sobota, 13 grudnia 2025

CZAS POŻEGNANIA - "Time to say goodbay"

 

Końcem listopada dla Ani przyszedł czas pożegnania. Nieoczekiwanie dla mnie samej, też zaczynam to dosyć mocno przeżywać. Jakieś dwa tygodnie wcześniej piszę więc do niej:

Aniu, dociera do mnie, że chciałabym się pożegnać z centrum Łodzi i tym mieszkaniem, które opuszczasz i w którym spędziłam z Tobą takie miłe chwile. Czy bardzo bym Ci pokrzyżowała plany, gdybym przyjechała w ostatni weekend listopada? Nie wiem, czy pomogę w przeprowadzce, ale obiecuje nie przeszkadzać. Wystarczy mi jakaś mata i kocyk, które po nocce włożę do torby. Oczywiście zrozumiem, jeśli masz inne plany.

Ale odpowiedź od Ani jest bardzo zachęcająca:

Kochana zapraszam❤❤

Łóżka na pewno będą w mieszkaniu☺

Kocyk się ogarnie damy radę

Więc jeszcze dojaśniam:

Kochana, nie obawiaj się, że trzeba mi poświęcać jakiś czas i się mną zajmować, dam radę sama, poplątam się po centrum, chyba tego mi trzeba.

Czego jeszcze? Pewnie wykorzystania potencjału miejsca, w którym mieszka do tej pory Ania. Policzyłam – cztery kamienice dalej mieści się budynek Filharmonii Łódzkiej, który tyle razy mijałam, każdorazowo obiecując sobie, że następnym razem… Kolejne trzy dzielą nas od tajsko – balijskiego salonu masaży, gdzie też jeszcze nie byłyśmy. Odwiedzałyśmy takie miejsca w różnych częściach Łodzi, ale właśnie to najbliższe zawsze jakoś omijałyśmy. A myślę, że to byłoby bez sensu, wracać do niego potem z daleka, gdy teraz mamy je pod samym nosem.

Chcę jeszcze zrobić możliwie najlepszy użytek z lokalizacji dotychczasowego mieszkania Ani. Plany rodzą się same.

Już się cieszę.

I rzeczywiście noszę w sobie tę radość omal przez kolejne dwa tygodnie, dzielące mnie od wyjazdu do Łodzi. W międzyczasie dni skracają się coraz bardziej. Spada sporo śniegu i sceneria przez jakiś czas staje się iście bajkowa. U Ani w nowym mieszkanku na Teofilowie zaczyna się remont i dzięki pomocy przyjaciół robota idzie pełną parą. Codziennie dostaję fotorelacje i nie mogę się już doczekać, aż zobaczę efekty na własne oczy.

Nadchodzą moje urodziny… i przechodzą – bardzo spokojnie, choć w średnim nastroju. Parę dni wcześniej żegnam się z Zuzią, która przyjeżdża oddać samochód. Już się pewnie więcej nie zobaczymy. Lecz nie chcę rozdrapywać ran. Time to say goodbye…

Oddany samochód niestety jest uszkodzony. Znów czeka mnie utarczka z ubezpieczycielami. Ale staram się na razie o tym nie myśleć, wolę się skupić na przygotowaniach do wyjazdu.

Codziennie sprawdzam stronę łódzkiej filharmonii, niestety okazuje się, że bilety na weekendowy koncert filharmoników są już wyprzedane. Dopiero w przeddzień wyjazdu kilka z nich znów wraca do sprzedażowej puli. Nie waham się – kupuję od razu, w końcu trzeba spełniać marzenia. Ania niestety nie będzie mi towarzyszyła podczas koncertu – tego dnia ma zaplanowane przewożenie swoich rzeczy do wyremontowanego mieszkanka. Ale, przynajmniej tak jak obiecałam, zajmę się sobą sama.

Nazajutrz jedziemy z Małgosią na szkolenie do Katowic. Stamtąd mam pociąg do Łodzi, więc po konferencji już nie wracam z nią do domu. Po drodze na katowicki dworzec wpadam na moment na świąteczny jarmark w centrum. Mam wrażenie, że nic się tu nie zmieniło od naszej zeszłorocznej wizyty z Elą. Do kupienia nie znajduję niczego. Dobrze, że w Mikołajowe prezenty zaopatrzyłam się już wcześniej, upychając je przed podróżą na siłę w małej podręcznej walizce.

Spotkania z Anią są radością niezależnie od okoliczności. Ale staram się nie zabierać jej zbyt dużo czasu i szybko wychodzę z mieszkania na niezwykle relaksujący masaż balijski, a później stamtąd do Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina, reklamującej się na swojej stronie internetowej hasłem: "Wypełniamy Łódź muzyką od 110 lat". Koncert ma tytuł "Beethovenowska doskonałość", co oznacza VII Synfonię, z której kompozytor podobno był na tyle zadowolony, że nigdy jej nie poprawiał.

Słuchaczom i krytykom sama li tylko doskonałość formy i treści muzycznej najwyraźniej nie wystarczała, powstały bowiem różne określenia tego utworu. Popularne stało się miano apoteozy tańca, którym ponoć ochrzcił dzieło sam Wagner. Przyjaciółka Beethovena, Bettina von Arnim, miała zaś proponować skojarzenia muzyki z winem upajającym ducha słuchaczy. Gdzie indziej także odnajdziemy odniesienia do dytyrambów ku czci Dionizosa. (…) Wraz z mistrzowską formą i charakterystycznym dla Beethovena nieuchwytnym napięciem emocjonalnym ta symfonia może przynieść upojenie nawet bez pomocy szlachetnych trunków…”, jak możemy przeczytać w opisie koncertu.

Dodatkowo został on wzbogacony łódzkim akcentem w postaci Uwertury Grażyny Bacewicz oraz (tu już z niewiadomych dla mnie względów) Duetem-concertino na klarnet i fagot TrV 293 Richarda Straussa. „Koncert poprowadzi dyrygent holenderski Conrad van Alphen, założyciel, główny dyrygent i dyrektor artystyczny orkiestry Sinfonia Rotterdam” – to znów strona filharmonii.

Jestem tak urzeczona atrakcjami tego wieczoru, że postanawiam je powtórzyć następnego dnia – zarówno w części masażowo – relaksacyjnej, jak i artystyczno – filharmonicznej.

I powtarzam. Z tym, że tym razem na masażu balijskim towarzyszy mi Ania (bardzo jej to było potrzebne po intensywnym wysiłku fizycznym związanym z przeprowadzką), zaś na wieczornej imprezie w filharmonii, zorganizowanej przez podmiot zewnętrzny (co oznacza droższe, lecz bardziej dostępne bilety) nie ma w ogóle problemu z wolnymi miejscami.

A nie jest to byle jaki koncert, bo tym razem królewski – od Mozarta po Straussa – znowu ten kompozytor, ale przecież już grudzień za pasem, a bez słynnego Marsza Radetzky'ego trudno sobie wyobrazić pożegnanie starego roku i wejście w nowy. Niedługo w tym względzie czeka nas „Time to say goodbay”, choć tenor Krzysztof Knapczyk i sopranistka Marta Śpionek” już wyśpiewują na scenie ten piękny utwór, wykonany po raz pierwszy przez Andreę Bocelliego i Sarah Brightman w 1995 roku.

Było też trochę arii operowych, przywołało czasy, gdy nasz dom był pełen opery, bo Andrzej ją kochał namiętnie. A gdy usłyszałam "Nessun Dorma", to serce mi się ścisnęło z żalu, bo Turandot była ulubioną przez męża – napisałam do Madzi.

Przy „Nessun Dorma” mam zawsze ciary – dostaję odpowiedź. I piękny cytat z Anny Kamieńskiej:

„Bo śmierć to zbyt mały powód, aby przestać kochać”.

Po weekendzie widzę zaś wpis na facebooku Marty Śpionek:

"Ostatnio usłyszałam zarzut, że w ogóle nie wstawiam nagrań, więc się poprawiam 🙈Małe wspomnienie z sobotniego koncertu w Filharmonii Łódzkiej🥰Było bosko! Dziękuję za tak ciepłe przyjęcie, nie spodziewałam się imiennego wywołania do bisów z widowni 🙈 Ale było mi naprawdę bardzo miło”.

(https://www.facebook.com/reel/1398802281953340)

„Na nagraniu [polecam!] piękny czardasz z Księżniczki Czardasza, a towarzyszy mi wyjątkowy BognaBand”. 

Tak naprawdę tego wieczoru na potrzeby koncertu zespół nazywał się Royal Symphony Ensemble. Jego liderem jest doktor Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi Bogna Dulińska. Na stronie zespołu również, tak jak wcześniej w przypadku VII Symfonii Beethowena, są alkoholowe;) porównania. Zaczynają się od słów Roberta Frippa: "Muzyka jest winem, które wypełnia puchar ciszy" i, również w winiarskim duchu, kończą się na cytacie: " Nie zawsze wiesz co jest dobre, ale wiesz co lubisz" Justina Meyera. 

Tak, ja na pewno wiem, co lubię. W przerwie koncertu zamawiam kieliszek wytrawnego gruzińskiego wina i deser panna cota. Jeszcze nigdy w Łodzi nie było mi tak dobrze.

Co jeszcze dobrego mnie tam spotkało tym razem?

1. Przede wszystkim były to spacery w świątecznej scenerii po Piotrkowskiej i pod Manufakturą. Oglądałam niezwykłe dekoracje, związane w tym roku z baśnią „Dziadek do orzechów”, odwiedziłam bożonarodzeniowy jarmark na Placu Wolności, spędziłam sporo czasu na świeżym powietrzu, rozgrzewając się na wszystkie możliwe sposoby. Było naprawdę chłodno, więc zaczęłam od gorącej czekolady w Wedlu, poprawiłam grzańcem z czerwonego wina w Białym:) Nalewie i jeszcze na dokładkę, dzięki zaproszeniu Ani, podgrzaną wiśniówką w „Pijanej Wiśni”. Brakło nam tylko czasu, by iść na zapalenie świateł na miejskiej choince.

No i okazało się, że dzięki temu go nie straciłyśmy:). Końcem weekendu Ania przysłała mi internetową relację z tego wydarzenia: „staliśmy 30 minut, żeby zapalili choinkę, po 8 próbach zapalenia powiedzieli, że dzisiaj się nie zapali, każdy przestał nagrywać, więc postanowili ją zapalić, pozdrowienia z Łodzi”:).

2. Miałam przyjemność obejrzeć nowe mieszkanko Ani. I rzeczywiście zrobiło na mnie jak najlepsze wrażenie. Bardzo się cieszę Aniną radością. W sobotni ranek pojechałyśmy jeszcze do marketu budowlanego, bo Ania chciała kupić wykładzinę PCV do położenia w miejscu, gdzie od tej pory będzie stał króliczkowy kojec. Ja natomiast uparłam się już na zakup gwiazdy betlejemskiej. Chciałam, by pierwsze święta w nowym mieszkanku miały jakiś element ode mnie.

3. Mimo, że tym razem nie miałyśmy zbyt dużo czasu dla siebie, to w porach obiadowych udało nam się wspólnie wybrać na jedzonko do wyśmienitych restauracji – ormiańskiej i afrykańskiej. Było oryginalnie i przepysznie. Niestety, zjedzonego wspólnie „amerykańskiego” śniadania w lokalu, gdzie w nazwie znajdował się New York, już pochwalić sie nie da. Ale zawsze można je przynajmniej obśmiać.

I to już chyba wszystko na temat tego wyjazdu. Choć skończył się mało przyjemnie, bo stłuczką spowodowaną przez jakiegoś zbyt szybkiego, narwanego młokosa, to jednak nie zepsuło nam to miłych wspomnień. Tym samym jednak listopad wpisał na swoją niechlubną listę wszystkie nasze obtłuczone auta. No ale będziemy się tym martwić już w grudniu. Listopad żegnamy słowami: „Time to say goodbye’.

Na zakończenie tego wpisu wspomnę jeszcze tylko o jednym pożegnaniu. Nazajutrz po powrocie z Łodzi wybrałam się do Krakowa, gdzie w Poradni Medycyny Zakaźnej usłyszałam od pani doktor, że na razie kończymy leczenie. Co prawda poziom przeciwciał mam nadal wysoki (a nawet ciut wyższy niż ostatnio), ale pozostałe parametry nie wskazują jednoznacznie, bym wciąż była chora.

Aktualnie brak wskazań do kolejnej antybiotykoterapii oraz potrzeby dalszej kontroli stałej, rewizyta w razie potrzeby” – napisała na moim wypisie pani doktor. „Dodatnie przeciwciała mogą utrzymywać się całe życie, nie świadczą o chorobie”. No i tego się będę trzymać. „Time to say goodbye”...

Wracając do domu, zaglądam jeszcze na trzeci w ten przedłużony weekend świąteczny jarmark. No cóż, ten krakowski, rozłożony na Głównym i Małym Rynku, może jest i najbardziej elegancki spośród odwiedzonych, ale zakupów tu również nie mogłabym zrobić. To jak dla mnie raczej tylko spacerowe miejsce. Świątecznych prezentów dla najbliższych muszę poszukać gdzie indziej.

Rozpoczął się grudzień – czas domykania różnych spraw i pożegnań z tym, co już zbędne. „Jeśli widzisz kogoś poruszającego się nieco wolniej w tym okresie, bądź delikatny. Żal w grudniu staje się bardziej dotkliwy” – przeklejam na swoje facebookowe konto wpis ze strony Pracownia Psychologiczno -Terapeutyczna Agnieszka Stąpor. I sama dla siebie staram się być delikatna.

Grudniu proszę, bądź miesiącem, który uleczy więcej, niż zranił cały rok. Bądź dobrym końcem i jeszcze lepszym początkiem” – powtarzam sobie i znajomym słowa zaczerpnięte z konta Eweliny Mierzejewskiej (nominacja do tytułu Nauczyciela Roku w ramach Plebiscytu Edukacyjnego 2025). I z nadzieją, że ta prośba zostanie spełniona, wkraczam w ostatnie dni roku. Powoli, ale do przodu… Time to say goodbye...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz