Nowy Rok przyszedł, mimo że nie był jakoś specjalnie przez nas wyczekiwany. Nie robiłam sobie w związku z nim żadnych nadziei w sprawie nagłej i radykalnej odmiany losu, obyło się też bez podsumowań. Wszystko zgodnie z hasłem, które za jedną z terapeutek zamieściłam na facebooku:
„Każdy przecież początek
to tylko ciąg dalszy,
a księga zdarzeń
zawsze otwarta w połowie.”
Wisława Szymborska, „Miłość od pierwszego wejrzenia”

Cóż zatem robiłam w Sylwestra? Ano sałatkę jarzynową, schaba w sosie cebulowym i truflę pomarańczową, co przy poświątecznym spadku energii było i tak niezłym wyczynem i zaskoczyło nawet mnie samą. Schłodziłam też różowe prosecco, którego finalnie nikt ze mną nie miał ochoty wypić. Tacy z nas właśnie teraz imprezowicze...
Przed północą wyszliśmy na taras, by obejrzeć kolorowe rozbłyski na niebie, które pojawiły się nad doliną naszej rzeki ze wszystkich stron. Trochę w tym było hipokryzji, bo przecież i u siebie na facebooku, i na facebookowym koncie Akademii Rodzica upraszałam wraz z innymi zwierzolubami, by nie puszczać fajerwerków w Sylwestra. Ale ostatecznie uznaliśmy, że skoro i tak wszyscy strzelają, to przyjemniej jest to oglądać na świeżym powietrzu niż z okien salonu.
Ja w ogólę nie rozumiem radości z tego huku - napisała pod jednym z moich postów Lucyna, którą znam jeszcze od czasów liceum.
No ja niestety tak nie mam. Cóż, trzeba uczciwie przyznać, że pod tym względem jestem jak dziecko. Fajerwerki byłyby dla mnie więc wielką frajdą, gdyby nie świadomość, zresztą zupełnie niedawno nabyta, jak reagują na nie zwierzęta - i te w domach, i bezpańskie, i w schroniskach, i w ogrodach zoologicznych, i dziko żyjące.
Zamieszczona przez męża Lucyny na facebooku fotografia przedstawiająca leżące na ziemi ptaki, które umarły ze strachu po wybuchu petard w Sylwestra była dla mnie szokiem. Mój poprzedni piesek przesypiał takie imprezy, a kot, choć tego nie lubił, też nie wykazywał jakichś szczególnych oznak strachu. Skąd więc miałam wiedzieć, że inne zwierzęta tak bardzo się tego boją?
Dopiero reakcja Wafelka po wyjściu na taras mnie otrzeźwiła. I unaoczniła to, o czym pisali właściciele i znawcy zwierząt. Bo nasz mały szczeniaczek, mimo że Zuzia przygotowywała go wcześniej na sylwestrowe huki, roztrząsł się cały. Wyglądał jak kupka nieszczęścia i przerażenia.
Jeszcze długo po północy, już po ustaniu strzelaniny, nie można go było nijak uspokoić. Zwłaszcza, że co rusz ktoś przypominał sobie chyba, że jeszcze mu gdzieś została jakaś petarda do odpalenia:(.
Nie była to więc nasza najszczęśliwsza noc. Jak zresztą wiele innych w ostatnim czasie. Wpisała się tym samym w cały ciąg żałoby, smutku i przygnębienia, jakie odczuwamy od śmierci Andrzeja, a wcześniej Bartka. No cóż w tej sprawie nie da się niczego przyspieszyć

W Nowy Rok psycholożka, z którą pracuję od września w kolejnej szkole masowej dla pocieszenia przysłała mi wiadomość:
„Wakacje i koniec roku szkolnego 2022/2023
za 24 tygodnie,
czyli 171 dni,
lub 4109 godzin,
lub 246578 minut.
Damy radę! Tak, tak, tak!”
Bardzo polubiłam Madzię - i jej optymizm też:). Tak, damy radę, myśl o wakacjach zawsze napawa nadzieją. Choć być może w moim przypadku rzeczywiście bardziej chodzi teraz o zakończenie pracy, na którą w tym roku z każdym wręcz tygodniem mam coraz mniej energii.
Oczywiście staram się temu jakoś przeciwdziałać. Największym tegorocznym osiągnięciem w tej dziedzinie jest zatroszczenie się o stan swojego zdrowia, a szczególnie od dawna zaniedbywanego kręgosłupa.
Wreszcie przyłożyłam się do tego, by zdobyć skierowanie i termin na rehabilitację ruchową. I oto właśnie rozpoczęłam ją wczoraj w szpitalu w pobliskim mieście. Do końca przyszłego tygodnia mam rozpisane zabiegi elektrostymulacji, ultradźwięki, naświetlanie lampą Sollux, masaż klasyczny i ćwiczenia na sali gimnastycznej.
Kolejną ich porcję powinnam otrzymać w sanatorium - również wczoraj dostałam wiadomość, że ZUS zakwalifikował mnie na prewencję leczniczą.
Tak więc na razie jestem zadowolona z obrotu spraw w kwestii zdrowotnej i zaopiekowania się sobą samą. Cieszy mnie czas poświęcony tylko i wyłącznie na zadbanie o własne potrzeby. Są też i inne małe radości.
pod szpitalem znalazłam już wiosnę - piszę o tym do koleżanek.
Przyroda budzi się do życia, ale jeszcze śnieg ma być - odpisuje moja kochana Ela ze szkoły katolickiej. To zadziwiające, jak bliską stała mi się osobą przez ten w sumie krótki czas wspólnej pracy.















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz