Wiosna przyszła zupełnie nagle – donoszę początkiem tygodnia Ani, która poleciała na kilka dni do swoich przyjaciół w Anglii.
I nawet jeśli rankiem i tak najczęściej są przymrozki, to w późniejszych godzinach słońce wynagradza całe długie miesiące, gdy go nie było. Ach, jak to cieszy.
Właśnie taki marzec lubię. Jestem niezmiennie oczarowana możliwościami błyskawicznego przystosowania się przyrody do zmiennych warunków pogodowych. Ledwo stopniał śnieg i puściły srogie mrozy, a już pojawiły się pierwsze kwiaty, ptaki koncertują na całe ptasie gardziołki, zwierzęta (w tym nawet wykastrowany Maciuś) poczuły zew natury.
Z okien salonu widzę wiewiórki, które raźno krzątają się po okolicy, nad rzekę przywędrował majestatyczny jeleń z pięknym porożem, wieczorami trzeba przeganiać z posesji dziki… Takie to wiosenne atrakcje. Jedne cieszą, inne, jak te z udziałem dzikich świń, sprawiają coraz więcej kłopotu. Już nie tylko teren przy naszym domu jest niemiłosiernie zryty, tak samo wygląda teraz wiele miejsc nad rzeką. Nie wiem, co na nich wyrośnie, ale próby ich ogarniania zdają się coraz bardziej beznadziejne.
W moim ogródeczku na razie tylko kilka żółtych krokusów ocalało z tego urządzonego stadnie przez dziki armagedonu, ale dobre i to, bo w marcu każdy rozchylający płatki kwiatek, jak dla mnie, robi za cudo. Dziś wsadziłam jeszcze w dwie duże donice cebulki irysów holenderskich – kupiłam je jesienią, ale w końcu nie włożyłam do ziemi - żal mi było poświęcić takie skarby dla grasującego po wszystkich moich grządkach dzikowiska. Przynajmniej dzięki tej decyzji będę mogła się cieszyć wiosną w swojej jadalni. Do tego postawiłam tam na stole wzniosłe pierwiosnki, a także pachnące hiacynty i bardzo jestem zadowolona z takiego wiosennego anturażu.
„Nie ma na świecie takiego Chanel’a, który pachnie lepiej niż polskie przedwiośnie” – przesyłam następnego dnia hasło umieszczone w internecie przez Panią od rysunku. Tak, zapach nadchodzącej wiosny działa na mnie lepiej niż wszystkie inne antydepresanty.
Choć na te dotychczasowe też nie narzekam. Stałe przyjmowanie od wakacji zrobiło swoje. Czuje się stabilniejsza i (po odważnym wyjeździe do Afryki) bardziej gotowa na realizację swoich dalszych planów życiowych. Bo okazało się, że jednak niektóre z nich przetrwały wszystkie moje życiowe zakręty i coraz śmielej o sobie przypominają.
Może już wreszcie przyszła pora, żeby przestać pracować u kogoś i zająć się własnym centrum psychoterapii? Zawsze o tym marzyłam. Brałam pod uwagę różne możliwości – wynajem gabinetu na godziny, przyjmowanie pacjentów w domu, a nawet wybudowanie specjalnego lokalu. Szukaliśmy z mężem już bardzo konkretnych rozwiązań, dopóki jego choroba nie zaostrzyła się do tego stopnia, że przestałam myśleć o czymkolwiek innym.
Z kolei niecałe pół roku po ukończeniu kursu psychoterapii umarł Bartek. Czy mogłabym zaczynać wówczas nową pracę, skoro nawet wizja przeżycia kolejnego dnia przerażała? Jednym słowem, do tej pory realizacja planu na własny gabinet nie była mi dana.
Ale wizja pozostała. Rozmawiałam o niej ostatnio z Madzią podczas naszych spotkań. Nieśmiało rodzi się nowy plan… I znów zaczynam wierzyć, że wszystko może się zmienić.
Zresztą w marcu rozpoczął się też proces innych zmian. Kacper znalazł nową pracę. Bardzo byłam jej przeciwna, gdy poznałam szczegóły. Oferta dotyczyła produkcji i to tylko w weekendy, a na dodatek na nocnej zmianie. Ale był to jedyny przypadek, gdy ktoś odpowiedział na Kacprowe CV. Toteż mój syn postanowił spróbować (na razie ma umowę miesięczną). I nieoczekiwanie wrócił po pierwszej nocce miło rozczarowany. Oczywiście będzie szukał jeszcze czegoś lepszego, ale w jego ocenie w nowym miejscu pracy jest całkiem spoko.
Mnie na razie jeszcze trochę stresują nocki, spędzane tylko ze zwierzakami, choć Kacper zadbał o nasz komfort i postanowił powierzyć nasze bezpieczeństwo kamerze. Ale nie tylko o to chodzi. Ciężko mi się wyspać, bo to mało wygodne, gdy Wafelek wtarabania się do mojego łóżka i przepycha z Maćkiem, walcząc o jak najlepsze miejsce. Za to widzę, że piesek przywiązuje się do mnie coraz bardziej. I ja do niego też.
Jakie to szczęście mieć pieska – napisałam dzisiaj do Ani. Tak naprawdę nikt inny i nic innego by mnie nie zmobilizowało, żeby swoje wolne dni rozpoczynać wczesnymi spacerami nad rzeką. Albo tak je kończyć. A przecież czuję, że to mnie naprawdę wzmacnia. Dodaje energii i raz po raz przypomina o zachwycie nad światem. I za to wszystko Ci dziękuję mój mały, ukochany Wafelku…
P.s. do wysłuchania:
"Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty" (Marek Grechuta)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz