sobota, 15 września 2018

PREZENT OD ZUS


Jak opisać zaskoczenie, kiedy od  instytucji, po której nie spodziewasz się niczego dobrego, dostajesz nieoczekiwanie sprawiający radość prezent? Może słowo „niewyobrażalne” będzie tu na miejscu?  Pod takim wstępem ukryłam chęć podzielenia się opowieścią o tym, czym zaowocowało kontrolowanie przez lekarza orzecznika moich zwolnień z pracy w okresie przedłużającej się choroby w poprzednim roku szkolnym.
Otóż ZUS przyznał mi prawo do rehabilitacji na jego koszt. Wprawdzie nazywa się ona przedrentowa, ale po pierwszym zaskoczeniu nomenklaturą można to jakoś przełknąć, gdy okazuje się w końcu, że tak naprawdę chodzi o pobyt w sanatorium. W odróżnieniu od większości moich koleżanek ze szkoły, nigdy wcześniej nie trafiłam w takie miejsce. I pewnie to był błąd - nagle uświadamiam sobie, że może miałabym teraz i kręgosłup zdrowszy i kolana, które nie bolą przy każdej formie ruchu. No ale lepiej późno niż wcale. Podejmuję  decyzję, iż wreszcie przyszedł czas, by zadbać o swoje zdrowie i poddaję się biegowi wydarzeń. Otrzymuję skierowanie – do Iwonicza, który zaraz wymieniam na Wysową, bo skoro już mam być tak długo z dala od domu i bliskich, to wolę, żeby to się działo w miejscu, które kocham i gdzie dobrze się czuję. A poza tym pobyt w wysowskim ośrodku Biawena zawsze był moim marzeniem.

Skoro więc mam urzędowym pismem zagwarantowane jego rychłe spełnienie, to mogę się pogrążyć w pełnym zadowolenia oczekiwaniu. No i się pogrążam przez blisko cztery miesiące. W wakacje wyrywa mnie z niego kolejne urzędowe pismo – zmiana Biaweny na Instytut Zdrowia Człowieka. Okazuje się, ze ZUS może wszystko – właśnie rozwiązał umowę z jednym ośrodkiem i, jak rzeczy, poprzerzucał część takich klientów jak ja do innego -  właściwie z dnia na dzień. Próbuję się odwoływać, bo oto moje marzenie wraz z radością, którą niosło w sobie, w jednej chwili się rozwiewa, ale nikt w ZUSie nie rozumie, o co mi właściwie chodzi. Przecież termin we wrześniu prawie identyczny jak poprzedni, no i też Wysowa. I co mam powiedzieć na takie argumenty? Czy to, że w Biawenie od czterech miesięcy czeka na mnie, załatwiony przez Helenę jakimś cudem, pokój jednoosobowy, ma dla kogokolwiek w ZUS-ie jakiekolwiek znaczenie? A przecież dla mnie to warunek zasadniczy i konieczny wyjazdu, muszę mieć choćby najmniejszą przestrzeń wydzieloną specjalnie dla siebie, by nie czuć paraliżującego dyskomfortu skrępowania i braku intymności. Jestem więc już prawie o krok od odrzucenia pobytu w Instytucie Zdrowia Człowieka, gdy Helena dokonuje czegoś absolutnie niemożliwego – załatwia mi tam pokój  jednoosobowy na trzy tygodnie przed rozpoczęciem turnusu! Nie wiem naprawdę, jak ona to robi – dość wspomnieć, ze gdy ja zadzwoniłam z taka prośbą do Biaweny, to zostałam spuszczona po rynnie, zanim jeszcze zaczęłam jakąkolwiek nawijkę. Po tym doświadczeniu nie próbowałam się już nawet kontaktować z następnym ośrodkiem przydzielonym mi znienacka przez ZUS.

Jednak jedynka przesądza sprawę – w tym przypadku jestem skłonna machnąć ręką na brak ładnych widoków, który podobno jest związany z przyszłym zakwaterowaniem w moim pokoju, a także na brak basenu, co odróżnia Instytut Zdrowia Człowieka od Biaweny. Trudno,  będę chodziła się moczyć do otwartego kilka lat temu obiektu szumnie nazwanego Park Wodny, który jest w zasięgu spaceru od budynku mojego przyszłego sanatorium. Przyszedł czas rozpocząć przygotowania do wyjazdu, czyli zrobić to, czym wszystkie moje koleżanki zajmują się przed jakimkolwiek, nawet najbardziej błahym, tournee – fryzjer, kosmetyczka, zakupy nowych ciuchów i takie tam inne babskie sprawy. Czasu mam sporo, więc choć raz pojadę perfekcyjnie przyszykowana pod każdym względem. Koniec z podróżami z walizką pełną jedynie tego, co mi w ostatniej chwili wpadło w ręce.

I właśnie wtedy...
Czyżby Helena naprawdę miała rację, mówiąc w przypadku tego wyjazdu o pechu? Obruszyłam się na to w pierwszej chwili, bo takie określenie zdało mi się pełne negatywnego zdeterminowania do tego stopnia, że aż niemożliwym było je do siebie dopuścić. A jednak stało się tak, że mój mąż w ostatnie dni wakacji zaniemógł i w trybie natychmiastowym trafił do szpitala. Zapomniałam nie tylko o przygotowaniach, ale i w ogóle o sobie. Kiedy leczenie szpitalne zaczęło się przedłużać, to po raz kolejny mój wyjazd stanął pod znakiem zapytania. No bo jak to emocjonalnie unieść – mam zostawić ciężko chorego męża, żeby zająć się swoim zdrowiem?
- Tak – przekonuje mnie Helena. Moja przyjaciółka ze studiów mieszka każdego lata niecałe dziesięć kilometrów od Wysowej i niecierpliwie oczekuje spotkania ze mną w Beskidzie Niskim. Włożyła tyle trudu i czasu w to, bym mogła tam przyjechać. Ale wszelkie argumenty o tym, że pod moją nieobecność mąż będzie pod dobrą opieką lekarską do mnie nie trafiają. Przekonuje mnie dopiero decyzja lekarzy o jego wypisie. Ma to przypaść na następny ranek po moim wyjeździe. Ależ tak, mąż wytrzyma beze mnie w szpitalu tę jedną noc, zwłaszcza, że i tak jest to czas, który spędza tam samotnie.
Mam ledwie kilka godzin między decyzją lekarzy a wyjazdem. W Krakowie załapuję się dopiero na ostatni autobus do Wysowej. Spotykam w nim już przyszłych kuracjuszy. Panie mają idealnie przygotowane fryzury, makijaże, porządne walizki. Ja z moimi licznymi tobołkami, zapchanymi tym, co w ostatniej chwili wpadło mi w ręce, czuję się przy nich trochę jak Kopciuszek.
Zmęczenie ostatnich dni powoduje, że nie mogę zasnąć w drodze ani na chwilę. Podróż zaczyna się dłużyć. Za oknami zmierzch zmienia się powoli w noc. Wreszcie autobus zatrzymuje się na ostatnim przystanku. Jak się okazuje wszyscy oprócz mnie mają skierowanie do Biaweny. Pani z sąsiedniego ośrodka wskazuje mi budynek Instytutu Zdrowia Człowieka. Wygląda trochę jak wymarły. Nie palą się w nim prawie żadne światła, spowija go nocna cisza. Z westchnieniem spoglądam na rozświetloną, sprawiającą wrażenie tętniącej życiem Biawenę. 
No cóż, trzeba brać od losu to, co daje... Wchodzę w ciemność...

*

Okazuje się, że w środku Instytutu Zdrowia Człowieka jest podobny klimat jak na zewnątrz. Po rozmowie z recepcjonistką i pielęgniarką (już się spinam, bo przecież dopiero co uciekłam przed szpitalnym klimatem) idę ciemnym, wyludnionym korytarzem, prowadzącym do mojego pokoju. „Oszczędzają na żarówkach”- słyszę w pierwszych dniach pobytu komentarze pacjentek. Wszyscy zdają się być pogrążeni we śnie, choć minęła ledwie 22.00. Z daleka widzę jakąś panią przemykającą w piżamce do swojego pokoju – ach, znowu to myślowe odniesienie do szpitala. A rankiem mam się zgłosić na badanie lekarskie. Gdzie ja wylądowałam i to z własnej, nieprzymuszonej woli? Przypomina mi się przedwakacyjna korespondencja z przebywającą w Rabce poprzednią wychowawczynią mojej klasy – pozdrawiała nas ze szpitala, który udaje sanatorium. Czuję jak niepokój wzrasta z każdym krokiem, przybliżającym mnie do pokoju.
Na szczęście mam zakwaterowanie zgodnie z planem w jedynce. To nieodmiennie cieszy. Otwieram drzwi i piszę sms-a do Ani: „jak na sanatorium to nie najgorzej, choć bezpośrednio nad parkingiem i niestety bez żadnego widoku.” Jestem tak wykończona całym dniem i swoim pełnym obaw nastrojem, że pakuję się jak najszybciej do łóżka.
I właśnie wtedy... po raz pierwszy w podróży, i to takiej, która właściwie jeszcze się nawet w pełni nie rozpoczęła, dopada mnie tęsknota za domem...


*

Rankiem jednak, gdy rozwiewają się ciemności, za parkingiem ukazuje się góra. To na niej osłonięta rzędem modrzewi stoi sobie Biawena. Na niebo wychodzi słońce i nadaje temu pejzażowi za oknami i kolory, i blask. Ale to wszystko nic w porównaniu z widokiem, który rozpościera się po drugiej stronie Instytutu Zdrowia Człowieka. Mam wrażenie, że z tego miejsca mogę zobaczyć cały  Beskid Niski w jego pełnej krasie. Gdy zmierzam na pierwsze śniadanie, to oczu wprost nie mogę oderwać od świata, który nas otacza. Pisząc do Heleny, używam słowa „bajeczny”. Już tak dawno nie przywoływałam tego określenia. „Nawet gdyby nie oferowali tu żadnych zabiegów, to i tak mogliby leczyć wyłącznie tym widokiem” – oszołomiona kończę sms – a do przyjaciółki. I już na wyrost proroczo dodaję: „Mnie by wyleczyli”.

Tego ranka jestem pewna, ze zgodnie z wcześniejszymi oczekiwaniami wyjadę stąd zdrowa. Podnoszę więc głowę wysoko i idę się rzucić w wir rekonwalescencji. Z ogromną nadzieją na uleczenie wszystkich moich fizycznych bolączek, zaczynam pierwszy dzień w sanatorium.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz