Ela zachorowała. W czasie ferii zimowych przeszła przez covid. To znaczy, ona tak uważała, bo u żadnego lekarza z tym nie była. Wydawała się wyleczona, gdy końcem ferii spędziłyśmy bardzo miły dzień z seansem w kinie i wizytą w kawiarni. Ale gdy po ich zakończeniu wróciła do pracy zmarnowana, to uznałam, że jednak ktoś powinien ją przebadać. Trzy tygodnie mi zajęło, żeby namówić ją do tego, aby jakiś specjalista ją choćby osłuchał. Broniła się, jak tylko mogła. Wskazywała na to, że właściwie nie ma lekarza rodzinnego. Ukrainka, która przyjmuje w jej przychodni podobno nawet nie rozumie polskiego.
Ela mówiła też o tym, że zwykłemu lekarzowi rodzinnemu trudno będzie dopasować bieżące leczenie do stanu po przebytej chorobie nowotworowej. Że właściwie nie ma siły wprowadzać nikogo nowego w skomplikowane historie tego, co już przeszła, a termin do opiekującej się nią onkolożki jest bardzo odległy. Bo przecież ostatnie badania onkologiczne z wakacji wykazały już pełnię zdrowia i nie było potrzeby umawiać się wcześniej.
Rozumiałam ją. Wiem, że była zmęczona latami walki o zdrowie. Wiem, że się bała.
Ten strach, który nosi się w głowie po przebytej chorobie nowotworowej, to chyba jej najgorsze następstwo. Ela radziła sobie z nim, jak mogła. Mechanizmy obronne jednak w takich sytuacjach raczej nie bronią. W sprawie kontaktu z lekarzem nie ustępowałam więc mimo jej oporu. Zwłaszcza, że stan Eli się pogarszał.
Ale w międzyczasie pracowałyśmy prawie normalnie – przyjmowałyśmy uczniów w naszym gabinecie, rozwiązywałyśmy problemy, robiłyśmy plany na przyszłość. Lekarze powiedzą później, że to niemożliwe, żeby mogła to robić w takim stanie, ale jednak tak było. Po prostu nie znają jej uporu i zdecydowania. Ela jest taka dzielna.
Ostatniego dnia, gdy się widziałyśmy, obiecała wreszcie, że początkiem weekendu zadzwoni do znajomego lekarza i umówi się na wizytę. Dotrzymała obietnicy. Ucieszyłam się, że w końcu jej zdrowie będzie pod kontrolą.
Rankiem po weekendzie napisała mi, że pewnie długo jej nie będzie. Od lekarza trafiła od razu do szpitala. Gdy nie dała znać, jakie są wyniki badań, wiedziałam, że to źle wróży. Ale nie dociekałam, nie dobijałam się do niej z zapytaniami, nie zamęczałam rozmowami o sytuacji zdrowotnej – wiedziałam, że tego nie znosi. Posyłałam tylko dobrą energię, optymistyczne motywatory i krótkie wiadomości o tym, że myślę o niej przez cały czas. Aż do następnego weekendu, gdy przyszło zalecenie, żeby tego nie robić, bo i to dla Eli zbyt trudne. Jej stan był już tak poważny, że właściwie całkiem opadła z sił.
Najbliższa przyjaciółka Eli po kontakcie z jej mamą przekazała nam wieści, które mnie zdruzgotały. Nowe ognisko choroby – ile razy można toczyć walkę na śmierć i życie z hydrą, której wciąż odrastają głowy? Rozumiem, że można mieć tego dosyć.
Ale mimo to, gdy nocą spoglądam przez okno mojego salonu na światełko na dachu szpitala, które widzę ponad drzewami, to kieruję w tamtą stronę do Eli prośby, by się nie poddawała. Wierzę w jej upór i dzielność.
Ostatni weekend Ela spędziła już na oddziale paliatywnym. Nie mam nowych wieści, oprócz tego, że nie chce żadnych odwiedzin. Znam ją na tyle, że nawet nie potrzebowałam tego usłyszeć. Wiem, że najlepiej jej tam z mamą, choć serce mi pęka na myśl o tym, co ta starsza, cudowna kobieta musi teraz przeżywać. Staram się wierzyć w cuda.
W pracy bez Eli przez dwa ostatnie tygodnie trudno mi było znaleźć sobie miejsce. Patrzę na miodowy fotelik, który najczęściej zajmowała w ostatnim czasie i od razu czuję przypływ takich uczuć, z którymi nie mam ochoty się mierzyć. Najchętniej bym wtedy wyszła z gabinetu, ale to przecież moje miejsce pracy, więc rzadko to jest możliwe. Tak bardzo się martwię o Elę. Tak się o nią boję. Nawet, gdy w nią wierzę z całych moich sił. Nie poddawaj się Elu, proszę.
Na szczęście problem z przebywaniem we wspólnym gabinecie tymczasowo sam się rozwiązuje. Od jutra, zamiast do pracy, będę uczęszczać do pobliskiej przychodni na rehabilitację w ramach oddziału dziennego. Po blisko dwóch latach doczekałam się wreszcie na termin.
Okazało się, że to rozwiązało jeszcze jeden mój problem. Na razie właściwie nie miałabym nawet czym dojeżdżać do pracy. I znów sama jestem temu winna – dojeździłam nasz samochód rodzinny. Wiedziałam, że, jak to przy dieslu, nie powinnam używać go tylko na krótkie trasy. Ale co miałam zrobić, gdy benzyniak jest ciągle w naprawie od czasu bliskiego spotkania z betonowym słupem na początku listopada? Musiałam używać diesla, by przemieszczać się sprawnie między moimi trzema już pracami. A dalszych planów wyjazdowych po prostu w międzyczasie nie miałam. Jeżdżenie bez sensu po autostradzie, by w wyniku dużej prędkości filtr DPF sam się oczyścił, nie wchodziło w grę przy mojej niechęci do pełnienia roli kierowcy. No więc filtr się sam nie oczyścił. Gdy wracałam z pracy na weekend wyświetlił mi się komunikat, że jest zapchany. I było już po jeździe. Teraz czekają mnie tylko wysokie koszty regeneracji. Wiem coś o tym, bo po śmierci Andrzeja też tak miałam. Tyle, że wtedy nie wiedziałam, co to filtr DPF. Teraz powinnam była bardziej na to uważać, bo już wiem. No ale…
Tak czy owak mój drugi samochód też został zholowany do kolejnego mechanika. Ale ponieważ to znajomy, to może naprawa nie będzie tak długo trwała jak ta w autoryzowanym warsztacie PZU. Zresztą i tam właściciel obiecuje, że mi wyda mojego benzyniaka lada dzień. Mam nadzieję, że teraz dotrzyma słowa. Inaczej będę miała poważny kłopot.
Ale cóż to takie trudności w obliczu tego, z czym zmagają się inni ludzie. Dam radę. Ty Elu też dasz. Wierzę w Ciebie i wierzę w cuda...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz