Pobyt w Kandy przypominał trochę wyścig z czasem. Mimo że miałyśmy w planie odwiedziny zaledwie jednej atrakcji turystycznej, to i tak obawiałyśmy się, że to się może nie udać przed odjazdem naszego pociągu do Elli. Na szczęście się udało.
Sprężyłyśmy się rano ze śniadaniem, a personel Ceylon Breeze pomógł nam z bagażami i wezwaniem tuktuka. I w ten oto sposób zakończyłyśmy etap określany jako podróż po królewsku na rzecz takiego, który można by nazwać podróżniczą tułaczką.
I razem z naszymi wielkimi walizami, które już same musiałyśmy wytargać z tuktuka, wylądowałyśmy przed najsłynniejszym zabytkiem miasta – Świątynią Zęba (Sri Dalada Maligawa). Na szczęście przyjęto je ( a okazało się to obligatoryjne i płatne) do świątynnej przechowalni bagażu. Uwolnione od niego mogłyśmy wreszcie skupić się na tym, po co przyjechałyśmy do miasta. Jeszcze tylko zakup biletów i kontrola wykrywaczem metalu i wraz z tłumem pielgrzymów mogłyśmy wreszcie ruszyć na obchód świątyni.
Jak podaje strona https://przedsiebiedlasiebie.pl/swiatynia-zeba/: „Sri Dalada Maligawa jest najważniejszym obiektem sakralnym Sri Lanki. Znajdują się tutaj relikwie, w tym bezcenna dla Lankijczyków relikwia – ząb Buddy. Obiekt został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1988 roku”.
Z kolei na stronie https://www.lkedzierski.com/sri-lanka/swiatynia-zeba-w-kandy/ można przeczytać:„Pisma podają, że święty ząb Buddy trafił na Sri Lankę w 313 roku dzięki sprytowi i przebiegłości Hemamali i jej męża księcia Dantha. Księżniczka opuszczając Indie, ukryła go w swoich włosach i tym sposobem znalazł się na wyspie. Historia pokazuje, że relikwia wielokrotnie była przenoszona pomiędzy stolicami, jednak ostatecznie została złożona (…) w Kandy”.
Ochrona zęba (lewy kieł) należała do króla, który zabierał go ze sobą, gdy zmieniał swoją siedzibę. Obecną świątynię, chroniącą relikwię, wybudowano w XVII wieku (1687–1707), lecz pracowano nad nią później jeszcze w XVIII (1747–1782).
Ten, kto jednak spodziewałby się zobaczyć zabrany ze stosu pogrzebowego ząb Buddy w Świątyni Zęba, srodze się rozczaruje. Ani przygodni turyści, ani nawet gorliwi wierni nie są godni, by tego doświadczyć ot tak, na zawołanie. Co prawda, jak pisze autor podlinkowanej powyżej strony:
„Codziennie odbywają się tutaj rytuały (puja), podczas których otwierane jest główne pomieszczenie, gdzie znajduje się specjalna wieloczęściowa, wykonana ze złota konstrukcja, która przechowuje bezcenną relikwię” (dokładnie chodzi o stupę z sześcioma bogato zdobionymi szkatułami), ale „Podobno tylko wysocy dostojnicy, duchowni i specjalni goście kilka razy w roku, podczas ważnych uroczystości, dostępują zaszczytu zobaczenia samej relikwii”. Trzeba jeszcze dodać, że, zgodnie z relacjami internautów, „kapliczka” (nie szkatuła!) z zębem jest otwierana jedynie na parę minut.
Tak więc my z Anią nie oczekiwałyśmy na żaden łut szczęścia w tym względzie. Miałyśmy za to nadzieję na jakieś przeżycie duchowe podczas rytuałów. Wydawało nam się, że w Świątyni Zęba zastaniemy mistyczną atmosferę, którą pięknie opisał przywołany tu bloger:
„Dookoła pomieszczenia na podłodze siedzą wierni, którzy modlą się, przeżywają ceremonię odsłonięcia. W powietrzu (...) słychać rytmiczne uderzenia w bęben wymieszane z dymem i wonią kadzideł. Całości dopełniają pomieszane zapachy przyniesionych darów: kwiatów i jedzenia. Delikatne szepty modlitw, przesuwane palce po buddyjskiej mali”.
Ale niestety podczas naszego pobytu tak magicznie w kandyjskiej świątyni nie było. Jak się później okazało, trafiłyśmy z Anią na jakieś buddyjskie święto, więc wszędzie panował tłok i ścisk. Rzeka ludzi płynęła z parteru na piętro, by złożyć ofiarne dary dla Buddy. Z kwiatów ponoć mnisi robią tu mandale, co się dzieje z jedzeniem, tego nie wiem. Niemniej i my z Anią popłynęłyśmy tą rzeką, przepływając przez pomieszczenie, w którym w kapliczce złożone są relikwie. Nie wolno się tam zatrzymywać, zresztą i tak nie byłoby możliwe oprzeć się napierającej fali pielgrzymów, która w końcu nas wyniosła z głównego nurtu do mniej obleganych rejonów świątyni.
No więc tak, były i bębny, i kadzidła, i kwiaty… Tylko, że jakby w tle naszego pobytu w świątyni - bez chwili na dłuższe zatrzymanie, chłonięcie atmosfery i możliwość spokojnej refleksji.
Ale przyznać trzeba, że Sri Dalada Maligawa ma więcej do zaoferowania niż tylko rytuały ku czci zęba. W świątyni znajdują się piękne i bogate ozdoby (szczególnie duże wrażenie sprawiają kły słoni), a cały kompleks jest położony malowniczo nad jeziorem.
Na rozglądanie się po nim jednak też nie miałyśmy zbyt wiele czasu, bo moment odjazdu pociągu do Elli zaczął się ryzykownie przybliżać.
Zaległości w „kandyjskich opowieściach” trzeba było więc nadrobić po powrocie do domu.
I wówczas to doczytałam ciekawostkę, dotyczącą „poważnego naruszenia bezpieczeństwa” w Świątyni Sri Dalada Maligawa, jakie wydarzyło się niecałe trzy miesiące przed naszą wizytą:
„Policja na Sri Lance wszczęła dochodzenie w sprawie zdjęcia, które ma przedstawiać ząb Buddy - relikwię, której fotografowanie jest surowo zabronione. Zdjęcie, które obiegło media społecznościowe, miało zostać zrobione podczas ceremonii w Kandy, gdzie pokazano relikwię wiernym po raz pierwszy od 16 lat’ (https://tvn24.pl/swiat/sri-lanka-wycieklo-zdjecie-zeba-buddy-policja-wszczela-sledztwo-st8421731#google_vignette).
Najwyraźniej jednak do czasu, gdy przybyłyśmy na Sri Lankę śledztwo nie przyniosło żadnego wyjaśnienia, bo internet milczy w tej sprawie. Również podczas naszej podróży nikt nawet słowem nie nawiązał do tego zdarzenia.
Myślę więc, że ząb Buddy pozostaje bezpieczny w kandyjskiej świątyni i również w tym wpisie można go pozostawić w spokoju. Pora, by skupić się na dalszej części naszej objazdówki. Bo przecież już nam trudno było doczekać się wyciszenia i relaksu wśród herbacianych pól okolic Elli.
Wizyta w Kandy kończyła najbardziej intensywny etap naszej podróży. Trochę już miałyśmy dosyć zwiedzania świątyń, pałaców oraz wszelkich zabytkowych ruin. Wystarczyło nam parzenia stóp na rozgrzanych kamiennych placach. Upałów podczas przemierzania zabytkowych, rozległych kompleksów. Potrzebowałyśmy na spokojnie poukładać sobie w głowach tę ogromną porcję historycznej wiedzy, którą już wchłonęłyśmy. Potrzebowałyśmy też miejsca, w którym można odetchnąć od lejącego się z nieba żaru.
„Serio, nie śmiejcie się. Gdzieś czytałam o tym wcześniej i też tego doświadczyłam na własnej skórze. W Elli byłam wielokrotnie i nie raz zdarzało się, że w nocy było tak chłodno, iż spałam w długich spodniach i polarze albo pod dwoma kocami. Naprawdę, tam w nocy temperatura potrafi spaść do 15 stopni (...). Poza tym jest to bardzo deszczowe miejsce”- napisała Hania z bloga „Plecak i walizka” (https://plecakiwalizka.com/ella-maly-raj-posrod-dzungli-sri-lanki/). I to nas właśnie pociągało, gdy myślałyśmy o następnym przystanku w podróży.
Z Kandy pożegnałyśmy się beż żalu. Bardziej nas zmęczyło niż urzekło. Z ulgą więc odetchnęłyśmy na kandyjskim dworcu kolejowym, oczekując na wyjazd.
Przejazd pociągiem z Kandy do Elli to jedna z głównych atrakcji Sri Lanki. Do wyboru pozostaje kurs z Kolombo o 9.00 i 11.10, co nam akurat nie dawało żadnego wyboru. Na dodatek z powodu buddyjskiego święta, o którym już pisałam wcześniej, nie udało nam się kupić biletu w przedsprzedaży. Na szczęście w kasie biletowej nie było z tym problemu, choć już bez rezerwacji miejsc siedzących. Ale przecież pogodziłyśmy się wcześniej z tym, że reszta naszej podróży będzie miała tułaczy charakter:).
„Trasa kolejowa z Kandy do Elli wijąca się między górami pokrytymi plantacjami herbaty zaliczana jest do 10 najpiękniejszych tras kolejowych na świecie. Przejażdżka tym pociągiem to coś co po prostu trzeba zrobić! Po drodze widzimy wzgórza w całości pokryte plantacjami herbaty, wiejskie życie, wspaniałe wodospady. Jednak nie tylko krajobrazy, ale też sama specyfika jazdy pociągiem na Sri Lance ma swój urok. Tego po prostu trzeba spróbować!” - to znów wspomniana wcześniej Hania, która była dla mnie omal guru w naszej podróży (https://plecakiwalizka.com/sri-lanka-co-warto-zobaczyc-zrobic-nie-polecam/). Czy więc mogłyśmy zrezygnować z tego punktu programu? Nawet jeśli to rzeczywiście w naszym przypadku była raczej tułaczka niż przygoda?
No bo pociąg z Kolombo przyjechał już zatłoczony. Walizki ledwo udało nam się upchnąć. O miejscu siedzącym można było jedynie pomarzyć. To znaczy tak, mogłyśmy usiąść na schodach jadącego pociągu, ale nam, Europejkom, wychowanym od najmłodszych lat na przepisach BHP, to się po prostu w głowach nie mieściło. Miejsce na schodach zajęli więc młodzi ludzie ze Sri Lanki. A nam pozostało żałować niewykorzystanej okazji przez trzy pierwsze godziny podróży. Upchane jak śledzie zaczęłyśmy się zastanawiać, jak w takich warunkach w ogóle dojedziemy do celu? Zwłaszcza że autorka kolejnego bloga uprzedzała, że pociągi na wybranej przez nas trasie często są spóźnione i jazda może trwać nawet 10 godzin („Podróż na etacie”). Toteż gdy po trzech godzinach stania w korytarzu zobaczyłyśmy, że młodzi ludzie wysiadają z pociągu, to już nie powtórzyłyśmy swojego poprzedniego błędu.
I wtedy nasza podróż naprawdę nabrała nowej jakości. I wiatru we włosach. I zachwytu, w którym już nie przeszkadzały ani bolące nogi, ani inni turyści zasłaniający widok. Nawet jeśli to dalej była tułaczka, to stała się ona dla mnie na tym odcinku trasy tułaczką marzeń. Tak mi było dobrze na tych schodach, że z prawdziwym żalem je opuściłam, gdy w wagonie wreszcie zrobiły się wolne miejsca.
Choć podróżowanie z lankijskimi rodzinami też miało swój urok. Szczególnie ciekawa była dla mnie obserwacja jak mój starszy sąsiad z siedzenia obok przygotowuje sobie posiłek, siekając na przykrytej szmatką dłoni jakieś liście i korzenie za pomocą wielkiego noża. I to centralnie nad głową małego lankijskiego chłopczyka, który wcisnął się pomiędzy nas, korzystając ze skrawka wolnego miejsca. Wszystko to oczywiście na oczach jego rodziców, którzy nie dali nawet mrugnięciem powieki znaku, że ich to mogło zaniepokoić. Cóż, jak już wcześniej pisałam, Lankijczycy raczej nie są za pan brat z jakimikolwiek przepisami BHP.
Ale nawet najciekawsze obserwacje zarówno pejzaży za oknem, jak i towarzyszy podróży, nie spowodowały, że była ona mniej męcząca. Tak na serio, to w pełni przychylam się do opinii wspomnianej powyżej blogerki: „Ta trasa jest niezaprzeczalnie piękna, ale według mnie po 2 godzinach jazdy mózg jest wystarczająco nasycony widokami” (https://podroznaetacie.pl/pociag-na-sri-lance/). Tak, mnie by tyle w zupełności wystarczyło. A co do widoków, to oczywiście, że mnie zachwyciły, ale może zachwyciły by mnie jeszcze bardziej, gdybym wcześniej nie odbyła podróży do tureckiej krainy herbaty, którą już opisałam na tym blogu (https://draft.blogger.com/blog/post/edit/8963971271231758486/1184712107684072999). Możliwe, że dlatego właśnie opowiadam się teraz za skróceniem kolejowych atrakcji. I rekomenduję ją w takim wymiarze, jaki wybrała autorka „Podróży na etacie”. Ona cieszyła się, jazdą w okolicach Elli jedynie przez trzy i pół godziny. Ja niestety pożałowałam, że wybrałam wariant, w wyniku którego dotarłyśmy do celu po siedmiu i pół. Byłam naprawdę zmęczona (głównie tym staniem na początku podróży), a co się z tym u mnie nieodłącznie wiąże, również marudna. Nie smakowało mi jedzenie, mimo że było pięknie podane, nie kupiłam również pamiątek, choć zwróciły moją uwagę takie, których nie widziałam nigdzie indziej w podobnych cenach.
Trochę szkoda, bo Ella warta jest dobrego nastawienia i dobrego humoru. To naprawdę ładne miasteczko. I choć moja guru Hania we wspomnianym już tu wpisie trochę się żżyma, że przemysł turystyczny zrobił z centrum takie ichniejsze Krupówki, to ja jednak jestem z tych, co Krupówki lubią. Tak że do Elli chętnie bym jeszcze w przyszłości powróciła, choć może podczas mniej tułaczej podróży.
Bo trochę mało mi było Krupówkowych klimatów, którymi nie zdążyłam się nacieszyć, zanim właściciel naszego następnego pensjonatu wywiózł nas na nocleg poza krytykowane przez ulubioną blogerkę turystyczne centrum. I nie, nie narzekam z tego powodu, bo to było dobre miejsce do wypoczynku po męczącym dniu.
Ale wspominając dziś Ellę, zwyczajnie za nią zatęskniłam. I teraz widzę, że potraktowałam to miasteczko bardzo po macoszemu, nadając mu podczas planowania zaledwie status miejsca zakończenia głównej lankijskiej atrakcji. Wybacz mi Ella. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nadrobimy tę znajomość, której podczas naszej podróży niestety nie zdążyłyśmy nawiązać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz