niedziela, 16 września 2018

W INSTYTUCIE ZDROWIA CZŁOWIEKA

„Musiałam mocno zweryfikować swoje wyobrażenie o sanatorium” - takimi słowy poprzednia wychowawczyni mojej klasy zakończyła swoje sms-owe pozdrowienia z Rabki. Już pierwszego dnia w Wysowej okazuje się, że to zadanie także dla mnie. Nic w Instytucie Zdrowia Człowieka (no może poza widokiem po drugiej stronie budynku, ale i ten nie jest dla mnie bezpośrednim udziałem)  nie przystaje w żaden sposób do moich przedsanatoryjnych oczekiwań. Rozczarowanie to za słabe słowo. Pierwszego dnia jestem po prostu załamana.
Zaczyna się już od rozpiski zabiegów, którą dostaję po śniadaniu. Zostaję przyjęta przez miłą panią doktor, która jednak niewiele może dla mnie zrobić ze względu na ograniczenia systemowe. Okazuje się, że ZUS przyznał kuracjuszom mojego turnusu prawo do zabiegów, które głównie są, hmm... GIMNASTYKĄ! No więc mam w planie gimnastykę grupową poranną i popołudniową, również gimnastykę kręgosłupową w dwóch turach, do tego ćwiczenia indywidualne i ćwiczenia indywidualne przyrządowe, sytuację ratują jedynie ćwiczenia w basenie, choć tych przypisano mi zaledwie 7 (słownie siedem) na całe 24 dni, bo to maksymalna ilość, jaka tu przysługuje na osobę. Po moich entuzjastycznych zapewnieniach o tym, jak bardzo lubię wodę, dostaję jeszcze przydział na 7 kąpieli perełkowych po kwadransie każda (to takie jacuzzi), tak chyba już na otarcie łez. Do tego po 10 zabiegów prawie magicznych: kilkuminutowe ultradźwięki (jedna z terapeutek daje mi do ręki coś na kształt maleńkiej golarki do ubrań i każe tym jeździć po kolanie) i laser skaner, który ma wygląd niewiele różniący się od nocnej lampki. Trzeba mieć dużą wyobraźnie, żeby wierzyć, że położenie się pod nią na parę chwil może uleczyć mój kręgosłup lędźwiowy. Przyznano mi jednak także jeden zabieg, który jest powiązany nie tylko z wiarą na uzdrowienie lecz i z odczuwaniem. To prądy Tens - przypominają działanie pasów wibrujących, kiedyś miała miejsce w naszym kraju taka moda na ich używanie - miały wyszczuplić okolice brzucha. Sama nawet próbowałam wtedy w ten sposób zmierzyć się z przybywającym tam tłuszczykiem, niestety bez skutku. A teraz te parominutowe wibracje (w ilości 8) mają wyleczyć moje lędźwieJ No i to by było na tyle, nie licząc obowiązkowej edukacji zdrowotnej, psychoedukacji i treningu relaksacyjnego, czyli przedmiotów, które jako nauczycielka, pedagog szkolny, psychoterapeutka i studentka psychologii mogłabym sama tutaj poprowadzić. To proponuje ZUS.
Jak to, a na przykład masaż klasyczny? Tak bardzo oczekiwałam tego rodzaju zabiegów i ich zdrowotnego oddziaływania.
 – To wypiszę pani już na zlecenie – przychyla się do mojej prośby pani doktor. I wypisuje. Na karcie zabiegowej pojawiają się terminy masażu – całe cztery i już nawet naiwnie nie pytam, czy to chodzi o te piętnastominutowe. W sumie przepisanych mam – uwaga, uwaga: 128 zabiegów, po których, jak mi się wydaje trudno będzie oczekiwać większego pożytku zdrowotnego.
Skarżę się na to w rozmowie telefonicznej mężowi, no bo czy przyjechałam tu dla gimnastyki, którą mogę robić w domu? Mam tam też wannę z jacuzzi, a i pewnie porzucony wiele lat temu pas wibrujący bym znalazła, gdybym się uparła:). Celem mojego przyjazdu do Instytutu Zdrowia Człowieka jest przecież rehabilitacja, a nie pobyt poza domem. No ale cóż, po raz kolejny muszę powtórzyć sobie, że trzeba brać od losu to, co daje...
A więc idę to brać i wtedy zaliczam już stan totalnej rozpaczy - na gimnastyce przyrządowej pan każe mi pedałować z moim opuchniętym kolanem na rowerku (taki żywcem z siłowni), bo akurat ten przyrząd jest aktualnie wolny. Gdy po piętnastu minutach chciałabym to zmienić na coś innego, bo w kolanie zaczyna się wzmagać niebezpiecznie pulsujący ból, tenże terapeuta, oganiając się przede mną jak przed upierdliwą muchą, macha mi ręką na pożegnanie. Jeśli boli, to mamy na dzisiaj koniec ćwiczeń  - twierdzi wyraźnie zadowolony, że może się mnie pozbyć ze swojego przybytku. Po raz kolejny moje odczucia sanatoryjne wiążą się ze spuszczeniem po rynnie i to w sposób po prostu koncertowy. Pan terapeuta nie raczył przeczytać nawet zalecenia z karty zabiegowej, gdzie lekarka zapisała, że mam ćwiczyć z nim stawy biodrowe z oporem!
Płakać mi się aż chce, bo czuję, że przyjazd tutaj to będzie totalna strata czasu - czy trening relaksacyjny jakoś mnie odstresuje, jeśli zakwalifikowałam go do grupy przedmiotów – zapychaczy czasu? No z takim nastawieniem to na pewno nie, zwłaszcza, że trzeba go maksymalnie skrócić, aby zdążyć na obiad. Moje ciało absolutnie odmawia takich skrótów, wszystko mi przeszkadza – a to leżak za twardy, a to zbytnie stłoczenie na sali.... Nawet nie udaje mi się jeszcze uregulować oddechu, a już miła pani psycholog kończy z nami zajęcia. Ale na zakończenie dostajemy od niej dużo dobrych rad: to czas dla Państwa, odpocznijcie, skorzystajcie z pięknej pogody, spacerujcie, bawcie się... Rety, ale niby jak mam to zrobić – przez cały dzień biegam na swoje „zabiegi”, które wprawdzie trwają kilka, kilkanaście minut, ale z przerwami po godzinie! Od rana do wieczora nie mam więc czasu, który mogłabym przeznaczyć na porządny spacer, wizytę w Parku Wodnym, nie mówiąc już o pójściu w góry!
No ale jednak biorę sobie zalecenia pani psycholog do serca i przed kolacją wymykam się do centrum Wysowej. Zeszłego roku w długi weekend sierpniowy spędzałam tam czas z moją rodziną. Chciałam zrobić przypominające zdjęcia drewnianych domków pod Karczmą Dziurnówka, gdzie mieszkaliśmy i przesłać je mms - ami do męża, Ani i Kacpra z Wiktorią. Cykam fotki, ale zanim zdążę skontaktować się z bliskimi, już muszę biegiem wracać z powrotem! A ponieważ po porannym rajdzie rowerowym kolano mnie boli bardziej niż zwykle, to niestety tempo mi się spowalnia i skutkiem tego jest dziesięciominutowe spóźnienie na posiłek.
- To niedopuszczalne! – jakiś facet łaje mnie przy sali pełnej kuracjuszy. Nawet się nie przedstawił, równie dobrze może być kierownikiem restauracji, jak i podkuchennym. Ech...
Połykam kolację w szaleńczym tempie, żeby nie opuścić stołówki na szarym końcu (co zresztą się udaje, lecz i tak niczego nie zmienia) i pędzę na wieczorne spotkanie organizacyjne. Słyszę na nim o innych zasadach pobytu w Instytucie Zdrowia Człowieka: drzwi wejściowe zamyka się o 22.00 – i nie otwiera  do rana! (gdy następnego dnia chcę wrócić po koncercie o 23.00, to muszę napisać podanie i uzyskać zgodę dyżurującej pielęgniarki!), grzybów, jeśli kto zbiera, w pokoju się nie suszy ze względu na zapach, który może innym przeszkadzać! (a to, że w mojej jedynce śmierdzi papierochami, które tu ewidentnie ktoś wcześniej wypalił, to o czymś takim nie ma ani słowa), no a przede wszystkim mamy tu Świętą ciszę nocną! Po 23 należy uciszyć nawet rozmowy w pokoju!
- Bo wczoraj wcale znów tak cicho nie było! – kończy swoje wystąpienie Pani pielęgniarka, a ja się zastanawiam, czy mówi o tym samym wymarłym budynku, do którego trafiłam dzień wcześniej.
Już mi nawet brakuje w sobie i zaskoczenia, i zadziwienia. To że oczekiwania mi się całkiem rozjechały z rzeczywistością, to jeszcze mało powiedzieć o pobycie w sanatorium. Z każdą chwilą spędzoną w Instytucie Zdrowia Człowieka przekonuję się coraz bardziej, że oto trafiłam na jakąś absurdalną kolonię o zaostrzonym rygorze. Oczekuje się tu ode mnie, że w zupełnie pozbawiony sensu sposób przeniosę się w czasie i zmienię znów w pokorną, zdyscyplinowaną kolonistkę z okresu wczesnej podstawówki. ZUS zafundował mi kolonijny turnus gimnastyczny!

I w momencie, kiedy to sobie uświadamiam z całą ostrością, to łzy żalu obsychają. Groteskowość tego, co mnie otacza, sprawia, że sytuacja zaczyna mi się wydawać wręcz zabawna. Kiedy dzwoni do mnie przyjaciółka ze studiów, to mogę już razem z nią skręcać się ze śmiechu przy własnej opowieści. No cóż, teraz jestem dużą dziewczynką, poradzę sobie i w tej rzeczywistości. Już wkrótce znów zapanuję nad swoim życiem i żaden podkuchenny mnie tu nie przestraszy!




 *
Wisząc w dalszym ciągu na telefonie, opowiadam też Ali o czekających mnie tu atrakcjach, zapowiedzianych na spotkaniu organizacyjnym. Pierwszą jest wieczorek zapoznawczy (tyle że w drugiej połowie 24 dniowego turnusu), a kolejna to spotkanie przy grillu z bacą, który ma nas bawić kawałami przez trzy godziny! Dostajemy głupawki i żartom nie ma końca. Z takich imprez raczej nie skorzystam. Tak samo jak z codziennych potańcówek przy „muzyce mechanicznej”, jak głosi reklama na tablicy ogłoszeń. Żeby więc umilić mi pobyt na mojej kolonii, przyjaciółka ze studiów zapowiada swoją wizytę w weekend. Cieszę się bardzo, bo w Instytucie Zdrowia Człowieka jeszcze się nie zaaklimatyzowałam (co jest dla mnie dziwne, bo raczej nie miałam do tej pory tego typu problemów) i czuję się trochę samotna. „Może i panie w piżamkach będą ok” – napisała do mnie pierwszego dnia Beata. Może i będą, ale póki co, nikogo bliżej nie poznałam. Każdy tu raczej trzyma z tym, z kim przyjechał lub mieszka w pokoju, kobieta z którą spożywam posiłki, rozmawia ponad moją głową z koleżankami z sąsiedniego stolika, a młody chłopak, również do nas przydzielony, nie oddzywa się wcale. Był taki plan, że w najbliższych dniach odwiedzi mnie mąż wraz z dzieciakami, ale okazało się, że nadal nie czuje się na siłach, by odbyć taką podróż, mimo przebytego leczenia w szpitalu. 























- Cóż, trzeba wydusić z tego pobytu tyle, ile się da – wyrokuje Ala. Tak, chyba już to do mnie dotarło. Machina wielkiego przemysłu zdrowotnego się kręci niezależnie ode mnie - ZUS niby nas chroni przed pójściem na rentę, sanatorium niby rehabilituje, ale zdaje się, że chcąc naprawdę wyzdrowieć, muszę tu postawić na widoki, które koją duszę, słońce, delikatnie pieszczące ciepłem skórę, kryształowe powietrze, a nie na przepisane zabiegi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz