W Dzień Dziecka facebook przypomniał mi post Agnieszki Kozak, który zamieściłam na swoim koncie dokładnie rok wcześniej. Autorka z bliskimi była wówczas w trakcie pielgrzymki do Santiago de Compostela i w związku z moim zainteresowaniem tym szlakiem odczuwałam jakąś potrzebę obserwacji jej poczynań.
Jak wiele osób, wrzucających w internet relacje z kolejnych pielgrzymkowych dni, również pani Agnieszka dzieliła się codziennymi przemyśleniami z wirtualnymi obserwatorami. W pierwszy dzień czerwca na jej koncie ukazał się filmik zatytułowany: „Nie zgubmy człowieka, realizując swoje cele” (https://www.facebook.com/reel/1271870654363266). Treść obserwowanej wypowiedzi brzmiała:
„Kiedy moja Marysia była mała, chodziłyśmy po plaży. Ja szłam przodem i co jakiś czas wracałam. I któregoś dnia Maria powiedziała: „Wiesz, znacznie mi łatwiej iść, kiedy po mnie wracasz”. Dokładnie mam takie doświadczenie dzisiaj. Kiedy już ledwo żyję i ledwo idę, to za każdym razem Marek zatrzymuje się i czeka na mnie aż dojdę. I myślę sobie o tym, że to jest bardzo ważne, kiedy idziemy razem, żeby ten drugi się zatrzymał i pozwolił dojść, spotkać się z tą drugą osobą i wtedy jest łatwiej iść razem i złapać tempo. I być może dlatego czasami odpadamy z relacji, że ktoś nie chce się zatrzymać, bo postanawia iść ze sobą, dla siebie, nie patrząc na to, że gubi człowieka. Więc tak sobie myślę dzisiaj, że chciałabym wam powiedzieć o tym, żebyśmy nie gubili człowieka, żebyśmy chcieli czasami zrezygnować ze swojego tempa na rzecz tego, że idziemy razem.”
I teraz dumam nad sytuacjami, w których wypadałam z relacji. Kiedy gubiłam się, bo w moim życiu działo się coś, co nie pozwalało mi przyspieszyć. Kiedy nie tylko że zwalniałam, ale nawet stawałam w miejscu. I smutno mi, że działo się to za każdym razem, gdy los mnie doświadczał.
Tak, udawałam wtedy silną, choć być może nieudolnie. Bo nauczyłam się, że gdy nie udawałam, to narażałam się na oskarżanie o psucie miłej atmosfery. O ”pokazywanie humorów”. O to, że trudno ze mną wytrzymać. Na dodatek to były komentarze rzucane gdzieś za moimi plecami, czyli takie, które nie inicjowały rozmów i nie pozwalały niczego tłumaczyć.
Bardzo mnie to bolało i boli nawet po latach, że można w taki sposób oceniać zachowanie osób po traumach i wszelkich życiowych dramatach. Że oczekuje się od nich, żeby spełniały oczekiwania otoczenia, dotyczące zakładania układnych masek i uśmiechów, przykrywających ból.
I dopiero teraz, gdy po raz drugi wysłuchałam tekstu Agnieszki Kozak, dotarło do mnie, jak bardzo wciąż mam to nieprzepracowane. Z jakim żalem wspominam te wszystkie sytuacje, kiedy nie dość, że życie mi dokopało, to jeszcze sypały mi się relacje.
Myślę o śmierci syna, gdy po krótkim okresie żałoby oczekiwano, że wrócę do stanu sprzed tego zdarzenia i będę taka sama jak przed nim. O okresie niepełnosprawności męża, kiedy wszystko, włącznie ze stanem depresyjnym drugiego dziecka, dźwigałam samotnie na swoich barkach. O własnej chorobie - nie tylko o depresji, ale i onkologicznej, z którą borykałam się „po cichu”, bez skarg i próśb o pomoc.
Bo przecież nie chodziło mi o to, by ktoś się nade mną użalał. Żeby ktoś się zaopiekował moimi słabościami. Wystarczyłoby je tylko po prostu dostrzec. Tylko potowarzyszyć mi w moich trudnościach.
Tymczasem czułam się coraz bardziej wyobcowana. I właściwie, to nie umiałam nawet wyartykułować, czemu mi tak źle wśród osób, które uważałam wówczas za najbliższe. Bo przeciez przede wszystkim od nich spodziewałabym się wsparcia.
A teraz, właśnie dzięki Agnieszce Kozak, uświadomiłam sobie, że największą trudność stanowiło wtedy to, że poza epizodycznymi wyjątkami, nie było wśród nich ludzi, którzy by na mnie po prostu zaczekali.
Jakoś najbardziej to odczułam po powrocie do szkoły z urlopu zdrowotnego. Miał mi pomóc zebrać siły, by próbować dogonić peleton. Zamiast tego przyniósł pandemię covid-19 z niesamowitym strachem, że powrót do szkoły przyczyni się do sprowadzenia zarazy i śmierci na ciężko chorego męża.
Trudno było pracować z takim nastawieniem i w warunkach, które zupełnie się zmieniły podczas mojej nieobecności. Nie odnalazłam się już w nich. Mówiłam o tym głośno. Ale z perspektywy czasu dostrzegam, że jakby nikt tego nie słyszał.
A ja nie chciałam nikogo prosić o zrezygnowanie z jego tempa na rzecz tego, że idziemy razem. Miałam świadomość, że jeśli ktoś postanawia iść naprzód ze sobą, dla siebie, to obecność spowalniacza będzie mu przeszkadzała. Nie chciałam przeszkadzać. Uważałam, że nikt nie ma obowiązku zatrzymać się, by mnie podholować do przodu.
Nadal tak uważam. Ale już przynajmniej nie biorę na siebie winy za to, że nie idziemy dalej razem. Odpadłam od peletonu, choć tak bardzo starałam się go dogonić. Ale to dzięki Tobie Agnieszko, spojrzałam na tych ludzi z przodu i zrozumiałam, że to oni mnie zgubili, realizując swoje cele. Że to był ich wybór.
Pognali przed siebie, nie oglądając się na mnie. Straciłam ich z oczu. Skończyło się podążanie za nimi.
I dobrze, bo to zmusiło mnie do szukania własnej drogi. Nie było łatwo, ale się udało. Odnalazłam się. Podoba mi się kierunek, w którym teraz podążam. Idę we własnym tempie. Przyspieszam. I czuję wiatr we włosach...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz