„Musiałam mocno zweryfikować swoje wyobrażenie o
sanatorium” - takimi słowy poprzednia wychowawczyni mojej klasy zakończyła
swoje sms-owe pozdrowienia z Rabki. Już pierwszego dnia w Wysowej okazuje się,
że to zadanie także dla mnie. Nic w Instytucie Zdrowia Człowieka (no może poza
widokiem po drugiej stronie budynku, ale i ten nie jest dla mnie bezpośrednim
udziałem) nie przystaje w żaden sposób
do moich przedsanatoryjnych oczekiwań. Rozczarowanie to za słabe słowo.
Pierwszego dnia jestem po prostu załamana.
Zaczyna się już od rozpiski zabiegów, którą dostaję
po śniadaniu. Zostaję przyjęta przez miłą panią doktor, która jednak niewiele
może dla mnie zrobić ze względu na ograniczenia systemowe. Okazuje się, że ZUS
przyznał kuracjuszom mojego turnusu prawo do zabiegów, które głównie są, hmm...
GIMNASTYKĄ! No więc mam w planie gimnastykę grupową poranną i popołudniową,
również gimnastykę kręgosłupową w dwóch turach, do tego ćwiczenia indywidualne
i ćwiczenia indywidualne przyrządowe, sytuację ratują jedynie ćwiczenia w
basenie, choć tych przypisano mi zaledwie 7 (słownie siedem) na całe 24 dni, bo to
maksymalna ilość, jaka tu przysługuje na osobę. Po moich entuzjastycznych
zapewnieniach o tym, jak bardzo lubię wodę, dostaję jeszcze przydział na 7
kąpieli perełkowych po kwadransie każda (to takie jacuzzi), tak chyba już na
otarcie łez. Do tego po 10 zabiegów prawie magicznych: kilkuminutowe
ultradźwięki (jedna z terapeutek daje mi do ręki coś na kształt maleńkiej
golarki do ubrań i każe tym jeździć po kolanie) i laser skaner, który ma wygląd
niewiele różniący się od nocnej lampki. Trzeba mieć dużą wyobraźnie, żeby
wierzyć, że położenie się pod nią na parę chwil może uleczyć mój kręgosłup
lędźwiowy. Przyznano mi jednak także jeden zabieg, który jest powiązany nie
tylko z wiarą na uzdrowienie lecz i z odczuwaniem. To prądy Tens - przypominają
działanie pasów wibrujących, kiedyś miała miejsce w naszym kraju taka moda na
ich używanie - miały wyszczuplić okolice brzucha. Sama nawet próbowałam wtedy w
ten sposób zmierzyć się z przybywającym tam tłuszczykiem, niestety bez skutku. A
teraz te parominutowe wibracje (w ilości 8) mają wyleczyć moje lędźwieJ No i to by było na tyle, nie licząc obowiązkowej edukacji zdrowotnej,
psychoedukacji i treningu relaksacyjnego, czyli przedmiotów, które jako
nauczycielka, pedagog szkolny, psychoterapeutka i studentka psychologii
mogłabym sama tutaj poprowadzić. To proponuje ZUS.
Jak to, a na przykład masaż klasyczny? Tak bardzo
oczekiwałam tego rodzaju zabiegów i ich zdrowotnego oddziaływania.
– To wypiszę
pani już na zlecenie – przychyla się do mojej prośby pani doktor. I wypisuje.
Na karcie zabiegowej pojawiają się terminy masażu – całe cztery i już nawet naiwnie
nie pytam, czy to chodzi o te piętnastominutowe. W sumie przepisanych mam –
uwaga, uwaga: 128 zabiegów, po których, jak mi się wydaje trudno będzie
oczekiwać większego pożytku zdrowotnego.
Skarżę się na to w rozmowie telefonicznej mężowi, no
bo czy przyjechałam tu dla gimnastyki, którą mogę robić w domu? Mam tam też
wannę z jacuzzi, a i pewnie porzucony wiele lat temu pas wibrujący bym znalazła,
gdybym się uparła:). Celem mojego przyjazdu do Instytutu Zdrowia Człowieka jest przecież
rehabilitacja, a nie pobyt poza domem. No ale cóż, po raz kolejny muszę
powtórzyć sobie, że trzeba brać od losu to, co daje...
A więc idę to brać i wtedy zaliczam już stan
totalnej rozpaczy - na gimnastyce przyrządowej pan każe mi pedałować z moim
opuchniętym kolanem na rowerku (taki żywcem z siłowni), bo akurat ten przyrząd
jest aktualnie wolny. Gdy po piętnastu minutach chciałabym to zmienić na coś
innego, bo w kolanie zaczyna się wzmagać niebezpiecznie pulsujący ból, tenże
terapeuta, oganiając się przede mną jak przed upierdliwą muchą, macha mi ręką
na pożegnanie. Jeśli boli, to mamy na dzisiaj koniec ćwiczeń
- twierdzi wyraźnie zadowolony, że może się mnie pozbyć ze swojego
przybytku. Po raz kolejny moje odczucia sanatoryjne wiążą się ze spuszczeniem
po rynnie i to w sposób po prostu koncertowy. Pan terapeuta nie raczył
przeczytać nawet zalecenia z karty zabiegowej, gdzie lekarka zapisała, że mam
ćwiczyć z nim stawy biodrowe z oporem!
Płakać mi się aż chce, bo czuję, że przyjazd tutaj to
będzie totalna strata czasu - czy trening relaksacyjny jakoś mnie odstresuje,
jeśli zakwalifikowałam go do grupy przedmiotów – zapychaczy czasu? No z takim
nastawieniem to na pewno nie, zwłaszcza, że trzeba go maksymalnie skrócić, aby
zdążyć na obiad. Moje ciało absolutnie odmawia takich skrótów, wszystko mi
przeszkadza – a to leżak za twardy, a to zbytnie stłoczenie na sali.... Nawet
nie udaje mi się jeszcze uregulować oddechu, a już miła pani psycholog kończy z
nami zajęcia. Ale na zakończenie dostajemy od niej dużo dobrych rad: to czas
dla Państwa, odpocznijcie, skorzystajcie z pięknej pogody, spacerujcie, bawcie się...
Rety, ale niby jak mam to zrobić – przez cały dzień biegam na swoje „zabiegi”,
które wprawdzie trwają kilka, kilkanaście minut, ale z przerwami po godzinie! Od rana do wieczora nie mam więc czasu, który
mogłabym przeznaczyć na porządny spacer, wizytę w Parku Wodnym, nie mówiąc już
o pójściu w góry!
No ale jednak biorę sobie zalecenia pani psycholog
do serca i przed kolacją wymykam się do centrum Wysowej. Zeszłego roku w długi
weekend sierpniowy spędzałam tam czas z moją rodziną. Chciałam zrobić przypominające
zdjęcia drewnianych domków pod Karczmą Dziurnówka, gdzie mieszkaliśmy i przesłać je mms - ami do
męża, Ani i Kacpra z Wiktorią. Cykam fotki, ale zanim zdążę skontaktować się z bliskimi, już muszę
biegiem wracać z powrotem! A ponieważ po porannym rajdzie rowerowym kolano mnie
boli bardziej niż zwykle, to niestety tempo mi się spowalnia i skutkiem tego
jest dziesięciominutowe spóźnienie na posiłek.
- To niedopuszczalne! – jakiś facet łaje mnie przy
sali pełnej kuracjuszy. Nawet się nie przedstawił, równie dobrze może być
kierownikiem restauracji, jak i podkuchennym. Ech...
Połykam kolację w szaleńczym tempie, żeby nie opuścić stołówki na szarym końcu (co zresztą się udaje, lecz i tak niczego nie zmienia) i pędzę na wieczorne spotkanie organizacyjne. Słyszę na nim o
innych zasadach pobytu w Instytucie Zdrowia Człowieka: drzwi wejściowe zamyka
się o 22.00 – i nie otwiera do rana! (gdy następnego dnia chcę wrócić po koncercie o 23.00,
to muszę napisać podanie i uzyskać zgodę dyżurującej pielęgniarki!), grzybów,
jeśli kto zbiera, w pokoju się nie suszy ze względu na zapach, który może innym
przeszkadzać! (a to, że w mojej jedynce śmierdzi papierochami, które tu ewidentnie ktoś
wcześniej wypalił, to o czymś takim nie ma ani słowa), no a przede wszystkim
mamy tu Świętą ciszę nocną! Po 23 należy uciszyć nawet rozmowy w pokoju!
- Bo wczoraj wcale znów tak cicho nie było! – kończy
swoje wystąpienie Pani pielęgniarka, a ja się zastanawiam, czy mówi o tym samym
wymarłym budynku, do którego trafiłam dzień wcześniej.
Już mi nawet brakuje w sobie i zaskoczenia, i
zadziwienia. To że oczekiwania mi się całkiem rozjechały z rzeczywistością, to
jeszcze mało powiedzieć o pobycie w sanatorium. Z każdą chwilą spędzoną w
Instytucie Zdrowia Człowieka przekonuję się coraz bardziej, że oto trafiłam na
jakąś absurdalną kolonię o zaostrzonym rygorze. Oczekuje się tu ode mnie, że w zupełnie
pozbawiony sensu sposób przeniosę się w czasie i zmienię znów w pokorną, zdyscyplinowaną kolonistkę z okresu wczesnej podstawówki. ZUS zafundował mi kolonijny turnus
gimnastyczny!
I w momencie, kiedy to sobie uświadamiam z całą
ostrością, to łzy żalu obsychają. Groteskowość tego, co mnie otacza, sprawia,
że sytuacja zaczyna mi się wydawać wręcz zabawna. Kiedy dzwoni do mnie przyjaciółka
ze studiów, to mogę już razem z nią skręcać się ze śmiechu przy własnej
opowieści. No cóż, teraz jestem dużą dziewczynką, poradzę sobie i w tej
rzeczywistości. Już wkrótce znów zapanuję nad swoim życiem i żaden podkuchenny
mnie tu nie przestraszy!
*
Wisząc w dalszym ciągu na telefonie, opowiadam też Ali o czekających
mnie tu atrakcjach, zapowiedzianych na spotkaniu organizacyjnym. Pierwszą jest
wieczorek zapoznawczy (tyle że w drugiej połowie 24 dniowego turnusu), a kolejna to spotkanie przy grillu z bacą, który ma nas bawić kawałami przez trzy godziny!
Dostajemy głupawki i żartom nie ma końca. Z takich imprez raczej nie
skorzystam. Tak samo jak z codziennych potańcówek przy „muzyce mechanicznej”,
jak głosi reklama na tablicy ogłoszeń. Żeby więc umilić mi pobyt na mojej
kolonii, przyjaciółka ze studiów zapowiada swoją wizytę w weekend. Cieszę się
bardzo, bo w Instytucie Zdrowia Człowieka jeszcze się nie zaaklimatyzowałam (co
jest dla mnie dziwne, bo raczej nie miałam do tej pory tego typu problemów) i
czuję się trochę samotna. „Może i panie w piżamkach będą ok” – napisała
do mnie pierwszego dnia Beata. Może i będą, ale póki co, nikogo bliżej nie
poznałam. Każdy tu raczej trzyma z tym, z kim przyjechał lub mieszka w pokoju, kobieta z którą spożywam posiłki, rozmawia ponad moją głową z koleżankami z
sąsiedniego stolika, a młody chłopak, również do nas przydzielony, nie oddzywa
się wcale. Był taki plan, że w najbliższych dniach odwiedzi mnie
mąż wraz z dzieciakami, ale okazało się, że nadal nie czuje się na siłach, by
odbyć taką podróż, mimo przebytego leczenia w szpitalu.


- Cóż, trzeba wydusić z tego pobytu tyle, ile się da – wyrokuje Ala. Tak, chyba już to do mnie dotarło. Machina wielkiego przemysłu zdrowotnego się kręci niezależnie ode mnie - ZUS niby nas chroni przed pójściem na rentę, sanatorium niby rehabilituje, ale zdaje się, że chcąc naprawdę wyzdrowieć, muszę tu postawić na widoki, które koją duszę, słońce, delikatnie pieszczące ciepłem skórę, kryształowe powietrze, a nie na przepisane zabiegi.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz