po drodze...
Tymczasem dziś spoglądam za okno na rozświetlony słońcem, prawie wiosenny krajobraz (jaka to miła odmiana po świątecznej, deszczowej szaro - burości) i piszę do Przyjaciół:
Święta przeżyte, można odetchnąć z ulgą. Jeszcze Sylwester oraz Nowy Rok i
A czy kiedyś będzie można wrócić po prostu do życia, do normalności? Na to pytanie nie mam niestety żadnej odpowiedzi...








































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz