niedziela, 29 kwietnia 2018

CZEKAJĄC NA ZŁOŚĆ


Słabo sobie radzę z przesileniem wiosennym. Zwłaszcza gdy wiosna jest, tak jak obecnie, nazbyt gorąca.
Na trawniku przed moją uczelnią zakwitły żółte mlecze. Spoglądam na nie przez wielkie okna auli podczas dłużącego się wykładu z przedmiotu Emocje i motywacje. Pod wpływem wiatru wokół pełnych słońca kwiatków falują całkiem wysokie już źdźbła trawy. Wbrew przedmiotowi studiów wykład nie jest ani trochę emocjonujący. Nie motywuje też do tego, by myśli zostały wraz z ciałem w auli. Uciekają więc raz po raz w inne obszary obecne w mojej głowie. Choć tak się akurat zbiega, że koresponduje to z tematem wykładu. Myślę o tym, co się działo w mojej psychice przez ostatnie dwa lata. Zagłębiam się w sobie...
Emocje?
Żal, smutek,poczucie krzywdy...
Motywacje... hmmm..., no nie wiem - niby spełniam zadania, których wykonania się ode mnie oczekuje, lepiej lub gorzej sobie z tym radząc. Dzięki Bogu wciąż pozostaje we mnie wyuczone poczucie obowiązku. Ale jest to jakby proces przymuszania się do wszystkiego. To nie ma nic wspólnego z wewnętrznym napędem, który uruchamia się samoistnie wraz z nowymi zadaniami – za każdym razem muszę wykonać olbrzymią pracę nad sobą, by ten wewnętrzny napęd odpalić i uruchomić działanie.

Przydałby się zastrzyk energetycznej emocji, wprawiającej go w ruch bez tak wielkiego wysiłku z mojej strony.
Czekam więc na ZŁOŚĆ, która mnie omijała szerokim łukiem przez ostatnie dwa lata. Wszystko, co do mnie docierało było obrobione w żal, smutek, poczucie krzywdy... Zużyłam cała życiową energię na ich przeżywanie. Czułam się ofiarą życia. Ale już dłużej tak czuć się nie chcę.
W psychoterapii często dąży się do wyzwolenia w kliencie złości. Może to stanowić prawdziwy przełom w procesie terapeutycznym, zwłaszcza w przypadku osób z nastrojami depresyjnymi. Przez ostatnie lata nie byłam w stanie wzbudzić w sobie złości w żaden sposób i cokolwiek by się nie działo. Dopiero teraz podejmuję nieśmiałe próby, by to zrobić. I jeśli cokolwiek się uda, to pielęgnuję to w sobie i chronię, jak nowy zaczyn.



Przykład:
Klinika Hematologii, ostatnia wizyta jakieś dwa tygodnie temu; Diagnoza pani doktor: prawdopodobnie przebyta infekcja uszkodziła mi coś w organizmie w sposób nieodwracalny i moje wyniki badań w obszarze białych krwinek już się nie poprawią (rzeczywiście proces ich przyrostu został zahamowany);
Leczenie: żadne (bo nie da się chyba tego wyleczyć);
Propozycja dalszego działania: biopsja szpiku, którą na razie odsuwam w czasie, jednak jej nie odrzucając;
Słowa pani doktor na pożegnanie: „no to ja zapisuję ten trepan na raz następny”.
I coś mnie tknęło. Wracam do domu i sprawdzam w nieocenionym internecie, o co chodzi. No i co widzę? Że oprócz biopsji szpiku jest jeszcze trepanobiopsja, a to już zupełnie inny kaliber w sensie inwazyjności i poziomu bólu. No nie, na to się nie zgadzam! I zaczynam czuć złość, tak złość!, że ktoś mógłby wykorzystać moją nieświadomość oraz zagubienie w medycznej terminologii i zrobić mi znienacka coś takiego. Rozumiałabym to, gdyby mój stan zdrowia się pogorszył i wykonanie tego badania było konieczne, ale tak nie jest. A jeśli naprawdę nie da się mnie wyleczyć, to czemu ono ma służyć? Pytam więc, po co? A pani doktor już wielokrotnie wcześniej odpowiedziała mi na to: „z ciekawości”. Tyle, ze ja ciekawa tego wcale nie jestem. Zaspokajać zaś czyjejkolwiek ciekawości swoim bólem i stresem nie zamierzam. Więc choć lubię panią doktor, to złoszczę się, że ktoś może mnie narażać na niepotrzebne cierpienie z takiego powodu. I z tej złości postanawiam całkowicie dojść do takiego stanu zdrowia, jaki miałam przed infekcją. Będę o siebie dbała, zastosuję alternatywne metody leczenia, zmienię styl życia na bardziej zdrowy... Dam radę...




Przywołuję myśli z powrotem do auli i powracam na kolejne wykłady. Na trawniku za oknem powoli rozściela się cień. Mlecze kurczą swe słoneczne główki. Spoglądam na więlką reklamę, którą umieszczono między krzesłami a oknem. Jest na niej okładka kwartalnika Newsweek Psychologia. Na zdjęciu numer ze stycznia poprzedniego roku i tytuł „Silne lwice i grzeczne dziewczynki”. Potrzebuję złości, żeby nie czuć się ofiarą. Żeby mieć siłę do walki o siebie. Żeby zmieniać swoje życie.

Obudź się moja LWICO! Już czas!



P.s. "U dorosłych biopsję szpiku przeprowadza się tylko i wyłącznie się w znieczuleniu miejscowym, a sama aspiracja szpiku jest bolesna" ( https://hematoonkologia.pl/informacje-dla-chorych/aktualnosci/id/2565-biopsja-szpiku-u-dzieci-kiedy-i-jak-znieczulac-zeby-nie-bolalo).
A co dopiero trepanobiopsja!
Ale kto by się tam przejmował bólem i strachem pacjenta?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz