Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/05/na-potrzeby-noclegu-tranzytowego-i-paru.html
Niezwykle lubię miasta rumuńsko – węgierskiego pogranicza. Ich klimat kulturowego tygla, choć trudny do opisania, jest niepowtarzalny i inspirujący. Tym razem jednak nie mieliśmy zamiaru zatrzymywać się ani w Aradzie, ani w Oradei. Na tym etapie podróży byliśmy już jak psy gończe, które zwietrzyły trop. Mieliśmy nozdrza pełne zapachu zbliżającego się domu.
A jednak właśnie między Aradem a Oradeą nasza podróż wymusiła przystanek. Zaczęło się niewinnie – samochód zaczął wytracać szybkość. Potem było już tylko gorzej. Wysiadło wspomaganie kierownicy, zgasły wskaźniki na desce rozdzielczej i w końcu kompletnie straciliśmy moc. Zanim całkowicie stanęliśmy, udało nam się jednak podjechać do miejscowego mechanika. Zaprezentował stanowisko pod tytułem: nie wiem, nie znam się na takim samochodzie, nie mam dostępu do komputera i w ogóle to zamykam za moment warsztat, bo jest piątek po południu i kończę właśnie pracę. Cóż było robić? Mieliśmy ze sobą ubezpieczenie podróżne, opłacone autocasco i usługę assistance. A jednak wszystko to okazało się niewystarczającym zabezpieczeniem w podróży. Mąż zadzwonił do serwisu Volvo, który zwykle obsługiwał nasze samochody. Zaprezentowano tam stanowisko pod tytułem: nie mamy warsztatu firmowego w Rumunii, najbliższy jest w Budapeszcie, możemy tam zadzwonić, by Państwa zholowano, ale szczerze mówiąc, ta usługa może was kosztować więcej niż wart jest wasz samochód. Buuu...
Po przerwie przy lokalnym warsztacie udało nam się jeszcze kawałek podjechać, walcząc wspólnymi siłami z kierownicą bez wspomagania, ale ostatecznie utknęliśmy na pobliskim przystanku autobusowym. Podnieśliśmy maskę samochodu w nadziei chyba, że pod nią w cudowny sposób dostrzeżemy źródło naszego problemu, ale, szczerze mówiąc, w naszej nieznajomości mechaniki to nawet nie bardzo wiedzieliśmy na co mamy patrzeć.
I na tym wyczerpały nam się pomysły na wyjście z tej opresji. Bezradnie wtopiliśmy się w upływający czas i nawet już nie staraliśmy się wymyślić jakiegokolwiek rozwiązania. Pozostało nam już tylko jedno – wznieść modły:).
Zostawiam to zadanie mężowi – zdaje mi się, że on ma większe chody tam na wysokościach:). I chyba się nie mylę w tym względzie, bo wkrótce potem wydarza się cud. Pan Bóg zsyła nam prosto z nieba… swojego Anioła. Wiem, że to nieprawdopodobne, ale, przysięgam, tak właśnie było:).
Anioł zstąpił z niebios w swoim Volvo. Zaparkował go na przystanku tuż za naszym. Wysiadł i nienaganną angielszczyzną spytał, czy potrzebujemy pomocy.
No Aniele, z nieba nam spadasz, ale tak nas zatkało, że aż przemówić do Ciebie nie możemy. Tylko jeszcze nasze ciała próbują jakichś metod komunikacji niewerbalnej…
Nie czekając więc dłużej odpowiedzi, Anioł podchodzi do naszego auta od strony otwartej maski i wkłada swoje anielskie dłonie do strasznie brudnego po całej podróży wnętrza. Po chwili wyciąga je wraz z… paskiem klinowym. W swoim anielskim umyśle błyskawicznie diagnozuje sytuację.
- Gdybym miał narzędzia ze sobą to bym wam od razu ten pasek założył. Piętnaście minut i pojechalibyście dalej. Ale najprawdopodobniej pasek spadł, bo macie pęknięty i tu następuje angielskie słowo „roller”.
Cokolwiek by to nie było, to my i tak nie mamy pojęcia, co z tym dalej zrobić. Ale Anioł nas z tą niewiedzą nie zostawia samym sobie.
- Najlepiej by było, gdybyście podjechali to sprawdzić do warsztatu mojego przyjaciela. Ja też tam przyjadę, jak tylko zawiozę żonę (czekającą cierpliwie w samochodzie) do domu. Czy chcecie, bym zadzwonił po pomoc drogową i zamówił dla was holowanie?
I nagle odzyskujemy mowę. Energicznym potakiwaniom i podziękowaniom nie ma końca. Anioł podaje nam cenę, zaproponowaną przez holowniczego. To zaledwie ułamek (ułameczek) tej kwoty, którą pobrałby serwis Volvo z Budapesztu. Jesteśmy wniebowzięci.
Zdobywam się na odwagę i wypytuję Anioła:
- Skąd wiedziałeś, że potrzebujemy pomocy?
- Staliście przy drodze z samochodem z otwartą maską – odpowiada Anioł zdziwiony, że pytam. I wszystko jasne. Dla Aniołów. Bo wcześniej przejechały koło nas przecież setki Ludzi, dla których to nie było jasne.
- Czy jesteś mechanikiem samochodowym Aniele?
- Nie, piosenkarzem.
Raju, to już przechodzi moje zdolności adaptacyjne do sytuacji. Nie pytam o nic więcej.
Po pozostawieniu na siebie namiarów Anioł odjeżdża, zabierając swoją anielską, piękną i uśmiechniętą żonę (a przecież mogłaby być wściekła, że się tyle wyczekała) do Oradei. To przede wszystkim informacja dla tych pań, które czekają na kogoś takiego w swoim życiu. Ten nasz Anioł, skądinąd młody przystojniak, jest już zajęty.
My czekamy na holowanie. W świetnych humorach zresztą. Będę się później chwaliła znajomym, że pierwszy raz w życiu jechałam lawetą:). No tak, do tej pory nasze Volvo sprawdzało się jako absolutnie bezproblemowe i niezawodne. Byłam pewna, że jest niezniszczalne:).
i tak autko w tak intensywnej podróży, długo wytrzymało bez żadnej awarii – pisze Beata. To bezdyskusyjna prawda. Toteż nie mam do niego nawet najmniejszej pretensji.
*
Anielski piosenkarz nazywa się Neagu Vlad, a jego konto na facebooku ma ponad 20000 obserwujących. Można tam również zobaczyć tworzone przez niego klipy (https://www.facebook.com/neagu.vlad.7). Jeśli ktoś jest zainteresowany jego utworami, to zapraszam w tym miejscu do wysłuchania. Tylko tym mogę się mu odwdzięczyć za to, co zrobił dla nas w Rumunii.
Nie wiem, jaki koniec miałaby ta historia, gdyby Vlad nie zaopiekował się nami. Gdy pomoc drogowa przywiozła nas pod wskazany przez niego adres w Oradei, to na miejscu zastaliśmy już sporą grupkę oczekujących nas młodych ludzi. Sprawdzili nasze auto za pomocą komputera i zabrali się do wyjmowania uszkodzonej części. „Roller” (wałek) rzeczywiście okazał się pęknięty. Vlad wyjaśnił nam, że jakiś kamień mógł po prostu uszkodzić go od spodu, odbijając się tam podczas jazdy w ekstremalnych warunkach. No cóż, były momenty, gdy taką uskutecznialiśmy. Potem rozpoczęło się poszukiwanie nowego „rollera”.
- Jeśli nie będziemy mieć części, która by okazała się identyczna, to ją po prostu zamówimy. Niedaleko jest dobry hotel, poczekacie do jutra.
Okej, może być.
Ale koniec końców okazuje się, że nie ma takiej potrzeby. Wałek zostaje wymieniony, a my możemy ruszać w dalszą drogę. Panowie nawet nie bardzo chcą wziąć kasę za naprawę, mówią żebyśmy zapłacili tylko za wymienioną część. Czy Rumunia naprawdę jest pełna aniołów, czy też tylko nam się tak po drodze przytrafiło?
Vlad mówi, że nie jesteśmy pierwszymi osobami, którym pomógł w sytuacji awarii na drodze. Obiecał to sobie po przygodzie, która spotkała jego żonę. Gdy kiedyś Georgianie zepsuło się w trasie auto, to nikt mimo bardzo późnej pory i tego, że miała małe dziecko ze sobą, nawet nie zareagował. Teraz Vlad naprawia taką zobojętniałą rzeczywistość. I wciąga w to innych:).
- Jesteśmy młodzi, cieszy nas to – zapewnia. - Lubimy się, spotykamy w tym warsztacie, uczę się dużo od mojego przyjaciela. Samochody to moja pasja.
Dziękujemy Ci Vlad najserdeczniej, jak tylko potrafimy. I Twoim Przyjaciołom również. Naprawiacie nie tylko samochody, ale i świat.
Po przesłaniu Beacie opisu zdarzeń i fotki spod warsztatu dostaję od niej komentarz:
domyślam się, że było ostro!
Widzę jednak, że chętnych do pomocy było wielu, co napawa optymizmem, że są wokół dobrzy ludzie
Najlepsi. Uwinęli się z tą naprawą w tri miga. A przede wszystkim mieli chęci, by pomóc.
ale na wymarzony nocleg w Tokaju już nie zdążymy.
Dopiero wyruszamy z Oradei
Do końca podróży mamy jeszcze ponad 500 kilometrów. W pośpiechu kierujemy się w stronę granicy, jakby bojąc się, żeby nas nic po drodze znowu nie zatrzymało. A dom wabi nas zapachem coraz mocniej...
Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/05/wasciwie-mogabym-w-tym-miejscu.html

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz